Microsoft na ratunek przed Złym Googlem

04 III 2010, 00:50

Parę dni temu przerzuciłem się na binga. W skrócie: daje radę. Więcej spostrzeżeń podam za kilka akapitów, ale najpierw odpowiedź na podstawowe pytanie:

Ale po co?

Bo nie podoba mi się to, ile google ma o mnie danych. Tak, znam motto don't be evil i doceniam to, że Larry i Siergiej próbują stworzyć "przyjazną" korporację, ale prawda jest taka, że nie ma czegoś takiego. Korporacje są duże, mają swoje wielkie, powoli się kręcące tryby i nieuchronnie jacyś ludzie w te tryby wpadają.

Główny problem z googlem jest taki, że oferuje on zbyt dużo zbyt dobrego softu. Z dwa razy zdarzyło mi się migrować różne organizacje na gmaila. Sam używam konta gmailowego do mojej poczty "firmowej", żeby mieć pewność, że mi filtr spamowy nie pożre żadnych faktur. Przy tworzeniu agendy pingwinariowej za centrum dowodzenia służył nam googlowy arkusz kalkulacyjny. Google mapsy też fajne są (acz zumi ma znacznie lepsze zdjęcia satelitarne, więc regularnie z niego korzystam).

Rezygnowanie z używania wszystkich tych usług byłoby dla mnie mocno kontrproduktywne. Ale co za dużo, to nie zdrowo:

  • Wyszukiwarka loguje wszystko, czym się interesuję, od małych kotków po przepisy na stworzenie bomby zapalającej. Pamięta też w które linki klikam.
  • Mapy logują wszystkie miejsca, które odwiedzam.
  • Youtube pamięta jakie filmiki oglądałem.
  • Żeby korzystać z różnych aplikacji, mam konto, które identyfikuje mnie z imienia i nazwiska (i chyba nie tylko).
  • Różni autorzy osadzają mapy u siebie, więc google może dodatkowo śledzić strony, które odwiedzam.
  • To samo google analytics.
  • Analizowanie całej mojej poczty, jeśli używam gmaila.
  • Analizowanie wszystkich moich pogaduszek, jeśli korzystam z gtalka.

I znowu problem z googlem -- robi wszystko za dobrze. Ja jestem całkiem pewien, że oni są w stanie wszystkie te dane całkiem sprawnie skorelować. A że na reddicie jest osadzony analytics, to teoretycznie mogą mieć wgląd w 95% mojej aktywności sieciowej. Z całego mojego życia.

Jak się bronić?

Moje sposoby przez te lata:

  • Nigdy nie zacząłem używać gmaila jako podstawowej skrzynki, pomimo fantastycznego antyspama. Wolę się użerać ze swoim własnym lokalnym bogofiltrem w kmailu i starą dobrą skrzynką pocztową via pop3.
  • Tak, używam gmaila do poczty firmowej, ale to są nieistotne, nieprywatne dane.
  • Nigdy nie zacząłem używać gtalka do prywatnych rzeczy. Administruję własnym (zasadniczo to PLD-owym) serwerem jabbera.
  • (Nawiasem mówiąc moja poczta i jabber są na Słowacji, ale to było niezamierzone.)
  • Po miesiącach rozważania takiej opcji, przerzuciłem się z wyszukiwaniem na binga.
  • Poważnie bym się zastanowił przed użyciem googlowego GPS-a.

Różnice

Parę dni używania to nie jest specjalnie dużo, ale wyszukiwarka to jest bardzo podstawowe narzędzie, więc miałem sporo okazji porównywać.

Pro:

  • Google mnie nie śledzi.
  • Znacznie trudniej byłoby jakiejś osobie bądź instytucji zebrać kompleksowy zestaw danych na temat mojej aktywności sieciowej.
  • Bing jest mniej "zlokalizowany", więc szukając czegoś, nie muszę się przedzierać przez dwie strony polskich linków.
  • Microsoft, w moim odczuciu przynajmniej, jest obecnie firmą mocno pozbawioną potencjału technologicznego. Więc o ile po Googlu spodziewam się, że za parę lat wymyśli jak, analizując moje wyszukiwania, stwierdzić jaki jest mój ulubiony kolor bielizny, o tyle w przypadku Microsoftu nie odczuwam takiego zagrożenia.

Contra:

  • Lepsza "lokalizacja" googla ma swoje zalety. Bing mi przy szukaniu warsztatu nie podstawi od razu pod nos mapki z takowymi w okolicy.
  • Parokrotnie głównym wynikiem wyszukiwania była jakaś podstrona zamiast strony głównej (google trafiał poprawnie).
  • Nadal nie mam zaufania do trafności wyników i w przypadku "ważnych" rzeczy potwierdzam w googlu.
  • Acz fakt faktem, jest to mocno subiektywne odczucie. I chyba czasami jest na odwrót -- to bing lepiej trafia.
  • Cała googlowa wiedza stała się bezużyteczna. Muszę poszukać odpowiedników keywordów typu "site:" i "inurl:".

Podsumowanie

Tak, wiem, pewnie w oczach niektórych wyjdę na paranoika. Ale wolę być safe, niż sorry. Faktem jest, że ilość śladów zostawiana przez nas w sieci będzie się z czasem tylko zwiększać. Zdolności korelowania tych śladów przez różne organizacje także. Mocno niepokoi mnie perspektywa wejścia na celownik jakiegoś "kompetentnego inaczej" polskiego stróża prawa, który mógłby zarekwirować mi na czas nieokreślony cały domowy sprzęt elektroniczny, tym samym uniemożliwiając pracę (komputer), kontakt z kimkolwiek (komputer+telefon) czy nawet dostęp do własnych pieniędzy (także komputer+telefon, a może karta debetowa też, bo w końcu ma chip). Dlatego pocieszenia szukam w tym, że otrzymanie logów z mojej działalności internetowej wymagać będzie nie dość, że poproszenia o to zagranicznej korporacji, to jeszcze na dodatek więcej, niż jednej.

