Takie tam

28 V 2006, 21:56:28
I can't do this proof. But you can, and when it comes to that, it's only about - it's just a handful of people in the world that can tell the difference between you and me. But I'm one of them.

Wczoraj ponownie oglądałem Good Will Hunting. Inteligencja jest czymś fascynującym. Praktycznie wszyscy jesteśmy w stanie osiągnąć w jakiejś dziedzinie wiedzy wysoki stopień zaawansowania, jest to tylko kwestia samozaparcia -- jednym przyjdzie to szybciej, innym wolniej. Ale zawsze istnieje grupa ludzi, którzy są poza naszym zasięgiem. Po prostu natura obdarzyła ich czymś, czego my nie jesteśmy w stanie nadrobić.

I raz na jakiś czas nawet wśród nich pojawia się ktoś, z kim nie mogą się mierzyć.

A skoro jestem przy zdolnościach, umiejętnościach i takich tam. Wyobraźcie sobie sytuację, że odchodzicie z pracy i na swoje miejsce chcecie znaleźć kogoś dobrego, gdyż kto jak kto, ale wy jesteście w stanie najlepiej ocenić kto może, a kto nie może was zastąpić.

Wyobraźcie sobie na dodatek, że nie mówimy o żadnym z dużych miast, lecz jednym z tych mniejszych, gdzie płace są niskie, potencjalnych pracowników niezbyt wielu, a ci najlepsi zapewne dawno się już ewakuowali gdzie indziej. Nie możecie więc dostać takiego pracownika, jakiego byście chcieli, a ci dostępni z grubsza dzielą się na dwie kategorie -- tych z doświadczeniem, ale... hmmm... pewnymi wadami charakteru, które w skrócie można określić jako 'buc' oraz tych, którym można zaufać, ale z kolei brak im doświadczenia.

Teraz z mojego punktu widzenia wybór jest prosty -- wolę tego bez doświadczenia, bo (a) przynajmniej wiem, że nie będzie się wydurniał i (b) w jego przypadku jest znacznie większa szansa, że jeśli czegoś nie będzie wiedział, to uczciwie się do tego przyzna i postara się dokładnie zbadać sprawę, a nie zadowoli się pobieżnym sprawdzeniem o co chodzi i błogą świadomością, że od teraz to on już się na tym zagadnieniu zna.

Problem -- to, że ja kogoś uważam za niekompetentnego, jeszcze nie znaczy, że mam rację, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że to co ja uważam za niestosowne zachowanie wcale nie musi oznaczać, że dana osoba akurat w tej pracy byłaby skłonna przekroczyć granicę. To samo się zresztą tyczy owego spoczywania na laurach. Fakt jest taki, że o ile sam nie będę w stanie sprawdzić standardu wykonywanej przez daną osobę pracy (i w ogóle standardu jej zachowania) i to nie jednorazowo, ale na jakimśtam odcinku czasu, to istnieje niezerowa szansa, że w swojej ocenie się pomylę.

Dochodzi do tego interes pracodawcy -- jego niekoniecznie interesuje jaką jego pracownik ma opinię wśród innych ludzi tego samego zawodu, takoż nie musi go interesować co owi inni ludzie by powiedzieli na temat jakości wykonywanej przez niego roboty. Po prostu ma działać i tyle. A jeśli mówimy o tych najbardziej mainstreamowych zadaniach, to poprawnie z warunku 'ma działać' wywiąże się prędzej osoba z doświadczeniem.

Ot, dylemat. Na szczęście nie mój. (Acz gdybym miał decydować to i tak pewnie wolałbym tego bez doświadczenia)

I na zakończenie (raczej niezwiązana z powyższym) historyjka. Jakiś czas temu robiąc zakupy zauważyłem znajomą twarz, która też zauważyła mnie i się uśmiechnęła. Problem polegał na tym, że znajoma twarz była z jakimś facetem i małym dzieckiem w wózku, a ja takowych znajomych nigdy nie miałem, natomiast biorąc pod uwagę mój (a co za tym idzie, jej) wiek, statystycznie rzecz biorąc mieć raczej nie powinienem, przynajmniej jeszcze przez jakiś czas.

Przywitaliśmy się, przypomniała mi skąd my się właściwie znamy (liceum), wymieniliśmy kilka zdań kto gdzie studiuje, no i pożegnaliśmy się.

Kolejna osoba, której nigdy tak naprawdę nie poznałem, skutkiem czego teraz nie dowiedziałem się co robiła przez ostatnie lata, co planuje, kim była, kim jest.

Szkoda.

The Daily Show

27 V 2006, 14:15:35

Powiedzcie mi, kiedy w polsce będzie dostępny taki program. Wtedy zacznę oglądać telewizję. (W tym konkretnym wydaniu dowcip z Blairem przyznającym się do popełnionych błędów jest zrozumiały wtedy, gdy się poogląda całą resztę tych programów, których głównym bohaterem jest zazwyczaj Bush; tydzień temu całą noc spędziłem na oglądaniu tego wszystkiego, to wiem.)

Jak ja nie lubię czytać wpisów o mizerii polskiej blogosfery

19 V 2006, 00:44:05

W swoim czytniku rss mam w sumie niewiele pozycji i chyba tylko jedną polskojęzyczną. Moje śledzenie polskiej blogosfery sprowadza się do przeglądania głównej joggera i co jakiś czas wchodzenia na kilka blogów o których sobie akurat przypomnę, albo których wpisy są akurat widoczne na serwisie o głupiej nazwie. Typowe podejście "jak zwykle nie chce mi się pracować, coś bym sobie poczytał".

Problem polega na tym, że praktycznie do każdego wpisu jest zawsze multum komentarzy zawsze od tych samych ludzi, a ja w 95% przypadków myślę sobie wtedy "Jezu, ale mi się was nie chce czytać". I przeważnie nie czytam, co najwyżej skanuję całą stronę w poszukiwaniu kilku określonych nicków, które zazwyczaj tym się charakteryzują, że nieczęsto je widać, co oznacza, że nawet jeśli signal to noise raito mają taki sam, jak reszta społeczeństwa, to ilościowo nie jest to problematyczne do przebrnięcia przez, w przeciwieństwie do... bardziej płodnych osób. Oczywiście dochodzą jeszcze znajomi, w przypadku których limity objętościowe mam trochę inaczej ustawione, ale i tak są na miejscu.

I w sumie tyczy się to także wpisów, nie tylko komentarzy. Jeśli jest jakiś wybitnie mnie nie interesujący temat, to mogę przeczytać pierwszy dotyczący go wpis (zakładając, że nie jest za długi) oraz dodatkowo wpisy kilku określonych osób (które zazwyczaj takimi tematami się nie zajmują, więc jeśli z jakiegoś powodu popełniły wpis, to może warto przeczytać). I tyle. Całą resztę ignoruję, bo mnie nudzi.

I to nawet w przypadku kwestii bardziej, ekhem, personalnych. Nigdy się do tego publicznie nie przyznam, ale potrafię docenić wartość rozrywkową jakiegoś większego flejma, zwłaszcza wymierzonego w konkretną osobę. Nieczęsto można mnie znaleźć u innych osób w komentarzach, bo zazwyczaj nie jestem w stanie wymyślić niczego ciekawego do dodania [1], ale od takich publicznych wojen wymierzonych przeciwko komuś trzymam się z definicji z daleka. Jeśli mam akurat ochotę na trochę rozrywki, to zdecydowanie preferuję nabijanie się z danego delikwenta w bardziej odosobnionym miejscu, w gronie znajomych, ale do tego oczywiście też się nigdy publicznie nie przyznam.

A cóż to za szlachetne normy powstrzymują mnie przed uczestnictwem we flejmach? Ano prosta zasada, że flejmy i nagonki zazwyczaj do niczego ciekawego nie prowadzą, więc gdyby mi rzeczywiście zależało na przekonaniu kogoś do moich racji, to bym zrezygnował z wartości rozrywkowej całego zajścia i zwrócił się do danego osobnika prywatnie.

I za każdym razem, gdy w ten czy inny sposób uda mi się wplątać w jakiś flejm, to jestem później na siebie zły, że tylko straciłem czas (no, niby nie, przecież każdy ma prawo do zabawy), bo delikwent prawie nigdy nie zostaje przekonany do moich racji, natomiast wybitnie utrudniam sobie ewentualną późniejszą próbę wytłumaczenia mu co i jak.

I wszystko było by fajnie, gdyby powyższe podejście nie było w rzeczywistości swojego rodzaju pójściem po najmniejszej linii oporu. Czy jeśli spróbuję zabrać głos publicznie, to najprawdopodobniej zrobi się flejm? Tak. Czy jeśli zrobi się flejm, to najprawdopodobniej nic z tego nie wyjdzie? Tak. Więc czy chce mi się specjalnie zwracać do delikwenta prywatnie i poświęcać czas, żeby mu wytłumaczyć co robi źle? A gdzie, poza tym co to ja jestem, matka Teresa, żeby próbować zbawiać cały świat.

I jaki jest skutek? Że ktokolwiek powie lub zrobi coś głupiego, to ja nie reaguję, wychodząc z założenia, że nie chce mi się, szkoda mi czasu, a poza tym ludzie mogący mnie zainteresować i tak wiedzą to samo, co ja, więc im tłumaczyć nie muszę. A resztę olać.

Problem polega na tym, że w internecie jest masa (młodych) ludzi, którzy takie rzeczy rzeczywiście czytają. I na ich podstawie wyrabiają sobie opinie. Nie wiem jak wy, ale ja nadal pamiętam czasy, gdy byłem święcie przekonany, że jeśli strona nie działa w jakiejśtam przeglądarce, bo robi coś, czego nie ma w w3c, to jest to wina autora strony, a nie przeglądarki. Dopiero wielu różnych ludzi mówiących przez wiele lat co innego spowodowało, że zrozumiałem, że to technologia jest dla ludzi, a nie vice versa.

Poza tym, jak to niedawno powiedział pewien mądry człowiek, nie wolno nie doceniać siły publicznej kpiny. Bardzo często ludzie zmieniają swoje zachowanie właśnie dlatego, że odpowiednia ilość osób kpi z nich, dopóki, dopóty tego nie zrobią. I tym lepiej to działa, im większą estymą cieszą się osoby zwracające delikwentowi uwagę na jego... niedociągnięcia.

Nie będę się tu zagłębiał w kwestie tego, kto ma większego jeśli idzie o... hmmm... posłuch wśród mas czytających internetu, nie namawiam też nikogo do uczestniczenia we flejmach, ale jasne publiczne określenie swojego stanowiska można uznać za swój... ekhem (jak ja nie lubię wielkich słów)... obowiązek społeczny.

Ku chwale ojczyzny.

[1] Nie zrozumcie mnie źle, nie mam zestawu rygorystycznych testów odnośnie zawartości merytorycznej każdego komentarza, jaki gdzieś dodaję, więc równie dobrze mogę dodać coś, co po prostu uważam za śmieszne. Ale do tego też muszę mieć wenę, więc nieczęsto się zdarza, żebym uznał coś, za wystarczająco śmieszne/ciekawe, żeby mi się to chciało pisać. Dlatego ja w ogóle piszę tylko raz na jakiś czas.

Gołe szaty kró... eee... szefc bez butów!

13 V 2006, 22:27:20

Raz na jakiś czas trafia mi się Standardowy Użytkownik Komputera, który chce, żebym wykonał na swoim laptopie jakąś Prostą Czynność.

Rzecz w tym, że owa Prost Czynność często okazuje się być czymś, czego nigdy wcześniej nie robiłem. I tu zaczynają się schody.

Otóż problem polega na tym, że ja mogę wykonać jakąś czynność szybko, ale pod warunkiem, że zawczasu wiem jak. Jeśli nie wiem, to robi się niefajnie. Wyobraźcie sobie zgranie czegoś z pendrive'a, albo spakowanie czegoś zipem. Dwa kliki max.

