Pekińczyki i kopie zapasowe
27 VIII 2010, 21:43Lato, upalna noc, niewielka sypialnia i spory dylemat. Zostawić otwarte okno i liczyć się z tym, że przejeżdżający co kilka minut pojazd może być jednym z tych głośniejszych [1], czy też je zamknąć i pozbawić się jakichkolwiek szans na ruch powietrza w pomieszczeniu? Chodził mi wręcz po głowie pomysł, czy by się nie dało oprogramować laptopa i paru głośników i stworzyć choćby trochę działającego kancelatora (?) irytujących fal dźwiękowych, no ale byłem dosyć zajęty ślubem i różnymi takimi, więc weny nie starczyło.
[1] Tego lata udało mi się zapałać szczerą i gorliwą nienawiścią do jednośladów. Pekińczyki chędożone.
Mam nadzieję, że się w perspektywie, no, powiedzmy trzydziestu lat doczekam tego, żeby większość pojazdów, a w szczególności te głośniejsze (ciężarówki i jazgocykle), porzuciły wynalazki panów Diesla i Spalina na rzecz silników elektrycznych.
Niestety Nissanowy ufowóz nie napawa przesadnym optymizmem. Acz w bliżej perspektywie może dałoby się wprowadzić jakiś większy zamordyzm w kwestii dozwolonych poziomów hałasu wydawanego przez pojazdy wszelakie? Podejrzewam, że jest to teraz jakoś tam uregulowane, ale pewnie niezbyt skutecznie.
W bliższej perspektywie reflektowałbym też na rozwiązanie problemu anachroniczności sposobu udostępniania treści audiowizualnej produkowanej przez i na potrzeby tradycyjnych stacji telewizyjnych. Fizycznie odbiornika telewizyjnego (ani jego równoważnika w postaci jakiejś przystawki do komputera) nie mam już chyba z dwa lata, natomiast telewizji nie oglądam w ogóle od gdzieś tak lat pięciu. Co nie zmienia faktu, że z popularnymi w naszym kraju serialami (House anyone?) jestem znacznie bardziej na bieżąco, niż znaczna większość tutejszej populacji. I zawdzięczam to kopiom zapasowym sporządzanym przez moich bliskich przyjaciół z zagranicy, a udostępnianych mi przy pomocy internetu.
I nie zrozumcie mnie źle, nie przeszkadza mi wybitnie fakt, że autorzy/dystrybutorzy tego, co oglądam, nie zarabiają na mnie nawet pół dolara, bo mam świadomość tego, że akurat moje pół dolara nie zrobi im kompletnie żadnej zauważalnej różnicy. Bardzo nie podoba mi się natomiast to, że takich ludzi jak ja, dla których kopie zapasowe z internetu są jedyną sensowną opcją, jest bardzo bardzo dużo. I ta masowość uderza w twórców, bo nie dostają takiej (pieniężnej) informacji zwrotnej, jaką powinni. I mogą przez to nie zrobić następnego sezonu. A wszystko przez archaiczność dystrybutorów treści.
Fakt faktem, jestem dosyć wymagającym odbiorcą i trudno mnie zadowolić. Mam np. bardzo niską odporność na trafiające we mnie żenua, więc bezwzględnie wymagam możliwości wygodnego przewijania i przyspieszania tego, co oglądam. Taki Louie jest mieszanką genialniejszych narracji ostatnich lat oraz pokładów żenua na poziomie The Office. I byłbym głupcem porzucając te pierwsze ze względu na te drugie.
To tak jak w książkach. Jeśli książka jest ciekawa, ale autor miał akurat napad dukajowego lodolejstwa, no to przeskakuję te kilka akapitów i dalej cieszę się lekturą!
A, właśnie, książki to jest ciekawa analogia. Kilkadziesiąt jednostek płatniczych poświęconych na jedno tomiszcze zapewnia mi, zależnie od grubości, od kilku do nawet kilkunastu (Kroniki Amberu ftw!) godzin rozrywki. I są to kwoty, na które jestem w stanie przystać [2]. Oczekiwałbym, że seriale będą dostarczać podobną wartość rozrywkową za podobne kwoty (liczone w godzinach na złotówkę). Tak, wiem, że stworzenie dziewięciogodzinnego (13 odcinków) sezonu serialu jest o rzędy wielkości droższe, niż napisanie parusetstronicowej książki, czy dwóch, ale to nie jest tak, że seriale zapewniają mi o rząd wielkości lepszą rozrywkę, nie?
[2] Bo nie mam innego wyjścia, acz już przy dwóch domownikach można sobie nieźle nadszarpywać miesięczny budżet tego typu rozrywką. Liczę na nieco niższe ceny przy wersjach elektronicznych, jak już czytniki ebooków w najbliższych latach na tyle spowszednieją i dojrzeją, że nie będzie mi szkoda któregoś zakupić.
Nie mam pojęcia jak rozwikłać problem tej dysproporcji, ale też nie jest to moja branża. Istotne jest to, że nie będę płacił paruset złotych za ilość rozrywki na poziomie tego, co dostarcza książka za złotych kilkadziesiąt.
Podejrzewam, że jedynym sensownym rozwiązaniem, tak jak obecnie, są reklamy. I owszem, jestem je w stanie ścierpieć, przy pewnych założeniach. Po pierwsze, nie mając styczności z reklamami od wielu lat, odczuwam żenua bardzo bardzo fizycznie, jak mi się nie daj Cthulhu zdarzy trafić na typową reklamę proszku Omo w standardowym telewizorze. Jeśli kiedyś dystrybutorzy zaczną w naszym kraju oficjalnie udostępniać seriale bez opóźnień, bez napisów, bez lektora i bez różnych innych durnych ograniczeń [3], to mam głęboką (naiwną?) nadzieję, że będą mieli wystarczająco oleju w głowie, by temu konkretnemu targetowi nie puszczać najdurniejszych reklam, jakie udało im się znaleźć.
[3] UPC daje mi dostęp do paru kanałów telewizyjnych do oglądania via przeglądarka w ramach abonamentu internetowego, ale musiałbym do tego odpalać specjalnie maszynę wirtualną z Windowsem akurat na tym komputerze, na którym chciałbym sobie tę telewizję pooglądać. Not gonna happen.
Smutna prawda jest niestety taka, że pewnie nigdy nie dojdziemy w tym kraju do takiego stanu, gdzie wystarczająca mi większość z powyższych warunków, w tym te krytyczne, jak np. obsługa Linuksa, zostanie spełnionych i będę mógł z radością zasilić szeregi oficjalnej statystyki oglądalności.
Chyba MRW kiedyś pisał, że jakiś podzbiór wprawnych i często jumających konsumentów kultury zawsze będzie istniał i problemem nie jest ich istnienie w ogóle, tylko fakt, że w obecnych czasach praktycznie cały mainstream konsumentów robi to, co powinni robić tylko oni. A to już kole w oczy.
Jestem informatykiem. Jak Neo, posiadam nieomal magiczne moce naginania matriksu nowoczesnych technologii do swoich życzeń ;). I nie grozi to zawaleniem systemu pod warunkiem, że robimy to tylko ja, ludzie mi podobni oraz nasi bliscy przyjaciele zza granicy udostępniający nam swoje kopie zapasowe. A mainstream powinien być grzecznymi bateryjkami i nie drażnić robotów.
I tą naciąganą analogią kończę ten przydługawy wpis, bo zaczynam już wpadać we wczesnego Steve'a Yegge. A poza tym niedługo żona wróci do domu, więc chyba czas na niebieską pigułkę.