Nawiasem mówiąc, zastanawialiście się kiedyś jak by to było, gdyby przyznali u nas pewnym służbom uprawnienia do włamywania się i wgrywania trojanów na komputery obywateli? Można założyć, że różne firmy oferowałyby organom państwowym programy do tegoż włamywania się w które wbudowane byłyby niepubliczne exploity na różne popularne kawałki oprogramowania. W tym na routery wifi Thomsona, które UPC rozdaje w dziesiątkach tysięcy (?), dorzucając je do pakietów instalacyjnych kablówkowego internetu.

Chyba trzeba było nie pozbywać się Linksysa z wgranym openwrt...

P.S.

Po paru latach się skusiłem i wrzuciłem tutaj google analytics, żeby móc was w ładnych wykresikach oglądać. Mój niecny plan jest taki, żeby utopić googla w waszych danych jednocześnie odcinając mu dostęp do moich. :) Poza tym pogrzebałem trochę przy szablonie, acz zmiany nie powinny być specjalnie zauważalne.

Bootstrap 9.7

06 IX 2009, 00:00

Wybrałem się dzisiaj na to z założeniem, że choćby w celach kulturoznawczych trzeba zobaczyć, jak wygląda zbiorowisko rockstarowych nerdów z macbookami i iphone'ami. Iphone'a żadnego nie widziałem, ale parę maców i owszem. I Aleksa z kaskiem motocyklowym zamiast maca.

Jestem pozytywnie zaskoczony, bo oryginalny plan miałem taki, żeby pójść z dwa razy na coś takiego, stwierdzić, że z webem 2.0 to ja niewiele mam wspólnego, po czym sobie dać siana. A to było całkiem ciekawe!

Przez pierwszą godzinę gadał Paul Bakaus, lead developer czegoś, co się nazywa jQuery UI i jak rozumiem jest zbiorem widgetów i takich tam w javascripcie. Gadał o owym jQuery UI oraz ogólnie o tym co teraz można zrobić w przeglądarkolandzie i wyglądało to całkiem impressive: hw-accelerated 3d na webkicie, różne zaawansowane ficzery 2d bezpośrednio w css-ie, bez konieczności robienia hacków w js-ie i różne toolsy ułatwiające życie webludziom. Oczywiste skojarzenie było takie, że podobnie musiał wyglądać stan "normalnych" systemów operacyjnych naście lat temu -- techniczne możliwości już są, można tym robić fajne efekty, ale nie wszędzie jest odpowiednie wsparcie, biblioteki jeszcze nie osiągnęły odpowiedniego poziomu dojrzałości no i wydajność w niektórych miejscach kuleje.

Zapytałem prelegenta o parę rzeczy w tym klimacie i pogadałem z nim chwilę po jego wystąpieniu i highlevelowo sytuacja wygląda tak:

  • JS-owe backendowe biblioteki koncepcyjnie mają działać tak samo, jak te systemowe, czyli zapewniać programiście wygodny i przyjazny sposób na tworzenie różnych podstawowych i zaawansowanych ficzerów, a ze swojej strony zajmować się przezroczyście niekompatybilnościami przeglądarkowymi i robić graceful fallback przy nieobsługiwanej funkcjonalności.
  • jQuery UI osiągnęło taki poziom rozwoju community, że nawet jeśli jednego core dewelopera rozjedzie autobus, drugi się ożeni, a trzeciego wsadzą za zabójstwo żony, to projekt i tak powinien przeżyć. Or so he says.
  • Acz projekt oficjalnie sponsorowany przez nikogo nie jest. Sam Paul w poprzedniej firmie pracował nad nim bardziej fulltime'owo, w obecnej znacznie mniej.
  • Spooooooro lat zajmie dojście do momentu, w którym wszystkie przeglądarki będą obsługiwały w odpowiednio dobry sposób wszystkie API wymagane do tego, żeby w przeglądarce dało się robić takie UI, jak bezpośrednio w OS-ach.

  • A jakiejś specjalnej współpracy pomiędzy programistami jQuery UI, a twórcami przeglądarek obecnie nie ma (hgw jak to wygląda w przypadku alternatyw do jQuery UI).
  • Mają jakieś fajne frameworki do autotestowania UI.

Ogólnie -- fajnie, że to zmierza w tym kierunku, ale dlaczego tak przeraźliwie wolno? Jest 2009 ffs! Zanim zwykły śmiertelnik będzie mógł tego używać bez obrzydzenia, to ja pewnie będę miał już gromadkę dzieci.

Później gadał Rafał Agnieszczak (of fotka.pl fame) o tym jak stwierdził, że ma parę fajnych pomysłów na startupy, ale nie ma czasu ich zrealizować, ale za to ma 200k PLN-ów, żeby zrobili to inni. I tak powstał Startup School, czyli bodajże 10 teamów po 2 osoby każdy (wychodzi 20k per team). Talking pointsy jeśli dobrze pamiętam:

  • Kompetentni młodzi w dwuosobowych grupach (techniczny+marketingowy) mają całe wakacje na stworzenie funkcjonalnej wersji projektu. Opłacony hotel w wawie przez ten czas i zapewnione miejsca przy biurkach oraz kieszonkowe. Założenie jest takie, że w takich warunkach pracuje się kilka razy szybciej, niż w "normalnej firmie".
  • Młodzi ludzie są fajniejsi, niż starzy ludzie (acz były wyjątki, gdzie starzy == 25+ lat), bo im człowiek starszy, tym mniej sobie może pozwolić na tego typu kodowanie przez parę miesięcy po dużo godzin w tygodniu. W sumie się zgadzam -- sam mam 24 lata, narzeczoną, za rok ślub, za pół roku kupowanie mieszkania z kredytem, więc znacznie mniejsze możliwości spędzania czasu w ten sposób. Z przegięć w drugą stronę -- w skład jednego z teamów wchodzi 17-letnia dziewczyna.
  • W międzyczasie trza się było pożegnać z trzema osobami.
  • Za jakieś trzy tygodnie publiczne prezentacje projektów.
  • Każdy team kodował w czym chciał. Jeden nawet w .NECIE.
  • Biznes internetowy nie rządzi się jakimiś magicznymi prawami i najlepsza strategia to wymyślić sposób na odseparowywanie użytkowników od ich pieniędzy. Liczenie na dochody z reklam, zwłaszcza przy obecnym rynku, nie jest najlepszym pomysłem.