Ale nie dla takiego mastahaka jak ja, który w systemie ma względnie mało klikalnych rzeczy (które na takich windowsach są standardem). Gdy pierwszy raz mnie o coś takiego poproszono, to spędziłem kilka minut na klepaniu niezliczonej ilości poleceń i zaglądaniu w niezliczoną ilość manów. O googlu nie wspominając. Gdybym oglądał te sytuacje z boku, to gdzieś tak po trzydziestu sekundach już bym sie zaczął śmiać (z samego siebie).

Turban jest zdania, że PLD się po prostu nie nadaje na system desktopowy, bo założenie systemu desktopowego jest takie, że wszystko samo z siebie działa, a użytkownik nie musi wiedzieć jak.

I jak najbardziej ma on rację, z jednym wszak małym ale. Otóż mi płacą za to, że potrafię się swobodnie poruszać w środowisku linuksowym, co oznacza, że w moim jak najlepiej pojętym interesie jest przynajmniej w minimalnym zakresie orientować się jakie technologie mam do dyspozycji. I zmuszanie się do tego w ten sposób, choć często wybitnie irytujące, jest dla mnie na dłuższą metę wskazane, gdyż, biorąc pod uwagę moje wrodzone lenistwo, w przeciwnym wypadku nigdy bym się nie zmusił do popatrzenia na nowości.

Hotpluga zainstalowałem dopiero wtedy, gdy zacząłem się bawić urządzeniami na usb. I mi się spodobał. Devfsa nie dotknąłem nigdy (i zapewne już nie będę miał okazji), udeva natomiast zainstalowałem stosunkowo niedawno ze względu na hala i parę innych rzeczy, które były mi potrzebne do automagicznego montowania nieswoich pendrivów (w przypadku swoich mogę mieć statyczne wpisy w fstabie). Zipa nigdy nie używałem do kompresji niczego, ale gdyby kiedyś zaistaniała taka potrzeba (na przykład w jakimś skrypcie), to będę mógł go użyć właściwie natychmiast. Etc. etc.

Tutaj powinna być dosyć rozbudowana konkluzja, ale bez sensu, żebym się wysilał, skoro można ją znaleźć w bardzo dobrym artykule o poziomie skomplikowania systemów komputerowych i innych programów. Polecam, jeśli ktoś nie trafił na ten tekst wcześniej, za pośrednictwem smoka.

Powrót do przyszłości

29 IV 2006, 20:06:26

Kilka dni temu, słuchając już nie pamiętam jakiego wykładu na Opolskich Dniach IT stwierdziłem, że coś mi tu nie pasuje. Impreza głównie dla studentów po to, by mogli sobie posiedzieć i posłuchać o różnych ciekawych rzeczach, tak? Tak. Jestem studentem, siedzę i słucham, tak? Tak. Więc co jest nie tak?

Ano uświadomiłem sobie, że jestem kompletnie nieprzyzwyczajony do roli pasywnego anonimowego słuchacza. Na wszystkich imprezach tego typu, na jakich zdarzało mi się bywać, byłem albo czymś w rodzaju organizatora, albo czymś w rodzaju prelegenta, albo sama impreza była głównie wymówką do spotkania się ze znajomymi. W każdym razie słuchanie wykładów było w najlepszym wypadku dodatkiem do czegoś innego. Natomiast tym razem miał to w sumie być jedyny sens mojej tam bytności.

Nie sądzę, żeby reszta współsłuchaczy miała podobne rozterki, więc zadałem sobie pytanie -- dlaczego?

(Hehe, tak, dlatego zapewne też, ale na potrzeby niniejszej notki potrzebuję jakiejś bardziej natchnionej odpowiedzi, niż dałaby mi prosta psychoanaliza :)

Odpowiedź jest jedna -- ludzie.

Wykłady wykładami, ale o ile ciekawsze od nich jest siedzenie razem z resztą organizatorów i zastanawianie się co by tu poprawić... Praktyczna wyłączność na rozmowy z prelegentami, którzy zacząć swoje prezentacje mają dopiero za jakiś czas... Uczenie się w jaki sposób, czyli przez kogo, organizuje się takie rzeczy...

Siedząc sobie ostatnio w radiu trafiłem akurat przez przypadek na naradę szefów. Uśmiechając się na przywitanie do wchodzącej szefowej działu jakiegośtam, pomyślałem sobie, że ten Marcin to musi mieć z kilka ton jakiś niewidocznych na pierwszy rzut oka zalet, skoro chyba najładniejsza studentka w Opolu zechciała za niego wyjść za mąż.

Eeeeeyyyy, zaraz, tfu, wróć, wcale sobie tak nie pomyślalem, jeszcze raz...

Uśmiechając się na przywitanie do wchodzącej szefowej działu jakiegośtam, pomyślałem sobie, że skoro już teraz pracujesz w telewizji regionalnej, to co będziesz robiła za dziesięć lat? Kim będziesz?

Przysłuchując się, jak omawiają różne sprawy związane z bieżącą działalnością radia i nudząc się przy tym coraz bardziej, patrzyłem na obecnych i myślałem sobie "bodajże dwa fakultety, komitet wyborczy jakiegoś posła, czy coś takiego", "kilka lat bawienia się w kierowanie ludźmi, umiejętność radzenia sobie z tymi wszystkimi nudnymi pierdołami, będziesz potrafił to wykorzystać w życiu?", "o, ciekawe co mówicie, tego człowieka warto by było w takim razie poznać, skoro zajmuje się takimi rzeczami na uczelni; nie wiedziałem, że uczelnia w ogóle zajmuje się takimi rzeczami", etc. etc.

Mam w głowie taką scenkę -- za dziesięć, może piętnaście lat siedzę w towarzystwie kilku znanych informatyków (pewnie kilku profesorów), jakiś biznesmenów, może (euro)polityka i rozmawiamy jak to drzewiej bywało. A ja co jakiś czas zerkam na ekran telewizora, z którego nowa prowadząca główne wydanie Wiadomości przemawia do mnie znajomym, tyle razy już wcześniej słyszanym głosem.

Ja tych ludzi znam, jeśli nie oni, to nie wiem kto miałby coś w życiu osiągnąć.

Ech, odpłynąłem trochę, ale już jestem z powrotem. Ja chyba chciałem coś powiedzieć bardziej do rzeczy...

A, właśnie -- ile człowiek wyniesie ze studiów, zależy tylko od niego. Tak, im gorsza uczelnia, tym mniejsza szansa, że czas spędzony na wykładach będzie czasem spędzonym w jakiś sensowny sposób. Ale wszyscy dookoła siedzą na wykładach, wszyscy dookoła zaliczają semestr za semestrem i wszyscy dookoła będą za jakiś czas mieli taki sam tytuł magistra, jak i ty. To się nazywa System.

Możesz spróbować ten System olać w ogóle, ale znajdziesz sporo ludzi, którzy nie zdobyli magistra za młodu i teraz sobie plują w brodę. Jeśli masz odpowiednio dużo samozaparcia możesz też walczyć wewnątrz systemu, dostając się na jakąś bardzo dobrą uczelnię, przykładając się do nauki i licząc na to, że jakieś ciekawe firmy oferują praktyki wyróżniającym się studentom tejże uczelni (pomaga, jeśli mieszkasz w USA :).

Ale możesz też skorzystać z faktu, że nawet Niewidzialny Uniwersytet w Pćmciu Dolnym stara się wspierać ludzi, którzy próbują coś robić obok Systemu (pośrednio wspiera też tym, że jest mniej czasochłonny od renomowanych uczelni :). Koła naukowe, jakieś imprezy, tam są ludzie, których powinieneś poznać, z którymi powinieneś spróbować zrobić coś ciekawego. Owe ciekawe rzeczy będą właśnie tym, co będzie wyróżniało twoje CV z całej masy innych.

Już nie wspominając o tym, że ludzie, o których będziecie się wtedy ocierać (zapraszani prelegenci, ludzie z uczelni z którymi będziecie się musieli dogadywać, etc.), często będą tymi, którzy zaoferują wam później pracę (i/lub praktyki). Pracę, której nie mogą dostać ludzie trzymający się Systemu, bo jest ich po prostu za dużo -- dostają ją tylko tacy jak ty i twoi znajomi, bo czymś się wyróżniają.

Pracę, dzięki której będziesz mógł żyć wygodnie tu na miejscu, a nie w Londynie. Która będzie rozpoczęciem kariery, która za 10 lat może cię zaprowadzić w ciekawe miejsca. Ciebie i ludzi, z którymi chciało ci się coś wspólnie robić. I którzy, jeśli będą potrzebowali kompetentnych współpracowników, to będą wiedzieli gdzie ich znaleźć.

Profesor? Poseł? Znany biznesmen? Znany dziennikarz?

Do zobaczenia za 15 lat.

/var/log/obserwacje

21 IV 2006, 00:03:45

Okazało się, że jestem się w stanie podniecić dłubaniem w komercyjnym projekcie. Bo on mi działa, mogę go dopieszczać i wszystko tak fajnie furczy. A jak nie furczy, to jest źle. Bo mają mi za niego zapłacić niezgorszą sumkę, więc wolałbym, żeby furczał.

W każdym razie kombinacja $$$, deadline'u na wczoraj i zaochnięcia się faktem, że mi furczy spowodowała, że mam od jakiegoś tygodnia coding frenzy. Normalnie nie pamiętam ile lat temu ostatnio mnie coś takiego napadło, w każdym razie mi się strasznie spodobało. Okazuje się, że jednak, przynajmniej przez jakiś czas, mogę nie być leniem. Jupi! :)

Przy odrobinie szczęścia uda mi się to wykorzystać przez weekend do zrobienia kilku rzeczy w PLDówku. Więc mnie gonić.

Z innych obserwacji -- pewien sadysta na dzisiejszym treningu mi pokazał, że nawet jak się już nie ma sił kompletnie na nic, to i tak ma się jeszcze zapasy energii. Jak jedne mięśnie już kompletnie nie działają, to zawsze można trochę pomęczyć inne. Póki się nie ma zadyszki, to zawsze zostaje jakaś część ciała do pomęczenia.

I jeszcze jedna rzecz -- czytanie jest fajne, lubię czytać, ale niestety w przypadku niektórych tekstów dochodzę do takiego momentu, że zaczynam warczeć na autora, że nie szanuje mojego czasu. Ja rozumiem jego chęć, żeby dokładnie przedstawić omawianą tematykę. Wstępy, rozwinięcia i takie tam. Niestety takie potraktowanie tematu oznacza, że czytelnik obyty w danym zagadnieniu i jedynie zainteresowany jakimiś nowinkami stwierdzi, że nie opłaca mu się przebijać przez kilogramy znanej mu już treści z wątłą nadzieją, że znajdzie coś nowego. Jednak dzielenie tekstów na sekcje i inne takie to jest bardzo fajna rzecz (i kolejna powodująca, że pisanie idzie wolniej, więc jakby ktoś się pytał, to ja jestem leniem).

Dobranoc.

Imperium kontratakuje

19 IV 2006, 01:06:42

Siedząc przez święta nad projektem, który deadline ma na zaraz po świętach, nie wiedząc co gdzie i jak, nie mając jak się skontaktować z ludźmi (bo święta), którzy pisali system, którym mam zarządzać, a którzy nie pracują tu już gdzieś tak z pół roku, nie mając żadnej dokumentacji do poczytania, zaczynam marzyć o pracy nad projektem, który jest robiony według jednej z tych metod, których próbują nas (z marnym skutkiem) nauczyć na przedmiocie pod tytułem "Inżynieria oprogramowania". Może te całe java/c# shopy we względnie dużych korporacjach wcale nie są takie złe. Założenia projektowe, dokumentacja, centralne repo z kodem, wiadomo kogo się zapytać o różne rzeczy, stabilna pensja. Tiaaaaa.