Ogólnie facet ciekawie gada.

No i na koniec był lightning talk jakiegoś człowieka, co w przyspieszonym tempie w Rubym zaimplementował serwis do wymiany gier (chyba gametrade.pl, ale nie jestem pewien) i z liczb wynika, że nawet mu to wyszło. Interesujące.

Na rozmowy "w kuluarach" już niestety nie zostałem i nie miałem okazji się pointegrować (i pomęczyć Paula o aspekty security takiego zwiększania możliwości przeglądarek), bo w pracy miałem spory problem, więc i tak mnie sumienie gryzło, że ponad trzy godziny wyciąłem na obijanie się na imprezie. Acz chyba niepotrzebnie, bo (a) jakbym się pokapował wcześniej, niż o pierwszej w nocy tego samego dnia, że dzisiaj jest bootstrap, to bym sobie piątek lepiej rozplanował i (b) pracowy evil xenU from outer space chyba został pokonany, więc w praktyce jednak miałem znacznie mniej roboty, niż się obawiałem, że mogę mieć. Ale o tym innym razem.

Podsumowując: czekam na następną edycję. Pewnie się dla odmiany zawiodę, że jakieś webotechniczne lowlevelowe nudy :)

Pandanda/petpet park on linux

29 VIII 2009, 18:28

If, like me, you can't go more then 24 hours without taking care of your panda, but sometimes you find yourself having access to a Linux-only machine, here is a solution for you! ;)

Flash on Linux is somewhat buggy (both the Firefox plugin and the standalone player) in that it refuses to connect properly to a remote server in games like pandanda. They'll probably fix it some day, but for the time being here's a workaround: use standalone flash player for windows via wine.

Sounds odd, but works. First download the mac+win bundle of flash players, extract the (non-debug) version of FlashPlayer.exe, run it via wine and point it to a problematic flash game, ..., profit!

Since this is for a kid who doesn't like too much typing and clicking, I've added a desktop shortcut, which in my case executes the following string: wine ~/.wine/FlashPlayer.exe http://play.pandanda.com/pandanda.swf.

Interestingly this also seems to work (although with more graphical glitches, like not displaying the password input box unless you click/tab-press into it) with Nickelodeon's Petpet Park (or neopets, beats me what the official name is). The proper flash URL for it would be: http://www.petpetpark.com/games/PPP.R24.swf

(I'm using the Live HTTP Headers Firefox addon to extract those URLs.)

Moje biuro

25 VIII 2009, 15:06

Oto w jakich warunkach przyszło mi pracować, wypruwając sobie żyły dla kapitalistycznego oprawcy! Tylko spójrzcie!

Summer office

(Na ziemi leży druga klawiatura, na której piszę palcami u stóp. Dwudziestopalczasty touchtyping FTW!)

Polskie Informatyczne

07 VIII 2009, 23:47

Przyszło mi do głowy, żeby zrobić przegląd polskich organizacji "informatycznych". Zastanowiło mnie, czy w Polsce jest coś, co działa podobnie jak amerykański EFF, lobbując za i przeciw pewnym rozwiązaniom prawnym, wspierając ludzi źle potraktowanych przez państwo w sprawach związanych z nowymi technologiami oraz ogólnie promując pewien zbiór poglądów na temat miejsca technologii w społeczeństwie.

Pierwszy pomysł -- ISOC Polska. Ze strony głównej wynika, że ISOC zajmuje się ogólnie pojętą neutralnością technologiczną państwa (i Europy), pisze listy, analizuje różne kawałki legislacji i ogólnie stara się, żeby Było Dobrze. Kojarzę z kilka nazwisk jeszcze z czasów honejowego RWO ładnych parę lat temu, gdy robiłem tam za groupie. Hm, chyba nawet byłem członkiem ISOC-u, ciekawym, czy mnie już wywalili...

(I tu mi się skończyły pomysły, ale na szczęście na irc-u podpowiedzieli.)

Polskie Towarzystwo Informatyczne. Pobuszowałem trochę po ich stronie i sprawiają dosyć mocno wrażenie akademickiego bunkra. Połowa ich form działalności to organizowanie różnego rodzaju imprez typu konferencyjnego. Po zdjęciach sądząc średnia wieku jest tam dosyć wysoka, zaś z kawałków informacji jakie mi się udało wyczytać wynika, że jakieś ustawy opiniują, coś tam w legislacji pomagają, ale kto, jak, gdzie i dlaczego, to mi się nie udało ustalić. Moja kompletnie nieobiektywna i nie podparta żadnym spójnym wywiadem opinia jest taka, że to taka założona przez akademików jeszcze za Kolumba organizacja, która nadal w znacznej mierze funkcjonuje tak samo jak 400 lat temu. Jak nie jesteś członkiem, to nie jesteś w stanie dużo ustalić poza to, że "PTI uważa iż". Taki odpowiednik *campów dla ludzi po czterdziestce :)

A, no i z newsów na stronie oddziału mazowieckiego wynika, że ostatnio zajmował się głównie byciem oddziałem mazowieckim (sprawy organizacyjne, jak to formalne stowarzyszenie), organizowaniem jakiegoś spotkania towarzyskiego o którym już coś kiedyś słyszałem (Rapid Baran Development) oraz prelekcją, o której informacja mnie mocno ukłuła w oczy. Otóż stoi tam, że prelegent, niejaki doktor inżynier Iksiński, jest "jednym ze światowych pionierów" tematyki wykładu. Ja wcale nie wykluczam, że tak jest w istocie, ale biorąc pod uwagę, że u nas co drugi profesor i dr hab. jest światowej sławy ekspertem od czegoś tam, to akademikom chcącym rzeczywiście sprawiać sensowne wrażenie wśród normalnych ludzi, którzy nie nawykli do gigantycznego wazeliniarstwa typowego dla polskich środowisk akademickich, sugerowałbym unikanie jak ognia tego typu określeń. Acz możliwe, że to tylko ja mam taką reakcję, bo napawa mnie odrazą myśl o tym, że moim przełożonym mógłby być generyczny polski dr hab.

Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji. Ewidentnie organizacja nastawiona na polskie firmy z branży IT i telekomunikacyjnej. Ma zapewne działać jako "głos" pewnej gałęzi rodzimej gospodarki. Nic ciekawego dla zwykłego śmiertelnika, zwłaszcza takiego, który nie uważa, że dobra legislacja informatyczna, to jest taka, dzięki której członkowie PIIT dobrze zarobią.

I to by było na tyle. EFF-u w sumie nie znalazłem, ale my też nie jesteśmy żadnym frontierem elektroniczności, żeby się u nas precedensy ustalało. Acz w sumie najbliżej jest chyba ISOC.

LaTeX, dot i pisanie inżynierki

19 III 2009, 17:32

Kontynuując chwalebną tradycję publikowania źródeł latexowych swojej pracy na blogu, oto tarball ze źródłami do mojej.

Jakby ktoś potrzebował porównać oryginalne wersje niektórych plików ze zmodyfikowanymi, to można zassać całe repozytorium w mercurialu wpisując:

hg clone http://ep09.pld-linux.org/~mmazur/inz

Update: zapomniałem dodać, że buduje się toto za pierwszym razem przy pomocy make first, a później już po prostu make.

Natomiast finalny PDF wygląda tak. Czytania odradzam, nic ciekawego tam nie ma. Gdybym nie musiał, to bym czegoś takiego nie pisał.

Za to jakby ktoś chciał, to tutaj garść porad odnośnie technicznej strony klepania takiej pracy:

1. dot to jest bardzo bardzo przydatna rzecz. Prawie wszystkie obrazki wyprodukowałem bardzo szybko właśnie używając dota. Polecam screenshoty. No i moje obrazki.

2. Scribus się nie nadaje do malowania obrazków :)

3. Politechnika Opolska oczywiście nie udostępnia własnego loga w formacie wektorowym, bo po co. Na szczęście skalowanie odpowiednio dużego PNG jest całkiem sprawne i na finalnym wydruku wygląda ładnie.

4. Jeśli twoja uczelnia udostępnia styl do latexa w którym należy pisać prace, to go używaj. Jeśli nie, to się poważnie zastanów, czy warto. O ile "typowe" rzeczy są łatwe do osiągnięcia, jeśli styl je obsługuje, to już z niektórymi musiałem się tak masakrycznie nahakować... To widać po źródłach -- są najeżone jakimiś obejściami i modyfikacjami. Serio, wygląda to wybitnie paskudnie, a nie zależy mi na tyle, żeby próbować któreś z tych modyfikacji czyścić i później gdzieś mergować.

4a. Politechnika Opolska oczywiście nie udostępnia własnego stylu, bo po co.

Jeszcze raz: jeśli będziesz próbował walczyć z domyślnymi stylami, to zrobi się nieprzyjemnie. Przykłady drastyczne:

1. Żeby mieć tytuły dla tabelek wyrównywane do lewej, a tytuły dla obrazków wycentrowane, zrobiłem dwie komendy: \centercaption i \leftcaption, które zmieniają zmienną \leftcapalign na 0 albo 1 i zależnie od tego funkcja generująca podpisy (\@makecaption) zachowuje się tak, albo inaczej. Oryginalnie chciałem, żeby funkcja \@makecaption zachowywała się odpowiednio zależnie od kontekstu, ale nie znam na tyle składni texa, więc skończyło się na tym, że muszę dodać linijkę przed każdą tabelką i obrazkiem.

2. Do powyższego: żeby przy wyrównaniu do lewej mi równało do szerokości tabelki, a nie do marginesu, wygooglałem, żeby używać \ttabbox i \ffigbox przy definiowaniu tabelek i obrazków (paczka floatrow). Problem: one zwiększają countery do spisu treści o jeden, nie wiem po jaką cholerę, więc muszę najpierw rozpocząć tabelkę \begin{table}, później zmniejszyć na powrót counter dla tabelek \addtocounter{table}{-1} i dopiero wsadzić zasadniczą tabelkę do \ttabbox. Oczywiście nad tym wszystkim \leftcaption.

3. Używam \begin{lstlisting} do listingowania kodu (paczka listings). Tyle, że nie wiem, jak temu zmniejszyć czcionkę, więc przed każdym takim listowaniem jest \small, a po jest \normalsize.

3a. Do listowania konfiga takiego np. mysql-a, gdzie średnik jest komentarzem, ustawiam język na lispa, po czym po listingu wracam do domyślnej składni -- unix shella (listowałem głównie różnej maści konfigi z hashowanymi komentarzami).

3a. Powyższa komenda niektóre spacje robi z podkreślnikami. Olałem, nie chciało mi się kombinować jak to wyłączyć. I tak nikt tego nie będzie czytał.

Oczywiście nie mówię, że tego nie dałoby się zrobić czyściej, ale to nie jest konkurs na ładne źródła w latexu, więc jak zaczynało działać, to przestawałem w tym dalej grzebać. Ale są też przykłady łatwych rzeczy:

1. Żeby mieć numery tabel od 1 do N, zamiast w formacie X.N, gdzie X to numer rozdziału, wystarczy dać \counterwithout{table}{chapter} z paczki chngcntr

2. Żeby mieć captiony dla tabel na górze, wystarczy dać \floatsetup[table]{position=top} z paczki floatrow.

3. Paczka tocloft daje dużą kontrolę nad spisami treści. Ja głównie używałem \cftsetindents do zmiany wcięć w spisach tabel i figur, bo domyślnie są takie, jak dla chapterów, co przy numeracji 1..N zamiast X.N wygląda niezbyt ładnie.

4. \begin{adjustwidth} z paczki changepage pozwoliło mi na bardzo proste zwiększenie marginesów bocznych tylko i wyłącznie dla jednej tabelki, która była trochę szersza niż marginesy pozwalały. Domyślnie była przyklejona do lewego marginesu i wystawała za prawy (tak jak się robi z za szerokim tekstem), a ja chciałem ją mieć całkowicie wycentrowaną. No i się udało.