I jeszcze jedna obserwacja -- im człowiek ma większe doświadczenie w pisaniu, tym, paradoksalnie, dłużej mu ono zajmuje. Czemu? Ano dlatego, że jeśli już poświęcam czas na napisanie czegoś, to primo chcę, żeby owo pisanie trzymało jakiś poziom techniczny i secundo, żeby odniosło zamierzony skutek.

Poziom techniczny, czyli ogólnie pojęte błędy językowe (znaczy -- ich brak). Niestety z biegiem czasu zaczyna się ich dostrzegać coraz więcej, więc zamiast po prostu pisać, spędza się czas na wyłapywaniu i poprawianiu tych fragmentów tekstu, które mi z jakiegoś powodu nie pasują.

Ale już pal licho formę, super doskonałe to to nigdy nie będzie, wystarczy, że nie będzie kłuło w oczy. Zostaje zasadniczy problem, czyli treści. Skoro coś piszę, to chcę, żeby czytelnik był w stanie prześledzić mój tok rozumowania. Problem polega na tym, że sam zauważam, kiedy zaczynam bełkotać, zamiast pisać jasno. W efekcie jestem w stanie spędzić idiotyczne ilości czasu na przepisywaniu kilku akapitów, aż nie uznam, że jaśniej już nie potrafię.

Prawdę mówiąc zaczynam doceniać sensowność publikowania jakiś dłuższych tekstów w kawałkach. Skoro dopieściłem już pierwszy fragment tekstu, to dlaczego czytelnik ma czekać, aż uporam się z całością -- niech se poczyta to, co już jest. Release early, release often.

(Powyższe przemyślenia po dzisiejszej podróży autobusem, podczas której przez godzinę udało mi się doprowadzić do zadowalającej formy kilka akapitów, natomiast nowej treści nie udało mi się dodać ani krztyny. A czas mi się kończy, bo to jest ten tekst o formalizacji PLD i chciałbym przed wakacjami dostać jakieś opinie prawne na ten temat, gdyż kilka osób się deklarowało, że mają znajomych prawników.)

Umieram

31 III 2006, 21:36:05

Wczoraj wróciłem do domu po porannych zajęciach (których nie było), po czym w ciągu bodajże godziny mnie temperatura ścięła z nóg, że przespałem kilka godzin. No i od tego czasu mam cały czas temperaturę, sypiam w dziwnych porach, w sumie nie mogę mówić, bo kaszlę i w ogóle jest super. Jeszcze się musiałem dzisiaj doczłapać do przychodni.

Następny tydzień mam z głowy, co mi średnio pasuje, bo mnie ominą zajęcia (na które z różnych względów nie chodziłem ostatnio, więc kolejna nieobecność jest niefajna). Niby mam dużo wolnego i mógłbym coś zrobić, ale... tiaaaa. Generalnie w takim stanie się trudno skupić na czymkolwiek. Grrrrrr.

Z pamiętnika grafomana

23 III 2006, 17:16:21

Moja propozycja odnośnie tego, co zrobić z nagłówkami.

A nawiasem mówiąc, to czemu samo pisanie o tym, co chce się zrobić, musi być takie czasochłonne. Nagłówki opisane, teraz jeszcze zostaje tekst o formalizacji pld. Niby z nim będzie łatwiej, bo to po polskiemu, ale i tak spędzę nad nim trochę czasu (który nie wiem kiedy znajdę).

Tak, wiem, że słowo pisane jest potrzebne każdemu projektowi z zespołem większym, niż jednoosobowy i dlatego też umiejętność w miarę precyzyjnego i jasnego wyrażania się jest bardzo cenna, ale z drugiej strony może też być przekleństwem. Bo człowiek ma świadomość, że żeby zostać dobrze zrozumianym, to powinien się postarać i wszystko klarownie opisać. Ale wtedy owo pisanie zajmuje tyyyyyle czasu. Nie zrozumcie mnie źle, ja lubię pisać. Ba, wolę pisać o tym, co bym to ja nie zrobił, jak bym się za coś wziął, niż się za to wziąć (hyhyhy :). Ale to i tak jest męczące.

No i ostatnia uwaga -- z moim angielskim wcale nie jest tak fajnie, jak myślałem. Przy dłuższym tekście się okazało, że w 90% przypadków wcale nie jestem taki pewien, czy konstrukcja, jakiej chcę użyć, jest poprawna :/

Różne takie tam

21 III 2006, 03:39:19

Kobiety prosimy o opuszczenie pokoju, seksistowskie dowcipy na horyzoncie (z podziękowaniami dla zdzichabg, który mi o tym powiedział, bo sam lwna nie czytam, więc bym pewnie nigdy tego nie zauważył :).

Idę kurna spać. Chciałem jeszcze dzisiaj dokończyć maila na lkml odnośnie tego, jak miałoby wyglądać llh-ng (czyli llh zrobione tak, żeby docelowo mogłoby być mergnięte z kernelem, w czym nawiasem mówiąc mogę spokojnie pomóc, bylebym nie był jedyną osobą wiedzącą co i jak), ale po napisaniu pięciu kilobajtów tekstu mam dość na dzisiaj. Dokończę to jutro (znaczy technicznie to dzisiaj i właśnie dlatego idę spać).

A, właśnie. Ten jog wygląda jednak dosyć nieciekawie i nieoryginalnie, bo to mimo wszystko jeden z wbudowanych w joggera szablonów, więc przydałoby się go jakoś ufajnić. Problem polega na tym, że ja jestem leniem i nie mam najmniejszej ochoty na tyle opanowywać htmla i cssa, żeby być w stanie coś własnoręcznie wyklikać w jakimś rozsądnym czasie (i nie wyczerpując rocznego limitu przekleństw). Już nie wspominając o tym, że brak mi natchnienia na takie rzeczy...

Oddam cnotę za jakiś fajny, działający (i przy tym czytelny) design.

I po nagłówkach

15 III 2006, 02:14:13

Serce mi się kraja, bo za dłubanie w rzeczach okołokernelowych jest dużo geek pointsów, a poza tym to już ponad dwa lata, jak żem się zabrał za robienie nagłówków, ale przyszła pora na męską decyzję -- nagłówki są martwe. Nie wiem co z tym dalej, ale to już się inni będą martwić (niestety pldziarze też, sorry guys).

Co się miałem z tego nauczyć, to się nauczyłem, a rzecz przetrwała tyle czasu głównie ze względu na owe geek pointsy i na to, że czerpałem satysfakcję z faktu, że raz na jakiś czas byłem się w stanie zmusić do poświęcenia sporej ilości godzin na zrobienie tego.

Teraz mam wystarczającą ilość innych rzeczy, do których muszę się zmuszać i jeszcze jedna nie jest mi potrzebna.

Poza tym możliwe, że teraz będę bardziej 'dostępny', jeśli idzie o różne drobne prace w polu (głównie okołopldziane zapewne). Zazwyczaj jak miałem jakiś dłuższy kawałek czasu do dyspozycji, to z tyłu głowy krzyczał na mnie głosik, że powinienem się zabrać za nagłówki, skutkiem czego spędzałem cały ten czas na unikaniu jakiejkolwiek roboty. Teraz powinno być lepiej. Kto wie, może coś w automatyce ftpowej podłubię w najbliższym czasie. O fundacji/stowarzyszeniu PLD nie wspominając (ale o tym napiszę najwcześniej za kilka dni, na razie nie mam czasu).

Szczury na start

13 III 2006, 23:33:41

Większość z nas w większym, lub mniejszym stopniu zdaje sobie sprawę z "przydatności" ocen otrzymywanych na studiach i owych studiów w ogóle. Osobiście już od kilku lat miałem podejście, że studia mają mi zapewnić papierek, a jeśli się czegoś ciekawego na nich nauczę, to będę to traktował jako bonus. Jednak w pełni uświadomiłem sobie co, jak i dlaczego, dopiero czytając pewien wpis, do którego linka niestety już nie odnajdę.

Otóż gdzieś na świecie zawsze jest ktoś inteligentniejszy i bardziej pracowity od naszej skromnej osoby (miło sobie myśleć, że owych ludzi nie jest aż tak wielu, ale to już inna bajka :). Ba, wysoce prawdopodobne, że całkiem niemała ich grupka znajduje się na tych samych studiach (młodszy czytelnicy mogą sobie wstawić szkołę średnią), co i my, zawyżając normy do stypendium za wyniki. To właśnie ci ludzie skończą studia z wyróżnieniem i to najprawdopodobniej na nich będą polowały ewentualne firmy rekrutacyjne.

Więc co powinniśmy zrobić my, jeśli chcemy osiągnąć sukces zawodowy? Ano pierwsze rozwiązanie, jakie przychodzi na myśli, to bardziej się starać. Osiąganie dobrych wyników w nauce zazwyczaj nie jest jakoś wybitnie trudne (jeśli jakiś czytelnik studiuje fizykę kwantową, to może zignorować to zdanie), po prostu dosyć czasochłonne. Jeśli ktoś potrafi się zmotywować do wytężonej i systematycznej pracy, nie przeszkadza mu to, a w tygodniu ma jeszcze czas na jakieś przyjemności (ekhem, życie towarzyskie), to niżej podpisany chyli czoła.

Cała reszta leni i obiboków, którzy lubią sobie wmawiać, że gdyby im się tylko chciało, to też mieliby same piątki (yeah, right), ma natomiast dwa wyjścia. Pierwsze, to przestać tracić czas, rzucić studia, zdobyć zawód mieszacza cementu na jakiejś budowie w okolicy, po czym spakować manatki i wyruszyć do Irlandii. Natomiast jeśli komuś nie odpowiada ani walka wewnątrz systemu (oceny, oceny, oceny, oceny), ani kariera w przemyśle budowniczym, to jedyne, co mu pozostaje, to wykombinować, jak ów system obejść (viva la revolution!).

Groźnie brzmi, ale w praktyce sprowadza się do przykładania większej wagi do aktywności pozastudenckiej. Pierwsze, co przychodzi do głowy, to praktyki w różnych firmach (na ile czas pozwoli), a dla rzeczywiście sprytnych, po prostu normalna praca. Na studiach często można się odpowiednio zakręcić w taki sposób, że daje się to pogodzić z niektórymi formami zatrudnienia, co w wersji optymistycznej może oznaczać, że po studiach cały twój rok będzie miał papierek, a ty -- papierek i 5 lat doświadczenia zawodowego (czyli że jeśli ich ktoś w ogóle zatrudni, to na najniższym stanowisku, ty natomiast możesz się już spokojnie starać o coś lepszego).

(Jest oczywiście inny obóz, który twierdzi, że należy się utrzymywać z pieniędzy rodziców co najmniej do trzydziestki i rzeczywiście, nie jest to takie głupie, ale pod tym wszak warunkiem, że jesteś w stanie nadrabiać ocenami. Bo prędzej czy później jednak będzie trzeba pójść na swoje i dobrze by było mieć więcej możliwości, niż Irlandia i lokalny McDonald.)

Żeby nie było -- ja nikogo nie namawiam do olewania ocen. Jeśli tylko jesteś w stanie bez większych wysiłków mieć dobre oceny, to głupotą byłoby ich nie mieć. Natomiast czy warto poświęcać cały dostępny czas w pogoni za ocenami, to już jest kwestia, która wymaga dobrego zastanowienia się nad. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że o ile względnie łatwo jest wyciągnąć 85-90% maksimum, o tyle walka o te ostatnie kilka procent, żeby dobić do setki, jest najbardziej czasochłonna.

Co ciekawe, mniej więcej ta sama zasada obowiązuje też w życiu zawodowym. Niedawno czytałem wywiad z Bagińskim (ten od Katedry, sssssskarb narodowy, nominowany do Osssssssssscara), w którym m.in. opisał jak wyglądało jego życie po zdobyciu rozgłosu. Otóż bardzo szybko zapukali do niego różnej maści headhunterzy z propozycjami pracy dla wielkich i znanych firm. Zapewne z możliwością stałego pobytu w hameryce i dużą ilością zielonych co miesiąc.