Były jeszcze jakieś drobiazgi, ale to można znaleźć w samych źródłach, zwłaszcza, że jest historia commitów i można porównać oryginalny plik mwrep.cls (czyli klasa, jakiej używałem, zamiast standardowego reporta) z modyfikowanym.

A, właśnie, licencja tego stylu bodajże zabrania modyfikowania go, więc jest tylko w formie informacyjnej, nie do dystrybucji. Jeśli ktoś by chciał rozpowszechniać tę klasę z moimi zmianami, to bodajże trzeba zmienić nazwę. Wersja tego pliku dostępna bezpośrednio przez www ma o-r na uprawnieniach, żeby google nie zindeksowało, więc można pooglądać tylko tą z mercuriala, albo tarballa.

Update: problem z numerowaniem tabel/obrazków wynikał z tego, że używałem od paru lat już obsolete teTeXa, zamiast TeX Live'a. Nie zdziwiłbym się, gdyby i inne rzeczy dało się znacznie czyściej zrobić, gdybym nie zaczął od używania staroci.

Jednak Linux

16 II 2009, 00:25

Pół roku temu zapowiedziałem, że jak będę zmieniał laptopa, to pewnie się na Vistę albo OS X-a przeniosę. W skrócie: stary laptop mi zmarł, więc kupiłem nowy, ale dalej siedzę na Linuksie, a na dodatek moja kobieta też, bo mnie poprosiła o migrację. Poza tym z desktopami ostatnio trochę lepiej.

Ale po kolei.

Nowy laptop przyszedł z biznesową wersją Visty na pokładzie, więc mogłem się nią trochę pobawić i była całkiem fajna. Niestety przez trzy dni nie miałem na czym pracować, więc musiałem szybko podjąć decyzję co dalej. Przeważyły dwie rzeczy:

1. Po zabawach z Vistą Magdy wiedziałem już, że Windowsy są zdecydowanie mniej konfigurowalne od desktopów linuksowych, więc musiałbym spędzić sporo czasu (i bardzo niewykluczone, że pieniędzy) na osiągnięcie tej samej funkcjonalności, a i tak nie miałem gwarancji, ze mi się to uda.

2. Migracja danych byłaby czasochłonna. Głównie przerażało mnie przecięcie poczty -- nie dość, że mam jej dużo na dysku, to jeszcze zostaje wykrywaniem spamu, konfiguracja kont i dużo filtrów. Do tego dochodzą konfigi firefoksa, psi, rss-y i pewnie jakieś tam pomniejsze rzeczy.

Czyli -- dużo roboty, niepewne wyniki i właściwie sam do końca nie wiedziałem co miałbym przez to osiągnąć. I czy za parę tygodni bym nie stwierdził, że to była bardzo błędna decyzja. Prawda jest taka, że ja nie robię za dużo na swoim komputerze, a to, co robię, to w końcu jednak dokonfigurowywuję.

Ciekawie było jakiś czas później, gdy Magda mi zasugerowała, żeby jej zainstalować Linuksa, bo mi system to w sumie po prostu działa, a jej Vista po roku od kupna komputera chodzi jak żółw i robi bardzo dziwne rzeczy. Backup, instalacja Ubuntu 8.10, migracja danych, no i:

The good:

  • System od paru miesięcy po prostu działa i nic mu się nie dzieje. Właścicielka nie chce wracać do Visty.
  • Rhythmbox jest fajny. Przynajmniej na początku.
  • Wirtualne pulpity są fajne.
  • Instalacja i aktualizacja softu są proste.
  • Klikalny support dla zamkniętych sterowników jest fajny.

The bad:

  • Wifi broadcoma jest niedopracowane. Na szczęście wykombinowałem, żeby wyłączyć sprzętowe szyfrowanie i od tego czasu działa stabilnie.
  • Transmission (klient bittorrenta) ma upierdliwe niedoskonałości. Odpowiednie bugi zostały zgłoszone.
  • Compiz ma artefakty. Do tego powodował bardzo poważny problem z firefoksem, który na szczęście udało się obejść.

The ugly:

  • Prawda jest taka, że gdyby nie ja, to Magdzie nie udałoby się doprowadzić systemu do stanu używalności. Acz jak już został doprowadzony, to jest bardzo fajnie.

W ogóle to była moja pierwsza okazja pobawienia się dłużej Ubuntu i muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem. Ogólnie system jest całkiem dopracowany (jeden z trzech dyskryminujących błędów był związany z zamkniętymi sterownikami), a GNOME jest wygodny w użyciu. Przynajmniej w porównaniu do mojego KDE 3.5.

Acz cholera wie jak to będzie w dalszej perspektywie. Wygląda na to, że zmiany w KDE4 jednak długofalowo wyjdą projektowi na dobre i zrobi się z tego nowoczesne środowisko, które może GNOMA przegonić (i, co ważniejsze, być godnym rywalem MS-a i Apple'a). Zwłaszcza podoba mi się koncepcja integrowania (płynnie degradowalnej) funkcjonalności kompozytowego (?; tego z efektami '3d') desktopu z normalnym window managerem, a nie używanie kompletnie osobnego projektu do tego. Compiz fajny jest, ale to jest masa (a) potencjalnie niestabilnego i nieprzetestowanego kodu i (b) nikomu niepotrzebnej funkcjonalności. Serio, po chwili zabawy z opcjami, 95% efektów i tak pozostaje wyłączona. (A sam projekt próbuje nie umrzeć i nie wiadomo, czy mu to wyjdzie).

X.org też ostatnio wydaje pozytywne odgłosy. Wygląda na to, że The Open Source Way jednak jest wydajniejszą metodą produkcji oprogramowania i, dysponując znacznie mniejszymi siłami, uda się dogonić konkurentów.

Acz tu zaznaczam, że i tak jesteśmy znacznie w plecy. Linux dopiero teraz dorabia się nowoczesnej architektury dla desktopu i to na razie mają support dla chyba paru chipów intelowskich. Będzie co najmniej połowa 2010, zanim użytkownik będzie mógł wziąć dystrybucję, wrzucić do komputera i być pod niesamowitym wrażeniem tego, że jego karta graficzna jest obsługiwana tak dobrze, jakby normalnie pracował na Windowsie XP w roku 2001.

(Ciekawym jakie po drodze będą jaja z zamkniętymi sterownikami do NVIDII i ATI, gdy przyjdzie pora korzystać w nich z nowych interfejsów kernelowych.)

A ALSA? Cholera wie. Może kiedyś dorobimy się odpowiedniej ilości kodu wyższego poziomu, żeby linuksowy system dźwiękowy z piekła rodem Po Prostu Działał i pozwalał w łatwy sposób korzystać z czegoś więcej, niż podstawowej funkcjonalności. A może nie i akurat dźwięk na zawsze pozostanie piętą achillesową. Bo na to, że zajdą jakieś drastyczne zmiany na niższym poziomie i sama ALSA zostanie jakoś przerobiona, raczej nie liczę. Zresztą imho byłby to poważny błąd.

A ja za jakiś czas sobie pewnie przetestuję kde4 wraz z najnowszymi iXami, bo chyba mam w laptopie odpowiednią kartę Intela, żeby mi to działało jak trzeba.

Moje największe informatyczne wpadki

10 II 2009, 02:43

Zainspirowane tym wpisem.

1. Pisząc wiele lat temu automatykę ftp-ową do pld, wstawiłem tam demona lockującego (o, to). Fakt, oryginalnie miał robić też kilka innych rzeczy, ale w praktyce nigdy tego nie zakodowałem, więc zamiast paru prostych flocków jest osobny proces i gadanie z nim po unix sockecie.

2. Używanie lokalnych mysql-i jako miejsca do logowania danych, by je później zasysać na centralnego mysql-a i tam obrabiać. I to wszystko na kilkudziesięciu maszynach. W praktyce był to bardzo czasochłonny w maintainowaniu i podatny na błędy koszmarek, który na szczęście nie jest już w użyciu. (Przy padach maszyn bazy się psuły, trza je było ręcznie naprawiać, a update schematu bazy na parudziesięciu maszynach był... upierdliwy.) Serio, już lepiej pisać do pliku, jeśli się nie korzysta z jakiś dedykowanych rozwiązań dla systemów rozproszonych (hadoopy, czy coś).

3. linux-libc-headers. Eh. Przez sporo releasy kerneli 2.6.x upgrejdowałem parędziesiąt mega nagłówków (katalog "include" ze źródeł linuksa) ręcznie przy pomocy diffa i patcha. Tak, jestem skończonym idiotą. Obecnie z umiejętnością używania rzeczy typu mercurial (czy też po przeszkoleniu się w gicie) maintainowanie czegoś takiego byłoby pewnie o rząd wielkości łatwiejsze. Chooooociaż. To były czasy 2.6.0, rok 2003, git nie powstał jeszcze przez półtora roku. Ha! Nie jestem idiotą, tylko prawdziwym twardzielem! (Właśnie sobie uświadomiłem, że grzebałem w zdecydowanie fajniejszych rzeczach, jak byłem nastolatkiem :(

4. Backupy. Udało mi się w jednej firmie już kilka razy odtwarzać/odzyskiwać dane, bo ktoś/ja nie dopilnował, ale ewidentnie uczę się bardzo powoli, gdyż w chwili obecnej jestem odpowiedzialny za co najmniej kilka systemów, którym od dawna mam dorobić sensowny backup, a które, jeśli umrą, to spowodują, że będę miał bardzo przekichane. I nie tylko ja. Ale już niedługo wszystko będzie backupowane. Serio serio. (Dzisiaj miałem badblocka na laptopie i tak się przeraziłem, że szybko zapuściłem mój autobackup. Okazało się, że poprzedni był we wrześniu...)

5. Programistyczny mainstream. W javie zdarzało mi się dłubać, bo musiałem coś zmodyfikować, ale nigdy nie potrafiłbym sam napisać całego programu. C++ poznałem za gówniarza w stopniu podstawowym i nigdy tej wiedzy nie pogłębiłem (nigdy się na przykład nie nauczyłem tej debilnej składni ichnich templejtów). Ostatnie IDE, jakiego używałem z własnej woli (studia pomijam), to były jakieś MS Visual C++ za czasów Windowsowych, czyli przed 2002. Miałem wtedy 14-16 lat. C znam dobrze (sporo grzebałem; eskpertem nie jestem), pythona wystarczająco (cały czas używam, ale gigantycznych systemów nie pisałem). Czyli jak patrzę na ogłoszenia o pracę, to właściwie nie mam w nich czego szukać.

6. Windows. Chcielibyście zatrudnić administratora, który musi się chwilę w głowę podrapać, żeby znaleźć panel administracyjny, bo fizycznie Windowsy ogląda raz na pół roku przez pięć minut? No właśnie. Powinienem był się bardziej zdywersyfikować. Że dywersantem zostać.

Więcej grzechów nie pamiętam. Jeśli sobie jeszcze kilka przypomnę, to wrzucę drugą część tego wpisu.

Oczywiście liczę na rozpoczęcie łańcuszka. Jeśli namówisz dwóch innych blogerów na opublikowanie listy takiej, jak powyższa, to spotka cię wielka miłość/fiskus zabierze ci trochę mniej wypłaty (niepotrzebne skreślić). Serio serio.

Multidistro mega howto

16 XI 2008, 01:58

Vide poprzedni wpis -- zna ktoś jakąś stroną z krótkimi opisami wykonywania różnych operacji pod różnymi distrami, czy mam sam zakładać? Znam rpm -qa, umiem obsługiwać poldka i chciałbym prostą stronę, z której dowiem się jak podobne rzeczy osiągnąć emergem, albo getując apta. Plus bardzo przydatne byłyby szybkie kursy budowania paczek, wytłumaczenie struktury deweloperskiej, rozkładu katalogów na ftp-ie, etc, etc. Taki data mine dla zaawansowanych adminów. Anyone?