A on po prostu odmówił z bardzo ładnym uzasadnieniem -- że gdyby dostał pracę w jakimś Pixarze, czy czym tam, to wysoce prawdopodobne, że zostałby wyrobnikiem i pracowałby z paroma innymi osobami przy animacji nogi T.Rexa w Parku Jurajskim 4. W obecnej pracy natomiast ma czas do przygotowywania co jakiś czas nowych filmików (nawiasem mówiąc muszę wreszcie tę Sztukę Spadania obejrzeć), dostaje różne ciekawe propozycje (czołówkę do Panoramy robił), etc, etc.

Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież nikt mu nie każe do końca kariery robić przy nogach dinozaurów. Gdyby się postarał, to w takim Pixarze miałby praktycznie kosmiczne możliwości awansu i mógłby robić naprawdę pionierskie rzeczy.

Mogę się mylić, ale osobiście uważam, że Frodo, tfu, Tomasz zdaje sobie sprawę z faktu, że nie jest jakimśtam geniuszem, a skoro satysfakcję z życia zawodowego chyba już udało mu się osiągnąć, to jakoś niespecjalnie ciągnie go do zostania najlepszym (albo przynajmniej najbardziej znanym) grafikiem na kuli ziemskiej.

Acz ktoś mógłby i tak powiedzieć, że w sumie co mu szkodziło zatrudnić się w jakiejś wielkiej firmie, przecież nikt by mu nie zabronił w razie czego się zwolnić i wrócić do starych zajęć. Wydaje się sensownym w takich wypadkach starać się maksymalizować pole manewru.

Niestety taka doktryna jest dosyć zgubna (znowu o tym niedawno czytałem, ale nie odłożyłem linka na bok; shoot me), gdyż można przeżyć całe życie maksymalizując pole manewru i nigdy nie lubić tego, co się robi. Nie chcesz iść na najlepszą uczelnię biznesową w Polsce, ale co ci szkodzi w liceum pozdawać odpowiednie przedmioty na maturze. Nie podobają ci się te studia, ale lepiej je jednak skończ. Nie podoba ci się praca w tym zawodzie/na tym stanowisku, ale jest ono prestiżowe i dobrze płatne, a lepiej mieć maksymalne pole manewru i zarabiać dużo kasy, bo wtedy będziesz mógł już w wieku 50ciu lat pójść na emeryturę i robić co ci się podoba!

Niektórzy ludzie potrafią przerąbać w ten sposób całe swoje życie, planując je rzeczywiście zacząć dopiero na emeryturze! (Co oczywiście raczej już nie następuje, bo skoro przez kilkadziesiąt lat nie nauczyli się korzystać z życia, to co miałoby by się zdarzyć takiego magicznego po 65tych urodzinach.)

(Już nie wspominając o tym, że konkretnie w przypadku Bagińskiego, to on i tak pewnie w dowolnym momencie mógłby się zatrudnić w dowolnej wielkiej firmie, gdyby tylko przyszła mu na to ochota. A skoro nie ma ochoty, to nie ma się co zmuszać.)

I na koniec mały dowcip. (Tak, pisałem, że takich rzeczy robił nie będę, ale ten jeden raz się nie mogłem powstrzymać, gdyż nazwa naszego polskiego digga jest po prostu zbyt słodka, żeby jej w ten sposób nie wykorzystać :)

Dokop temu artykułowi.

I'm back

13 III 2006, 20:47:32

Kilka godzin temu wróciłem do domu. Honej cośtam marudził, żeby napisać kilka słów o PLD Linux Day na siódmego ciecia, także tutaj pewnie nic nie będę pisał ciekawego. Spaaaaać.

A, z góry przepraszam za objętość notki, którą za chwilę opublikuję, ale musiałem coś robić jadąc pociągiem powrotnym.

Idzie nowe...

04 III 2006, 16:42:55

Stary jogger wygląda, jakby miał żółtaczkę, ale przez te lata się przyzwyczaiłem i mnie to bynajmniej w oczy nie razi. Nowy za to wygląda jak nekrolog, a to dzięki temu wielkiemu czarnemu plackowi na środku witającemu nowo przybyłych.

No ale to są pierdoły, które się po jakimś czasie przestaje zauważać, poza tym de gustibus cośtam cośtam.

Jest natomiast jedna rzecz, od której jestem uzależniony, a co sobie dopiero z wprowadzeniem joggera2 uzmysłowiłem -- rozplanowanie głównej. Otóż ja joggera czytam tak, że ustawiam sobie wzrok na lewą kolumnę i scrolluję w dół patrząc na pary tytuł/autor i na tej podstawie stwierdzając, czy chcę coś przeczytać. Jak coś ciekawego, to środkowy klawisz myszy (otwarcie w nieaktywnym tabie) i scrollujemy dalej, aż do końca strony, gdzie klikam sobie na 'poprzednie' i powtarzam procedurę.

Niestety w j2 tytuł notki i autor są w innych kolumnach, więc muszę machać wzrokiem, co mnie wybitnie wkurza, nie wspominając już, że jest wolne i mało wygodne. No a jak już dojdę na sam dół, to sobie muszę wcelować w numerek, bo przycisku 'poprzedni' po prostu nie ma.

O tej pierwszej rzeczy poinformowałem riddla jakiś czas temu i poprawił. Później niestety znowu popsuł, ale nagabywany przed chwilą się zapowietrzył i stwierdził, że nie naprawi.

Foch kurna.

Życie update

01 III 2006, 22:38:33

Na za dwa tygodnie mam przygotować referat o czymśtam związanym z inżynierią oprogramowania, którego ma wystarczyć bodajże na 20 stron tekstu i 20 minut gadania (okraszonego jakąś prezentacją). Jednocześnie ze mną ma to zrobić dwóch albo trzech współstudentów (każdy na inny temat). W międzyczasie odbędzie się jeden wykład z tego przedmiotu (pierwszy wykład z tego przedmiotu na studiach).

Innymi słowy poświęcę cholera wie ile czasu na opracowanie czegoś, czego w sumie nawet nie będę rozumiał (w sensie, że nie będę w stanie tego wpasować w jakiś szerszy kontekst), po czym przez pół semestru będę wysłuchiwał współstudentów gadających o rzeczach, z których będą zapewne rozumieli jeszcze mniej, niż ja.

Wykład jutro. Żeby chociaż on się okazał w miarę zjadliwy.

(Nie wiem dlaczego, ale byłem nastawiony na to, że mnie nauczą całych tych mądrości zgromadzonych przez lata ciężkiej pracy różnych pionierów informatyki, ale chyba zanosi się na to, że jak sobie nie wezmę jakiejś książki z tego przedmiotu i nie przeczytam od deski do deski, to dużo więcej wiedział na koniec semestru nie będę.)

In other news:

Ptasia grypa. W Ac padły trzy burdele, w Th dwa. Mam nadzieję do końca tygodnia jakoś je odpalić. A gausus jak wróci z Barbados, czy gdzie on tam się szlaja, to dostanie kopa z półobrotu. Dała mi łachudra konto na burdel, ale nie powiedziała, że zaraz wyjeżdża, więc ja sobie chroota przetransferowałem, ślicznie pięknie, a teraz nie ma mi go kto roztarować i podłubać w sudoersach, bo nie mam roota. Grr.

In jeszcze other news:

Oplug: Reaktywacja (OpLUG == Opole LUG). Hgw co z tego wyjdzie, w każdym razie ja tu tylko sprzątam, więc zażalenia do szefa, a nie do mnie. Tak czy siak trzeba przyznać, że członków przybywa...

Członkiń natomiast nie stwierdzono, co napawa mnie niewypowiedzianym smutkiem...

Dobranoc.

Dzień sto siedemnasty

26 II 2006, 02:36:00

Mam kaca. Nie podoba mi się, że mam kaca i mam nadzieję, że kac nie utrzymuje się więcej, jak 24 godziny (przynajmniej w moim przypadku). W skrócie wnioski: nie, nie jestem w stanie pić piwa, jest na to po prostu zbyt obrzydliwe. To już sobie wolę powolutku sączyć wódkę z kieliszka (co nawiasem mówiąc czyniłem). Jest smaczniejsza. Poza tym upicie się jest całkiem fajne, (głównie ze względu na to, że ma się niepowtarzalną okazję pobawić się własnym błędnikiem), acz pod kilkoma warunkami (na przykład, że jak człowiek się robi śpiący, to po prostu idzie spać, a nie użera się z towarzyszami niedoli) i z uwzględnieniem tego, że te fajne kawałki przeplatają się z niefajnymi (vide w/w kac). Ogólnie rzecz biorąc raz na ruski rok można się upić, acz to li tylko z ważnych powodów towarzyskich. W innym przypadku jest to po prostu koncertowa strata czasu (zwłaszcza, że następny dzień też w znacznej mierze idzie do kosza).

(Tłumaczenie z mmazurowego na nasze dla ewentualnych pldziarzy: powyższy akapit oznacza, że nie dam się spić na następnym zlocie. I możecie to sobie wygrawerować na czołach :)

Ale prawdę mówiąc, to ja nie o piciu chciałem pisać. Raczej o tym, co się zdarzyło w ciągu ostatnich kilku miesięcy (i co zaskutkowało m.in. moim wczorajszym powrotem do domu o piątej nad ranem; oczywiście łaziłem zygzakiem).

Parę tygodni po śmierci matki uświadomiłem sobie, że siedzę sam w czterech ścianach, wybitnie mi to uczucie nie odpowiada, a nie mam żadnego punktu zaczepienia, żeby coś z tym zrobić. Od tego czasu starałem się zbierać różne kawałki wiedzy o życiu, do jakich udało mi się dotrzeć i sklejać je w jakąś sensowną całość. Niektórzy przez całe życie nie są w stanie zrozumieć, czego tak naprawdę chcą (i czego powinni chcieć), do innych dociera to dopiero wiele lat po hucznym weselu, zaraz przed znacznie mniej hucznym rozwodem, a ja po tych kilku miesiącach nadstawiania uszu i analizowania, chyba wreszcie mniej więcej wiem jak to powinno dalej wyglądać.

Nie, nie powiem wam do czego doszedłem, dwudziestolatek rozprawiający o tym, jak należy żyć, byłby widokiem dosyć grotestkowym. W jakim stopniu mam rację zweryfikują następne lata[1], na razie ważne jest to, że przestałem się już poruszać na ślepo -- mam przed sobą konkretny cel i mniej więcej wiem jak go osiągnąć, teraz muszę już tylko dopracowywać... ekhem... szczegóły implementacji. Mam ten swój punkt zaczepienia.

[1] I jak już będę stary i mądry, to może wtedy coś o tych swoich pomysłach napiszę. Przy odrobinie szczęścia będę już wtedy pisał na joggerze2 :)

P.S.
A właściwie to są dwie rzeczy, o których chciałbym wspomnieć.

Wielokrotnie przez te miesiące miałem ochotę napisać tutaj o swoim życiu prywatnym, o tym, że czegoś nie rozumiem, że coś jest nie tak, że nie wiem jak dany problem ugryźć, etc., etc. Za każdym razem stwierdzałem, że to nie powinno być miejsce na takie zwierzenia, bo życie prywatne ma to do siebie, że jest... no cóż... prywatne.

Teraz znam już lepszy powód, niż 'taki ekshibicjonizm jakoś mi nie pasuje'. Za każdym razem, gdy będziecie mieli ochotę podzielić się swoimi prywatnymi sprawami z grupą właściwie nie znanych wam bliżej osób, zastanówcie się dlaczego nie macie kogoś z krwi i kości, z którym o tych sprawach nie pogadacie.

A jak już się zastanowicie, to pierwszym waszym zajęciem powinno być poszukanie takiego kogoś.

I na koniec chyba najważniejsza rada -- źle jest tylko czasami, dlatego najważniejszy w życiu jest optymizm.