Linux na /dev/drzewo, idę na Vistę

14 VIII 2008, 01:04

Ten wpis i tak jest przeraźliwie długi, nie chce mi się linkować do definicji używanych pojęć (od czego wujek google), a już tym bardziej do źródeł z których wiem w jaki sposób np. power management, albo WiFi ssie w Linuksie. Ale to zazwyczaj wystarczy poszukać prezentacji maintainerów tychże podsystemów. Oni wiedzą najlepiej co jest źle. Przykład. I dla niekumatych: ja w tym tekście w żaden sposób nie krytykuję niedesktopowych zastosowań Linuksa. A, i jeszcze polecam przeczytać to.

Im jestem starszy, tym bardziej szanuję swój czas i tym większą mam ochotę używać optymalnie dopasowanych narzędzi. Czyli np. przestać używać Linuksa na desktopie, bo prawda jest taka, że, w porównaniu do konkurencji, technicznie wypada dosyć blado.

Zaawansowane zarządzanie energią (aka hibernacja i pochodne)? Raz działa, raz nie działa, sterowniki często nie mają obsługi niczego poza on/off (a Vista afaik jest bardziej bateriooszczędna od Linuksa). Dźwięk? Podstawowy zazwyczaj działa, ale alsa jest wybitnie głupio zrobiona (próbował ktoś kiedyś wykombinować co robią różne ustawienia w mixerze?) i dalej wszyscy jeżdżą na różnych demonach dźwięku. O jakimś standardzie dla kodeków nie wspomnę. WiFi? Jak działa, to dobrze, jak nie, to masz pecha, bo pewnie nie ma dla ciebie sterowników. Obsługa 3D? Hahaha. Xorg jest sto lat za murzynami (i to prawie we wszystkim), binarne sterowniki supportują co chcą (a w ATI pewnie dalej nie działają), kernel dopiero zaczyna mieć jakieś ficzery pozwalające mu nad tym wszystkim zapanować (i nie wiadomo, czy nvidia i amd będą z tego korzystać), a konkurencja od X lat traktuje to wszystko jako oczywiste ficzery. Obsługa różnych dodatkowych urządzeń? Jak trafisz na coś supportowanego, to git, jak nie, no to pech. Rosyjska ruletka z kupowaniem jakiegokolwiek osprzętu, a przy kupowaniu laptopa to tylko z listą supportowanego sprzętu w garści.

Część z tych rzeczy to po prostu opóźnienia w rozwoju (głównie Xorg), na część natomiast jest albo za późno (ktoś ma ochotę poprawiać alsę? albo dalej twierdzić, że gstreamer wszystko rozwiąże? ile to już lat?), albo są nieuniknionymi konsekwencjami metodologi open source. Prawda jest taka, że dla producentów sprzętu/użytkowników binarne sterowniki i nieczęsto updejtowane Windowsy są zdecydowanie tańsze w supportowaniu/wygodniejsze, więc nie ma i nie będzie masowego ich otwierania. Z czego wynika, że dla rozwiązań desktopowych Linux będzie zawsze gorzej supportowany, bo zawsze będzie spora część rynku preferująca binarki. Producent może stworzyć sprzęt, napisać sterowniki, przetestować na dosłownie kilku dostępnych na rynku Windowsach, dopisać proste GUI i wsio. Na Linuksie (a) musisz mieć otwarty kod, czyli tajemnica handlowa /dev/null (tajemnica handlowa jest znacznie starsza od Linuksa i, niezależnie od życzeń Linuksiarzy, producenci raczej nie zaczną z niej rezygnować), (b) produkowanie własnego oprogramowania do obsługi sprzętu jest kompletnie niepraktyczne, więc obsługa twojego sprzętu będzie tylko do tego stopnia przyjazna, do jakiego pozwala obecny stos softu danego typu. Czyli zazwyczaj średnio na jeża albo wcale (alsa i jej intuicyjny mixer? karty 3d i zaawansowane ustawienia 3d? nie wiem, kamera i jakieś niestandardowe ficzery? wszystko padaka).

Oczywiście spora część z tych problemów zostanie rozwiązana, gdy Linux na desktopie się odpowiednio rozpędzi i producenci będą zmuszeni go supportować. Tyle, że to się nie stanie. Linux na desktopie technicznie jest sto lat za murzynami, a fajne programy open source albo już od dawna są (Firefox), albo niedługo będą (KDE-pochodne) miały porty pod Windowsa i OS X. Więc niby z jakiego powodu rynek masowy miałby wybierać desktopy linuksowe? Bo KDE4 ma fajny zestaw programików do groupware? Niedługo będzie dostępny pod Windowsy.[1] Coś jeszcze? Czy naprawdę istnieją jakieś konkretne podstawy, żeby przypuszczać, iż desktopowy Linux osiągnie masę krytyczną?

([1] I jest to afaik także prawda w przypadku typowo linuksowatych narzędzi deweloperskich. Obecnie da się spokojnie postawić linuksowe środowisko deweloperskie z desktopem na nielinuksie. ssh/vnc/sieciowe x11/samba to twoi przyjaciele.)

Natomiast w drugą stronę przewaga jest miażdżąca. Konkurencja zawsze ma soft state-of-the-art, a Linux albo całkiem sensowną alternatywę (dostępną także na systemy konkurencji...), albo popłuczyny (photoshop anyone?), albo zupełne nic (rynek gier hahaha).

Nadganianie tego typu zaległości jest możliwe jeśli się ma bardzo dużo wykwalifikowanej i skupionej na konkretnym celu kadry oraz wytworzy odpowiedni ekosystem tworzenia wysokiej klasy oprogramowania dla danego systemu. Microsoft ma tony kasy i tysiące inżynierów, więc może sobie pozwolić na przepisanie systemu grafiki w Viście od zera. Dodatkowo wytworzył gigantyczny ekosystem zewnętrznych firm, które sporo zarabiają na produkowaniu softu pod Windowsy (takie Adobe małą firmą nie jest). Linux ma: brak nawyku płacenia za cokolwiek (ekosystem możemy pożegnać), gigantyczną ilość dystrybucji praktycznie uniemożliwiającą wydawanie binarnych wersji softu oraz stosunkowo niewielką ilość rzeczywiście wykwalifikowanych inżynierów, którzy jeszcze zazwyczaj robią to samo po kilka razy (KDE vs. GNOME, PulseAudio vs. gstreamer vs. czysta alsa, chyba z dwa podejścia do nowej generacji sterów 3d w xorgu, gigantyczna ilość różnych dystrybucji, etc.). W takich warunkach można zapomnieć o dogonieniu kogokolwiek.