Perspektywa i jej brak

18 II 2006, 01:19:19

Jest wręcz niesamowite jak bardzo brak odpowiedniej perspektywy może zniekształcać postrzeganie różnych rzeczy. Wyobraźcie sobie średniowiecznego mnicha, niemowę, znajdującego azyl w murach zakonu. A teraz pomyślcie o mnie (ściągawka -- tak wyglądam) na jakiejś suto zakrapianej imprezie.

No, to od dzisiaj możecie mi mówić Casanova.

Ludzie generalnie tak mają, że czymkolwiek się zajmują, nie potrafią uniknąć porównywania się z innymi. Odruch jak najbardziej słuszny, bo dzięki temu nie poruszamy się w próżni własnego wydawania się. Niestety wiele osób jest trochę nadto leniwych i nigdy nie zadaje sobie trudu zweryfikowania tego, jak ich wiedza (oraz wiedza osób, z którymi się porównują) ma się do jakiś bardziej obiektywnych kryteriów.

Czyli, żeby nie rozwadniać mojego przełomowego odkrycia zbyt dużą ilością prozy: porównywanie się do przypadkowej grupy ludzi jest zawsze bezsensowne, bo to, że wiem więcej od statystycznego Kowalskiego, nie mówi absolutnie nic o stanie mojej wiedzy. Za każdym razem, gdy chcę z czystym sumieniem powiedzieć komuś jaki jest stan mojej wiedzy na dany temat, to mam obowiązek na początek w ogóle zorientować się w całości dostępnego materiału (przejrzeć spis treści, że tak powiem).

Nie uświadomiwszy sobie złożoności czegoś (albo przynajmniej nie poznawszy jakiejś chodzącej encyklopedii w rodzaju qrczaka albo malekitha), nie jesteśmy w stanie się obiektywnie wypowiadać o własnych umiejętnościach.

A nie potrafiwszy dobrze ocenić własnych umiejętności, jak mielibyśmy się rozwijać?

(Nawiasem mówiąc, jeśli jakiś guru z którym rozmawiacie nie chce się rozwodzić nad ogromem własnej wiedzy, to jest całkiem prawdopodobne, że on wcale nie stara się być skromny, tylko obiektywny.)

Jabberowe technikalia

02 II 2006, 01:20:11

Dzisiejszy wpis z serii niezbyt technicznych rozpraw o wszystkim i o niczym okazał się zbyt długi, a ja zbyt śpiący, żeby go skończyć, więc tym razem kilka technikaliów.

Sparrowowy jabberd nie bangla z wpisami srv i cholera wie dlaczego. Ja nie mam pomysłów, on (sparrow, nie jabberd) też nie. Jak ktoś zna jakieś tajemne zaklęcia, to jak najbardziej powinien się zgłosić, bo przez to ani mój serwer (kilka domen), ani np. taki gmail nie działają.

A nawiasem mówiąc po upgrejdzie transportu gg o jedną, czy dwie wersje i zupgrejdowaniu przy okazji libgadu, transport zaczął wariować i po krótkim czasie (kilka godzin) działania, odmawiał współpracy. Chodzić chodził, ale zalogować się do niego nie dało, trza było restartować.

No to jaki jest pierwszy krok przy debugowaniu problemów z transportem? Zbudować libgadu bez pthreadsów.

Od wczoraj działa bez zająknięcia :)

No więc, do czego się nadaje libgadu z pthreadsami? :)

Rączki na kołderkę i ani mru mru!

26 I 2006, 23:35:30

Kilka dni temu z głównej joggera trafiłem na wywiad z patrysem i nbw na DI. Przeleciałem wzrokiem całość, no dobra, wywiad jak wywiad, więc zaczynam czytać.

Pierwszy akapit -- uuu, znaczące wydarzenie, wow.

Drugi akapit -- blah, blah, blah, ale coś mi nie pasuje.

Trzeci akapit -- zaaaaaraz. Czy autorem tego nie jest przez przypadek... no jasne :)

Ostatnio pewna rzecz w tym całym blogowaniu mnie zaczyna gryźć w oczy -- że samo siebie bierze zbyt poważnie.

No więc sami pewnie kiedyś zauważyliście, że to i tamto się czasami tenteguje. Mnie to wczoraj skłoniło do refleksji.

Ostatnio Franek był napisał (oczywiście muszę się do Franka ładnie dolinkować, bo na tym polega blogowanie i blogosfera) o tym i owym. Tylko zasygnalizował kwestię tentegowania, acz niedawne badania Googla skłoniły mnie do rozwinięcia tematu.

<rozwinięcie tematu>

Oczywiście pozostaje problem znalezienia wartościowych blogów na temat tentegowania tego i owego. Jest to dosyć trudne zważywszy na dUuUshoM IloŚć fpiiisuuufff na ten temat, ale mam nadzieję, że pewien serwis o głupiej nazwie w tym pomoże, skoro jego celem jest zbieranie do kupy wartościowych blogów. Chłopaki, dobra robota!

A tak w ogóle, to mój blog został niedawno dodany do pewnego serwisu o głupiej nazwie, którego celem jest zbieranie do kupy wartościowych blogów. Chłopaki, bardzo dobra robota, tak trzymać!

Tak, dla mnie też ciekawsze są teksty pisane poprawną polszczyzną i na jakieś "sensowne" tematy, ale to nie jest powód do publicznego obnoszenia się z wyższością jednych nad drugimi. W rzeczywistości nie ma specjalnej różnicy pomiędzy nastolatką ze świecą, a geekiem z urządzonkiem na usb -- jedno i drugie chce sobie po prostu (intelektualnie) zrobić dobrze, poprzez zajmowanie się rzeczami, które ich akurat interesują. Ba, od dużego geeka bym wręcz oczekiwał, że primo będzie siedział cicho, a nie warczał na nastolatki, bo cechą charakterystyczną nastolatek jest to, że mają naście lat i z założenia działają trochę inaczej, niż dorośli oraz secundo -- będzie w stanie docenić przydatność umiejętności towarzyskich, jakie zdobywają nastolatki zajmując się tym, czym nastolatki się zazwyczaj zajmują. (No i tertio -- nie będzie ryzykował zdrowiem, bo świeca może się złamać/można wyszarpać tylko knot, a urządzonko na usb ma przeważnie względnie mocno przymocowany kabel i jest generalnie solidniejsze.)

Ja po prostu uważam, że jeśli ktoś chce dbać o reputację, to nie powinien pewnych rzeczy robić na forum publicznym to raz, a dwa, zanim coś publicznie zrobi (znaczy zanim coś w ogóle zrobi, acz są rzeczy, które mogę mówić/robić przy moich znajomych, li tylko dlatego, że to moi znajomi i tak oni są pewni co do moich intencji, jak i ja co do tego, jak mnie w takim wypadku odbiorą), to powinien się zastanowić, czy rzeczywiście ma rację i jak sprawa wygląda z punktu widzenia ewentualnego oponenta. (Przy czym to znacznie głębszy temat jest).

Nazwijcie mnie hipokrytą, ale ja na ten przykład nigdy nie zarejestruję się na serwisie typu blogfrog. Czemu? Czyżby mi nie zależało na zwiększeniu liczby czytelników?

Ależ zależy, zależy i co jakiś czas sprawdzam jak się sprawy w tej kwestii mają (po to jakiś czas temu założyłem liczniki odwiedzin), ale mam wbudowany opór przed jawnym powiedzeniem komukolwiek, żeby gdzieś mnie dodał, gdzieś o mnie wspomniał, etc. Za każdym razem, gdy mam podjąć taką decyzję, to się zastanawiam, czy rzeczywiście treść, którą stworzyłem, jest warta tego, żeby ów opór przełamać.

Zazwyczaj okazuje się, że nie jest. Ten blog jest po prostu zbiorem mojego marudzenia na różne tematy i ani nie ma ambicji, ani nie pretenduje do bycia czymś więcej. Jeśli ktoś uważa, że to co piszę, jest dla niego ciekawe, to miło mi, ale nie mam zamiaru zrobić niczego, co mogłoby zwiększyć ilość tychże czytelników, poza pisaniem w sposób lepszy i ciekawszy i o bardziej interesujących rzeczach. A już na pewno nie planuję na końcu każdej notki dodawać sugestii zabookmarkowania tejże na delicious, jak to robią co poniektórzy (przy czym w tym konkretnym wypadku strona jest dla faceta biznesem, więc taka autopromocja podpada pod zwykły marketing, skutkiem czego z definicji na więcej może sobie pozwolić). Nie wspomnę też o tym, że ostatnio zostałem dodany do serwisu o głupiej nazwie (no, chyba, że uda mi się wspomnieć o tym niejako przy okazji, tak, żeby nie wyglądało, jakbym robił to celowo; o, na przykład tak jak teraz).

(Nawiasem mówiąc dlatego też nie potrzeba mi tych wszystkich super wybajerowanych funkcji wordpressa, czy czego tam, jak trackbacki, pingi i cholera wie co jeszcze. Wystarczy mi, jeśli działa joggerbot (który nie działa od dłuższego czasu i przez weekend mam zamiar zdobyć niepodważalne dowody na to, że to wina sparrowowego upgrejdu jabberd, po czym przystąpić do wysyłania listów z pogróżkami) i mogę w spokoju dodawać notki.)

Wyjątkiem w tym wypadku jest moja anglojęzyczna strona ale ona jest właśnie po to anglojęzyczna, żeby była przydatną dla pewnej konkretnej grupy ludzi, w której przypadku nie mam większych oporów przed komunikowaniem faktu jej istnienia.

I na koniec disclaimer -- powyższe to nadal są li tylko moje marudzenia, na które mają wpływ moje zboczenia i inne takie. To w żadnym razie nie jest jedynie słuszny tok rozumowania i feel free, żeby się ze mną nie zgadzać. Oczekuję od was li tylko tego, żebyście sami wymyślili jaki jest wasz stosunek do opisywanych kwestii i zachowali krytyczny dystans tak do owych kwestii, jak i do własnych przemyśleń na ich temat.

Nudy panie, nudy

17 I 2006, 15:56:38

Jakieś półtora miesiąca temu Mimas napisał był krótki rant między innymi na okoliczność preferowania przez większość polaków tekstów i serwisów polskojęzycznych, pomimo, że na anglojęzycznych stronach można dostać informacje najlepsze jakościowo i to do tego z pierwszej ręki. Od tamtego czasu chodziło mi po głowie stworzenie tego wpisu, i to chodziło tyle razy, że mam nieodparte wrażenie, że ja już go napisałem, a teraz się powtarzam :). Ale przechodząc do meritum...

Prawda jest taka, że nie czytamy wszyscy A List Apart, czy różnych autorytetów od sieci semantycznych z bardzo prostej przyczyny -- nas to po prostu specjalnie nie interesuje. Obecnie jest duży hype odnośnie web usability, a polskie blogi na ten temat mogą liczyć na całkiem niezłe ilości czytelników, ale szczerze wątpię, żeby większość z tych czytelników czytała także regularnie te najważniejsze, anglojęzyczne strony. Dlaczego?

Ano według mnie (podkreślam -- według mnie; tu by się raczej jakiś socjolog, czy inny socjopata przydał) to, co czytamy na dany temat, w znacznej mierze odzwierciedla poziom naszego rzeczywistego nim zainteresowania. Czyli, już abstrahując od hype'u na temat web usability u nas, weźmy takiego mnie -- ja czytam przykładowego Patrysa, bo (a) go znam na okoliczność PLD i (b) bo publikowane przez niego co jakiś czas teksty są dla mnie interesujące. Ot, taki sporadyczny rzut oka na sąsiedni dział informatyki plus co jakiś czas różne smaczki z lokalnego podwórka. Patrys w tym momencie pełni rolę filtra -- ja nie muszę do końca wiedzieć o co biega (i nie wiem, bo się www nie zajmuję, poza tym, że w razie konieczności jestem w stanie coś sklecić przy pomocy htmla i cssa, acz jest to dla mnie zawsze frustrujące doświadczenie), nie muszę spędzać czasu na przeglądaniu tych najpoważniejszych materiałów (anglojęzycznych) właśnie, a w zamian mogę liczyć na 'niezobowiązujące' teksty popularyzatorskie (będące dla mnie w równej mierze rozrywką, co i nauką) oraz garść ciekawostek, jak na przykład jakieś dowcipy o gronie (które na angielskojęzycznych serwisach dotyczyłyby zapewne orkuta i byłyby dla mnie znacznie mniej interesujące).

I według mnie większość osób tak ma. W takim podejściu nie ma nic złego, acz ważna staje się w nim także sama osoba piszącego. Tzn. czy nie nudzi, czy nie drażni nas za bardzo, etc. W ogóle zaryzykuję stwierdzenie, że nie czytamy blogów li tylko ze względu na treść, ale właśnie ze względu na autorów oraz własne przyzwyczajenie. Czyli jeśli zaczęliśmy czytać dany blog (bo na przykład znamy skądś autora), to zostaniemy mu względnie wierni tak długo, jak długo autor rzeczywiście na trwałe nie zboczy z uprzedniego kursu, nudząc/irytując nas powyżej pewnej granicy tolerancji i zmuszając do zaprzestania odwiedzin.

Główna implikacja jest taka, że 'ciekawe' (popularne) blogi są popularne ('ciekawe') właśnie dlatego, że autor zabiera czytelników w podróż po interesujących go tematach i to w taki sposób, że stają się one, przynajmniej przez chwilę, interesujące właśnie dla owych czytelników. I nie ma tutaj wcale obowiązku zgadzania się z autorem, czy posiadania wystarczającej wiedzy, by ewentualnie móc dyskutować z tym, co napisał -- wystarczy, że ma się wrażenie, że się względnie miło spędziło czas i przy okazji czegoś nauczyło. Po prostu oczekujemy, że autor nas czymś zaskoczy, powie coś, czego żeśmy wcześniej nie wiedzieli i nie zanudzi nas przy okazji na śmierć.

Do tego oczywiście dochodzą komentarze, które zawsze pozwalają czytelnikowi dodać coś od siebie, jeśli przyjdzie mu na to ochota (choćby podziękować za ciekawy tekst). Osobiście prawie nigdy nie ingeruję w komentarze do swoich wpisów, a i w ewentualnej dyskusji uczestniczę niezbyt często (nawet jeśli, co się czasami zdarza, ktoś wyskakuje z tekstem jakby się urwał z choinki, to zazwyczaj nie prostuję, tylko czekam, aż ktoś inny to zrobi) -- po prostu komentarze są miejscem dla czytelników, a ja to, co chciałem powiedzieć, w większości już powiedziałem w samym wpisie. (A że czytelnicy są przyzwyczajeni, że należą im się ich komentarze, to można zobaczyć na przykładzie Jarka Zgody :)

I znowu wracamy do całkiem wdzięcznego obiektu dyskusji, jakim jest Mimas, który na czytelników w komentarzach warczy i generalnie sprawia niesympatyczne wrażenie (o czego implikacjach już kiedyś pisałem). Jeśli komuś zależy na tym, żeby w komentarzach można było znaleźć też tylko wartościową dyskusję, to powarkiwanie na komentujących nie po myśli autora jest wybitnie nieefektywnym rozwiązaniem, bo skutek zapewne będzie odwrotny, do zamierzonego -- zniechęci do komentowania w ogóle. W takich sytuacjach sugerowałbym raczej, żeby komentarze podzielone były na te zmoderowane i na te niezmoderowane, gdzie domyślnie widoczne byłyby tylko te pierwsze, gdyż to właśnie one byłyby oficjalnie namaszczone przez autora, jako godne wpisu, do którego się odnoszą.

A jeśli ktoś chce nam wystawić laurkę, to nie nie ma się co irytować, tylko trzeba siedzieć cicho i się cieszyć, że ktoś uznaje to całe pisarstwo za warte czytania. Bo state of the art w danej dziedzinie to to zazwyczaj nie jest, tylko luźno pojęte popularyzatorstwo, gdyż jeśli rzeczywiście się ma jakiś szerszy cel, to zazwyczaj pierwszą czynnością jest przestawienie się na pisanie po angielsku (co nawiasem mówiąc od dłuższego czasu planuję zrobić z moją wuwą i mam nadzieję, że wreszcie znajdę trochę czasoochoty).

P.S.

A nawiasem mówiąc ciekawym gdzie tu się uplasuje taki reddit, który tym się różni od bloga, że o tym, co może mnie, jako czytelnika, zaciekawić, decyduje nie autor na podstawie własnego wyczucia/widzimisię, tylko większa grupa ludzi wspomagana prostą heurystyką. Osobiście widzę dla takich serwisów świetlaną przyszłość, a sam reddit już od kilku tygodni jest dla mnie głównym źródłem tekstów do czytania (choćby tych, o których pisałem ostatnio).

Dziurawa pamięć

15 I 2006, 20:52:40

Rozwijamy się nie tyle przez zapamiętywanie suchych faktów, ile przez modyfikowanie własnego sposobu myślenia powodowane wchłanianiem wniosków z własnych i cudzych doświadczeń (to drugie zazwyczaj dzięki czytaniu). I już nie raz taki wniosek tutaj prezentowałem. W teorii jest on jak najbardziej słuszny.

Ale przy okazji jest kompletnie do dupy i można go usłyszeć chyba tylko od kogoś, kto jest kompletnym (intelektualnym) leniem. Czytając tekst można traktować argumentację tylko jako drogę do celu, żeby móc później stwierdzić, czy wniosek rzeczywiście jest słuszny. Ale co z tego, że argumentację uważam za słuszną, wniosek tym bardziej, skoro najprawdopodobniej po prostu zapomnę to, co czytałem. I to tak argumentację, jak i wniosek.

W przypadku tego eseju na temat inżynierii oprogramowania problem dla mnie jest mniejszy, bo on mi w głowie zapełnił pewną lukę i zrobił porządek z pewnymi informacjami, dzięki czemu o ogólnie pojętym IT będę teraz myślał w konkretny sposób. Zapewne zapomnę fakt przeczytania tegoż tekstu, ale tezy i wnioski w nim zawarte przyjmę jako swoje i jeśli kiedyś w jakiejś dyskusji będę musiał wyjaśniać swoje stanowisko, to mogę mieć nadzieję, że 'sam' będę w stanie przedstawić taką właśnie argumentację. Mogę mieć nadzieję...

Znacznie gorzej jest w przypadku tej prelekcji o sposobie myślenia i uczenia się. Osobiście uważam ten tekst za perełkę i to nie tylko za ogólne wnioski, ale też za sposób argumentacji. Czy zapamiętam ten eksperyment z kartami i ludźmi przy barze oraz jakie wnioski z niego wypływają (że używając naszego mózgu do matematyki i innych abstrakcyjnych dziedzin wiedzy, używamy go niezgodnie z przeznaczeniem)? Czy zapamiętam cytat z Alana Kaya -- "zmiana w sposobie myślenia jest warta 80 punktów IQ" (jakże prawdziwy)... Opis jak wygląda stan umysłu początkującego naukowca... Jak się ma organizacja składająca się z większej ilości ludzi do lepszego rozwoju samego siebie (znowu, jak bardzo mogę to odnieść do własnego życia)... O potrzebie robienia czegoś większego... Ile tego jest, a ja nie omówiłem nawet wszystkich głównych wniosków.

Nie, kurwa mać, nie zapamiętam tego. Chociaż bardzo bym chciał, to po dwóch godzinach nie pamiętam już 95% zawartości. Czytając go po raz drugi, czytam go jakby na nowo. I czytając, po raz kolejny łączę te informacje z innymi zgromadzonymi w mojej głowie, zwiększając swoje zrozumienie świata.

I znowu zapominam.

Czy przeczytanie go wpłynęło w jakiś sposób na sposób mojego myślenia? Może, ale ponieważ nieświadomie, to nie mam żadnej pewności, że nie była to li tylko rozrywka. I niesamowicie mnie ten fakt irytuje.

Zastanówmy się jak wyglądają studia. Słucha się wykładów na dany temat, po czym wypisuje się najważniejsze wnioski po to, żeby je później wyryć na blaszkę. Muszę przyznać, że jest w tym "głęboko" ukryty sens, bo interesujący wykład wcale nie musi oznaczać, że cokolwiek z niego wynieśliśmy. W rzeczywistości mógł się okazać li tylko intelektualną rozrywką, sposobem na ciekawe spędzenie czasu.

Nie wiem prawdę mówiąc co z tym zrobić. Z lektury Samotnego rejstu "Opty" zapamiętałem, że autor zabrał ze sobą stos książek, klasyków, które znał i które co jakiś czas czytał od nowa. Może to jest jedyne rozwiązanie? Dzielić czas pomiędzy szukanie nowych rzeczy oraz powtórne odkrywanie starych?

Ale nawet jeśli teraz zacznę zapisywać te rzeczy, to ile tekstów zdążyłem już stracić?

Jeśli będę kiedyś dawał rady młodym ludziom, to zapewne jedna z nich będzie brzmiała "zapisuj sobie wszystkie wartościowe rzeczy, jakie przeczytałeś i wracaj do nich po jakimś czasie".

Chociaż... po co? I tak zaraz zapomną co im powiedziałem.

Panie kierowniku!

02 I 2006, 16:59:56

Przed świętami w radiu studenckim okazało się, że jest możliwość współtworzenia (razem z lokalną gazetą studencką, zwaną dalej Galopadą) w Radiu Opole cotygodniowej audycji poświęconej 'kulturze studenckiej'. Problem był oczywisty -- o ile radio studenckie jest z definicji nastawione na naukę, więc wpadki są, ekhem, mile widziane, o tyle gościnne występy na antenie profesjonalnego radia wymagają regularnego przygotowywania audycji na wysokim poziomie. I nie ma, że chory, że boli, że się nie chce -- jedna, dwie wpadki i dyrekcja stwierdzi, że mają ciekawsze rzeczy do wstawienia na antenę (i przy okazji zrazi się do pomysłu nawiązywania tego typu współpracy na najbliższe kilka lat). Więc kto miałby to robić?

Odpowiedź jest prosta -- ci, którzy radia studenckiego nie traktują tylko jako zabawy i okazji do poznania ciekawych ludzi, ale mają nadzieję, że będzie ono dla nich trampoliną do kariery zawodowej.

Nauczony doświadczeniem, do wewnątrzradiowej burzy mózgów na ten temat podszedłem sceptycznie, z racji tego, że z takich pogadanek zazwyczaj nic ciekawego nie wynikało, poza tym, że ludzie mogli se pogadać. Moje zdanie na ten temat było takie, że rzecz jest niewykonalna -- po prostu nie dysponujemy odpowiednią ilością tego typu osób, żeby mogły one udźwignąć regularne przygotowywanie półgodzinnego programu. No po prostu się nie da i nie ma nawet co próbować.

Jednak tym razem się zdziwiłem, gdyż w rezultacie dwóch dyskusji na ten temat wyklarował się następujący plan -- bodajże dwa albo trzy względnie krótkie stałe elementy programu oraz część główna, na którą mają się składać fragmenty najciekawszych audycji radiowych z całego tygodnia (z wymienieniem z imienia i nazwiska autorów oraz zapodaniem 'odnośnika' do całości materiału) oraz zapowiedzi tego, co ma się znaleźć w następnym numerze Galopady.

Plan całkiem sensowny, gdyż daje 'szeregowym radiowcom' możliwość dostania 'kilku minut chwały' na szerszej antenie (co teoretycznie powinno być przy okazji motywacją do produkowania lepszych materiałów), a jednocześnie zmniejsza presję na jakiś konkretny 'core team', żeby robić dużo, dobrze i zawsze na czas.

Czy to wyjdzie w praktyce? Nie wiem, acz jestem sceptyczny, gdyż nie jestem do końca przekonany, że dysponujemy wystarczającą ilością odpowiednio umiejętnych osób do robienia stałych elementów programu i czy 'jeden bardzo dobry materiał na tydzień', to nie jest tylko pobożne życzenie. Jednego wszak jestem pewien -- osobą, która powinna tym całym kramikiem kierować (czyli odpowiadać głową przed dyrekcją Radia Opole) powinien być ktoś, kto z radiem wiąże swoją przyszłość zawodową. I nie ma, że boli, że nie mam czasu, że muszę zrezygnować z innych zajęć, które lubię -- to jest prawie niepowtarzalna szansa, doba niestety jest krótka, a trzeba mieć jakieś priorytety.

Zadania dla takiego człowieka byłyby jasne -- sklejać całość programu do kupy, decydować co się nadaje, a co nie, motywować zespół (argh, marketoidobełkot), łatać dziury, jeśli ktoś się nie wyrobi i ewentualnie rzucić biały ręcznik, jeśli by się okazało, że jednak się nie da.

Nawiasem mówiąc to jest też powód, dla którego ja nie zostanę naczelnym radia -- to jest zajęcie absorbujące duże ilości czasu, ale nie dające mi praktycznie żadnych profitów z zawodowego punktu widzenia, gdyż ja radiowcem po prostu nie będę i tyle.

Niezależnie od tego, że chętnie bym się w pana kierownika pobawił. Ale ile rzeczy ja bym chętnie zrobił...

Końcem na początku

27 XII 2005, 15:01:22

Stosunkowo niedawno wyczytałem coś ciekawego. Otóż większość ludzi, jeśli pisze bądź mówi na jakiś temat, to automatycznie przyjmuje następującą kolejność -- pierw opisać mniej więcej jak przebiegał ich proces myślowy, a później całość zwieńczyć jedynie słusznym wnioskiem ewentualnie okraszonym jakimś komentarzem. Brzmi jak najbardziej naturalnie i logicznie, bo dzięki temu słuchacz/czytelnik może w pełni zrozumieć zasadność wniosku. No i przy okazji możemy się pochwalić jakim to okazałym organem wnioskującym dysponujemy i jak świetnie sprawdza się on w praktyce.

Niestety to, co dla nas, tłumaczących, jest naturalne, wcale takie nie musi być dla odbiorców. Uogólniając, przeciętny odbiorca nie wie do czego zmierzamy, a jego wiedza ogólna o danym zagadnieniu jest zazwyczaj znacznie mniejsza od naszej, skutkiem czego każda dodatkowa informacja, jaką musi on trzymać w głowie w oczekiwaniu na wielki finał, ostatecznie pogarsza jego zrozumienie tematu. Czemu? Bo jak już sprezentujemy mu ten wniosek, to musi sobie teraz zacząć przypominać to wszystko, co do niego mówiliśmy wcześniej i odnosić to do owego wniosku. A zwłaszcza z tym przypominaniem może być ciężko.

A teraz magiczne rozwiązanie (fanfary) -- należy wniosek ogólny pisać najpierw. Choć instynktownie może się to wydawać nienaturalne, to w rzeczywistości ma same zalety. Po pierwsze znacznie zwiększamy szansę, że odbiorca wniosek zapamięta (a właśnie to powinno być naszym nadrzędnym celem, a nie pokazanie światu w jak elegancki sposób potrafimy prowadzić rozumowanie), a jednocześnie ułatwiamy mu zrozumienie tematu, gdyż tym razem będzie w stanie nie tylko śledzić spójność wywodu (czyli w jaki sposób skaczemy po argumentach), ale też wszystko co przekażemy od razu odnosić do ogólnego wniosku. To jest znaczne ułatwienie, gdyż w ten sposób odbiorca może już na początku zdecydować na czym się będzie skupiał i np. odnotowywać sobie w pamięci tylko te argumenty, które w kontekście ogólnym (który tym razem zna i cały czas ma w pamięci) nie trafiły mu do przekonania (a później sklecić soczystego ranta na autora :).

Nawiasem mówiąc ciekawym ile jeszcze tego typu prostych reguł dotyczących przekazywania wiedzy istnieje. Będzie się trzeba zainteresować jakąś (powszechnie polecaną) publikacją na ten temat.

Powyższe miało być tylko wstępem do konkretnego wpisu (oczywiście pisanego z wnioskiem na początku :), ale to poczeka jeszcze trochę do następnego razu.

Święta

22 XII 2005, 02:19:44

Jeśli się nie będę odzywał, to znaczy, że tam, gdzie jadę, nie znalazłem żadnego źródełka z internetem i nie ma co na moją obecność liczyć tak gdzieś do 28-29. Niemniej postaram się tak z dwa razy w ciągu tego tygodnia doczłapać do jakiejś studni z internetem i być z godzinę-dwie online, także jakby było coś ważnego, to można wiadomość zostawić.

A -- i nie będę miał dostępu do maili, także tylko żaba i irc.

Recesja

11 XII 2005, 04:11:22

Przejrzałem główną na trzy dni wstecz (ponad 500 postów). Blogów, które są regularnie i w miarę często uzupełniane, a których przynajmniej 70% jest dla mnie ciekawe znalazłem... pięć. Z tego marcoos-lewak zwinął się w ogóle, patrys-tutajjakieśuszczypliweokreśleniejegodziwnegowyglądu zwinął się z joggera, tristan-neurotyk tylko na wyższy poziom (więc i tak musiałbym go podpiąc pod powiadomienia), a siwa-wredna-jędza i tak już pisze na wyższym poziomie, więc mam ją w powiadomieniach. Z tego zostaje tylko nie-zgoda na którego można liczyć, że raz dziennie cośtam skrobnie.

Zostają ci co piszą albo nieczęsto, albo względnie często, ale niekoniecznie ciekawie (czyli z mojego punktu widzenia tak jakby pisali nieczęsto), albo co ich wolę czytać raz na jakiś czas w większych partiach. Naliczyłem siedmiu. No, powiedzmy, że średnio by doszło do dziesięciu, jakbym jeszcze pomyślał.

Do tego jeszcze dochodzą jakieś przypadkowe teksty, które mi wpadają w oko podczas scrollowania głównej, a których przeważnie i tak w całości nie czytam, tylko przeglądam kilka zdań (ktoś mi względnie niedawno powiedział, że piszę za długie wpisy; z tego punktu widzenia, to rzeczywiście musi być upierdliwe czytanie mnie :). Podliczając, gdzieś w porywach wyjdzie, że z tych 500 przeczytam może 20 (z czego 5 to będzie zgoda).

Buuuuuuuu. Coś mi wygląda na to, że czytanie via główna mogę sobie darować, bo signal to noise ratio spadło poniżej 5%. A co w zamian? Ano nic. Idiotycznie nazwany serwis, który obecnie nie wygląda i robi tylko jedną rzecz, z której i tak nie korzystam. I cholera wie co on docelowo ma robić -- w każdym razie stwierdzenia o 'moderacji' (w świetle mojego poprzedniego wpisu) tak jakby zapowiada, że nie to, co bym chciał, żeby robił.

Jak tak dalej pójdzie, to sam się wyniosę na własną domenę, którą oryginalnie planowałem wykorzystać tylko na rzeczy anglojęzyczne (bo mi się na joggerze podoba), ale coraz bardziej wygląda, że nic mnie tutaj nie trzyma. I właściwie powinienem teraz pogrozić palcem sparrowowi, że taki z niego project leader, jak z koziej dupy klarnet, że doprowadził do takiej degrengolady, ale obiektywnie rzecz biorąc nie jest wykluczone, że to, co dla mnie jest padaniem serwisu, w rzeczywistości można po prostu traktować jako wymianę pokoleń (bo ci, co się wynoszą, albo już wynieśli, są tu przeważnie od dłuższego czasu). Cholera wie, zobaczymy za kolejne dwa lata jak będzie wyglądała wtedy tutejsza 'śmietanka' i czy będzie kogo czytać :)

Ewolucja

10 XII 2005, 22:11:16

Po ostatnich dyskusjach wyszło na to, że więcej osób zastanawia się jak powinien wyglądać niescentralizowany jogger. Ponieważ i mi taka koncepcja po głowie łazi, więc stwierdziłem, że będę ją musiał prędzej, czy później opisać.

Ale zapukał do mnie dzisiaj Patrys z jakimś kawałkiem działającego kodu podpiętego pod strasznie głupią domenę, więc z konieczności jednak prędzej, niż później :)

Da.killa w komentarzach do mojego wpisu wspominał np. o systemie zaproszeń, punktów, etc. Z kolei o ile (nie) rozumiem rozwiązania Patrysa, to ma to być jakiś konfigurowalny przez www czytnik rssów z powiadamianiem na żabę i nieznaną mi poza tym docelową funkcjonalnością. Ktoś inny pewnie miałby jeszcze jakieś inne koncepcje.

I to jest problem, bo jeśli chcemy robić lepszego joggera, to poprzez szeroko pojęte rozszerzanie funkcjonalności, która jest w obecnym, a nie jakieś rewolucje. To, że coś wydaje się autorowi być fajnym pomysłem, wcale nie znaczy, że rzeczywiście takim jest, a proste zerżnięcie rozwiązań z joggera daje przynajmniej tyle, że mamy coś sprawdzonego, co już pokazało, że działa w praktyce.

Czyli teraz (subiektywna) lista ficzerów joggera i dlaczego jest takie ważne, żeby je co najwyżej rozszerzać, a nie zastępować czymś niesprawdzonym.

Primo powiadamianie o nowych notkach i powiadamianie o komentarzach, z czego najważniejsze jest to drugie. Czemu? Bo to pierwsze mam po prostu wrzucając danego bloga do czytnika rss (i osobiście prawie w ogóle z tego na joggerze nie korzystam). W przypadku komentarzy problemy są zasadniczo trzy. Pierwszy to ich śledzenie przez system (to już niech se patrys kombinuje, mi się nie chce :), drugi to nieinformowanie autora o jego własnych komentarzach (zapewne będzie trzeba używać OpenID, czy czegoś takiego), a trzeci to pododawanie na zrzeszone blogi fajki 'śledź ten wątek', żebym nie musiał się specjalnie logować do systemu i wklepywać urla danego wpisu tylko po to, żeby ów wpis śledzić (to się zapewne będzie dało zrobić bez większych problemów, jakimś osobnym przyciskiem, czy też javascriptem).

I secundo -- strona główna i wszystko co się z nią bezpośrednio i pośrednio wiąże. Ja joggera czytam przez główną (modulo jog siwej, która, wredna zołza, niektóre notki daje na wyższych poziomach i przez to musiałem jej jog do śledzonych dodać) i afaik nie tylko ja. A czytam tak dlatego, że (a) tak lubię i (b) pozwala to wyłapywać teksty osób, których całkiem nie śledzę, ale którym zdarza się napisać coś dla mnie ciekawego.

Bo widzicie, jak zauważył mój znajomy, jogger to takie dziwne miejsce, gdzie nawet ludzie o poglądach kompletnie z kosmosu potrafią się wypowiadać pełnymi zdaniami i można z nimi próbować pogadać (i taka rozmowa przynajmniej optycznie wygląda na poprawną). Oznacza to tyle, że joggerowemu systemowi rejestracji udało się osiągnąć coś wręcz niebywałego -- zebrać w jednym miejscu dużo osób, które, choć w większości nie mają nic ciekawego do powiedzenia, potrafią owo nic powiedzieć pełnymi zdaniami i z użyciem całkiem sporej ilości znaków interpunkcyjnych. I dzięki temu, że jogger nie przyciąga kompletnie masowego blogowicza (a właściwie, blogowniczki), strona główna jest czytelna i nadaje się do przeglądania w całości.

Czytelna strona główna ma jeszcze jedną zaletę -- powoduje, że ktoś, kto ma coś ciekawego do powiedzenia, może szybko przejść od zera do bohatera -- właśnie m.in. dlatego, że zawsze jakaś część osób zaglądających na główną, może przyuważyć jakiś nowy, ciekawy wpis i zacząć autora śledzić. Oznacza to też, że prawo zabierania głosu w kwestiach społeczności mają też 'szaraczki' (niekoniecznie oznacza to, że wpis zaowocuje komentarzami, ale faktem jest, że sporo osób go przeczyta i zapozna się ze zdaniem delikwenta). Bo tutaj jak coś napiszesz, to dzięki głównej i poczcie pantoflowej dojdzie to do różnych ludzi, a na takim blog.pl, to pewnie słabe szanse.

I teraz jeśli ktoś przyjdzie i powie, że on ma super pomysł jak rozwiązać kwestię rejestracji na następcy joggera, to ja mu odpowiem, że to bardzo fajnie, ale ja tu mam coś, co się od kilku lat sprawdza i mimo swoich niedoskonałości działa i to działa bardzo dobrze.

Oczywiście nie twierdzę, że nie ma tutaj miejsca na poprawki -- te będą jak najmilej widziane. Zacznijmy od opcji ignorowania danych autorów na głównej. Według mnie ktoś prawie zawsze przynudza -- to sobie go wrzucę do ignorowanych i dzięki temu główna będzie dla mnie jeszcze bardziej przyjazna (a już ustaliliśmy, że czytelna główna jest praktycznie wartością samą w sobie). Autor ignorowanego bloga powinien mieć w opcjach pokazane ile osób go ignoruje -- był by to kolejny sposób samoregulacji społeczności, gdzie śledzenia są wyznacznikiem popularności, a ignorowania byłyby czymś odwrotnym.

No i na fali różnych orkutów, gron i chęci tutejszej arystokracji do lepszego zaznaczenia swojej obecności (no i żeby szaraczki miały jakiś jasny cel przed sobą, którego osiągnięcie byłoby widocznym dla wszystkich wyznacznikiem sukcesu 8), zaszalejmy trochę. Bo czemu by nie zrobić wewnętrznoserwisowych 'gron'. Jedne byłyby na zaproszenia (to te dla spoko ziomali), inne mogłyby być ogólne (to dla tych, którzy czują się samotnie :). Konfigurację głównej możnaby rozszerzyć z prostego ignorowania wybranych autorów na jakieś ciekawe modyfikatory dostępu, gdzie mógłbym sobie poszczególne grona (bądź pojedyńczych autorów) na głównej highlightować, zostawiać bez zmian, bądź ignorować. Ba, mogłyby być grona moderatorskie, które nie zawierałyby postów swoich członków, ale raczej posty rekomendowane przez owych członków (tzn. patrys i riddle zakładają grono moderatorskie 'webmasteryzm' i wrzucają do niego wszystkie zauważone posty o tej tematyce, a ja sobie je z kolei wrzucam do highlightowania na głównej... albo do ignorowanych).

Pozostaje jeszcze synchronizacja z kategoriami na poszczególnych blogach (już chyba tylko obecny jogger nie obsługuje tagowania wpisów :), obowiązkowe eksportowanie jak największej ilości z tych danych, bo przecież mogą się przydać w jakiś zewnętrznych serwisach, a my tu wszyscy Web2.0 no i milion innych rzeczy o których nie pomyślałem. Ale wszystkie bazujące na tym, co już znamy w joggerze i co wszyscy wiemy, że działa (bo jak komuś się wydaje, że wystarczy wuwuowy czytnik rss z powiadamianiem na jabbera, to się zapewne przeliczy).

No i jak już takie rzeczy dłubać, to raczej in english, bo kto wie, może właśnie wymodziłem kolejne delicious :)

Dla rozluźnienia :)

08 XII 2005, 22:21:14
<mmazur> Marcoos się z joggera zwinął.
<fixxxer> też bym się zwinął gdyby nie powiadomienia :)
<mmazur> E, konta to ma sporo osób nic nie piszących :)
<mmazur> Idę go pomęczyć na privie.
<fixxxer> pomęcz, szkoda go w sumie :)
<mmazur> Twierdzi, że mu się znudziło.
<fixxxer> szkoda
<fixxxer> mmazur, czyli nigdzie indziej nie będzie pisał?
<fixxxer> myślałem, że może się przeprowadza tylko
<mmazur> Nigdzie.
<mmazur> Bastard.
<fixxxer> mhm
<mmazur> Już i tak się wypiął na ludzi robiąc dedykowany techblog.
<fixxxer> mmazur, strajkujemy? 8)
<mmazur> Rotfl :)

Ech2

08 XII 2005, 02:34:06

Oczywiście zaraz po wysłaniu poprzedniej notki polazłem na joga sparrowego, przeczytałem ten kawałek o rodzinie i mnie naszły wątpliwości.

Właśnie dlatego staram się unikać pisania takich rzeczy i dlatego przy poprzedniej dyskusji siedziałem cicho -- bo prawda zazwyczaj jest gdzieś po środku i lepiej nie ładować się publicznie ze zbyt jednostronną oceną jakiejś kwestii.

Ładnych kilka miesięcy temu (pół roku może?) czytałem felieton Michnika, w którym opowiadał, jak to uczestniczył w jakiejś nagonce słownej na kogośtam (możliwe, że chodziło o list biskupów polskich do niemieckich w sprawie pojednania) i jak mu później było wstyd. I że od tego czasu nigdy w takich rzeczach nie uczestniczył.

Wtedy mi to utkwiło w pamięci i od tego czasu olałem sporą ilość różnych personalnych flejmów. Ale nie tym razem.

Wpisu nie usunę, gdyż z zasady nigdy tego nie robię -- to co piszę niech świadczy przede wszystkim o mnie.

Ech

08 XII 2005, 02:17:58

Jakiś czas temu przetoczyła się przez joggera fala dyskusji o przyszłości serwisu. Jedni w tych dyskusjach uczestniczyli, inni siedzieli cicho -- ja uważałem, że się zrobiło za dużo szumu i wolałem się nie odzywać. W każdym razie kilka osób (i to nie z łapanki, ale takich, które zapewne wywiązałyby się z obietnic) zaoferowało pomoc w kodowaniu i utrzymaniu serwisu i generalnie były sugestie, żeby joggera bardziej otworzyć, gdyż pozwoliłoby to wreszcie na jakiś sensowny rozwój. Sparrow na to wszystko odpowiedział, że postara się przyłożyć do nowej wersji serwisu i mieć już coś działającego przed końcem roku.

W tym momencie zapewne nie tylko mi zapaliła się w głowie lampka ostrzegawcza -- taka odpowiedź jest jednoznaczna ze stwierdzeniem, że dla sparrowa jest coś ważniejszego niż sam serwis. Czemu? Gdyż jest to jedno z największych skupisk różnej maści informatyków w okolicy i wystarczy całość otworzyć, by ruszyła z kopyta. Tylko trzeba mieć priorytet ustawiony na serwis i ludzi, a nie na coś innego.

Możliwe, że w ówczesnych dyskusjach ktoś ten fakt starał się w jakiś sposób zaznaczyć -- nie wiem, ja ich nie śledziłem zbyt dokładnie. Sam stwierdziłem, że sam bym w joggerze zapewne nie grzebał, więc zasadniczo mi dynda, czy zakoduje to wszystko sam sparrow, czy też ktoś inny [1] i postanowiłem poczekać te kilka miesięcy na joggera2. Przecież sparrow obiecał, a to jego serwis, więc jego prawo do decydowania jak ten kramik pchać do przodu. Byle by jechał.

No i niestety okazało się, że lampka ostrzegawcza miała rację -- sparrow okazał się człowiekiem niepoważnym, który serwis (czyli użytkowników) wcale nie uważa za priorytet.

Mnie nie interesują trzy kropki, cztery kropki, czy też dziesięć kropek. Ba -- mam bardzo bardzo głęboko jak będzie wyglądało nowe logo. Nie mam najmniejszego zamiaru głosować. Jedyne co mnie interesuje, to obietnica, że jogger2 będzie na ukończeniu pod koniec roku. Sparrow złamał nadgarstek? No cóż, zdarza się, możemy poczekać jeszcze dodatkowo z dwa tygodnie. Przeliczył się jeśli chodzi o czasochłonność? Ok, to też się zdarza. Jest sporo losowych przyczyn, dla których można się nie wywiązać z obietnicy i nikt poważny nie będzie miał o to pretensji.

Ale puszczenie focha na jakieś anonimowe dziewczę? No sorry, ja rozumiem, że przedszkolak jak zobaczy jakąś wredną dziewczynę, która mu wlazła do piaskownicy, to może zabrać koparkę i pójść na huśtawki, ale gdzie my do cholery jesteśmy?

Ja nie wiem sparrow, czy ty sobie zdajesz z tego sprawę, ale właśnie pokazałeś środkowy palec całkiem sporej grupie joggerowiczów (a chyba nie muszę wspominać, że jogger nie jest tylko martwym kawałkiem kodu właśnie przez istnienie owych joggerowiczów). Bo coś nam niedawno obiecałeś, pamiętasz?

Wiarygodność to jest coś bardzo przydatnego i praca nad różnymi 'publicznymi' projektami (a w szczególności kierowanie nimi) bardzo tę wiarygodność swoich autorów zwiększa. Ale po takim numerze jakakolwiek wiarygodność sparrowa w moich oczach poszła do /dev/null (już kompletnie abstrahuję od tego, że przyjął na maszynę pieniądze). Tak samo skłonny byłbym oddać jakiś projekt w jego ręce, jak i w, nie przymierzając, kloczkowe.

I jeśli w krótkim czasie czegoś z tym nie zrobi, to tak już zostanie. Wyobrażacie sobie jaka by była reakcja, gdyby np. admini kernel.org nagle stwierdzili, że dostają za dużo hatemaili i oni na razie wstrzymują jakiekolwiek prace nad serwerami -- może wrócą, jak sobie to wszystko przemyślą. Zostaliby chyba zabici kpinami.

(A przypominam, że ręczne kierowanie wszystkim przez sparrowa to jest akurat jeden z gorszych pomysłów na rozwój serwisu.)

[1] Nota bene ja bym się długo nie zastanawiał, gdybym mógł projektowi po prostu szefować i zbierać laury, zamiast zajmować się nudnym kodowaniem czy czymś takim.

Zatrudnię kobietę

03 XII 2005, 21:49:43

Nie musi być piękna, byle by była tania.

W celu? Oczywistym. Potrzebuję, żeby ze mną poszła do sklepu, pooglądała kilka kurtek, porobiła groźne miny, kazała mi przymierzyć dwie, wysłuchała mojego marudzenia, po czym stwierdziła autorytatywnie, że kupujemy tę, bo jestnajlepsza/najlepiejwniejwyglądam/jakikolwiekinnypowód.

Moja obecna kurtka jest taka jakby bardziej wiosenno jesienna, co skutkuje tym, że przez połowę czasu marznę łażąc po dworze. Poprzednią zimę jakoś tak przechodziłem i nic mi nie było, ale starość nie radość, kości nie te i robię się wygodnicki, więc trza wreszcie kupić dedykowaną kurtkę zimową. I bym ją był kupił, gdyby nie to, że jacyś cholerni spiskowcy dostarczyli do sklepu wiele różnych kurtek i żeby jakąś kupić, to musiałbym wybrać. No więc odłożyłem to na później, bo nigdy nie mam cierpliwości do kupowania odzieży.

W ogóle ubrania powinny być niezniszczalne (albo wytrzymujące co najmniej z 10 lat). Jak ktoś takie zacznie sprzedawać, to ja bardzo chętnie kupię. Buty już mam kevlarowe, ale niestety nie całe i też się powoli zużywają :/

« | »