Heh, ja sam używam dystrybucji o której słyszał jakiś ułamek promila użytkowników Linuksa. I lubię jej używać ze względu na pewne specyficzne rozwiązania techniczne, czyli głównie poldka i duże rozdrobnienie paczek, ale tak naprawdę to się bardzo dobrze sprawdza tylko na serwerach i w niewielkich specjalizowanych środowiskach (w pracy parokrotnie używałem PLD-owych chrootów), a na desktopie jest wybitnie upierdliwe. Desktopy są znacznie bardziej skomplikowane od serwerów i jeśli mam KDE rozparcelowane na 700+ pakietów (a mam :), to można zgłupieć. A do tego dochodzi jeszcze zatrzęsienie różnych dodatkowych bibliotek i demonów do obsługi różnych rzeczy. Hal, policykit, cośtamkit, acpid, serwer dźwięku (który?), bluetooth, coś do wifi, xorg (też 700 paczek :), czcionki i co tam jeszcze. Oszaleć można. Nawiasem mówiąc ciekawym czym się teraz obsługuje WiFi z GUI? Pewnie jakąś nakładką KDE-ową na NetworkManagera (bo przecież nie można napisać po prostu NetworkManagera, tylko trzeba oddzielić backend od frontendu i napisać co najmniej dwa frontendy, jeden dla GNOME, drugi dla KDE; żeby nie było za prosto).

(Może powinno zostać jakimś oficjalnym policy PLD, że desktop ma niższy priorytet, niż serwer? Kto wie, może mogłoby to ułatwić pewne rzeczy.)

Więc o ile PLD może mi dodawać pewną wartość na serwerach (poldek, sposób pakietowania, domyślne konfigi, unifikacja względem FHS i takie tam), o tyle na desktopie praktycznie nie ma na to szans, a wręcz przeciwnie -- takie Ubuntu jest znacznie lepiej zintegrowane, przetestowane i zjada mniej czasu (dlatego staram się upgrejdować swojego laptoka tylko wtedy, gdy naprawdę muszę, bo zawsze coś się pieprzy przy okazji). Dodatkowo w takim Ubuntu Mark Shuttleworth może powiedzieć, że chce obrać kierunek rozwoju X, sypnąć groszem na ludzi to implementujących no i jakiś tam cel zostaje osiągnięty. W projekcie typu PLD jest to możliwe na znacznie mniejszą skalę (np. FHS), na pewno nie desktopową. Nie może przyjść "lider" i powiedzieć, że robimy X, bo go wszyscy oleją. A w Debianie to już w ogóle są cyrki (widzieliście jakie oni flejmy generują o wszystko? porn-geta na przykład, czy ten aplet do monitorowania zużycia CPU z rozbierającą się kobitą). O sensownym quality control można w PLD zapomnieć. Windows się wydaje raz na ruski rok, to się przy okazji mocno przetestuje, Ubuntu raz na pół roku plus Ubuntu ma ludzi od testów, a PLD ma deweloperów, którym się takich rzeczy robić nie chce (mi też się nie chce).

Pytanie: co zamiast? Na pewno nie zrezygnuję z Linuksa na serwerach -- raz, że nic mnie nie kosztuje, dwa, że lubię swoje PLD i trzy -- zawodowo jednak zajmuję się Linuksami, więc muszę mieć bieżący z nimi kontakt. Ale na desktopie? Albo Vista albo OS X. (Oczywiście nie teraz, tylko jak mi laptop padnie i będę musiał kupić nowego. Obecny by Visty nawet nie uciągnął.)

Główna zaleta Appla -- jest uniksowaty, więc mi bardziej po drodze (większość moich obecnych narzędzi po prostu się buduje i działa, bez jakiś akrobacji). Główna wada Appla -- nie mam go jak najpierw przetestować, a kupować muszę od razu ze sprzętem Appla, który jest afaik drogi (i jest go mniejszy wybór, niż standardowych intelowatych). W przypadku Windowsa Vista mam laptop dziewczyny z tymże, więc mogę sobie testować do woli (o czym będą inne wpisy; materiał do wpisu o Firefoksie mam już gotowy, więc się za jakiś czas pojawi, ale do tego od Visty nie).

Inne problemy:

1. Wirusy. W OS X afaik nie problem, ale w Viście jednak wypadałoby mieć jakiegoś antywira. Nie lubię mieć antywirów, jestem przyzwyczajony do braku konieczności ich posiadania. Z punktu widzenia odporności na wirusy kompletny chaos ABI w zatrzęsieniu dystrybucji Linuksa to zaleta.

2. Upgrejdy systemu. Upgrade poldkiem jest upierdliwy, ale prawda jest taka, że swoje desktopy upgrejduję po parę lat bez żadnych reinstalek i po kilku poprawkach zawsze prawie wszystko działa (teraz np. mam wkurzające problemy przez niedorobiony evdev w xorgu). Nie sądzę, żebym przeżył niereinstalkowy upgrade XP do Visty. Nie wiem jak z OS X. Z drugiej strony na raz wydaną Vistę przez następne wieeeele lat wychodzi soft, który można sobie po prostu upgrejdować. Na PLD jak robisz za długie przerwy, to później nowy python wymaga 70% nowego systemu (bo openldap pociągnął coś, co wymaga ixów, ixy są już nowe, więc całe kde i wszystko graficzne trzeba zassać, etc...; i chciałeś nowego pythona, a przy okazji dostałeś rozwalonego evdeva). Mnie od dawien dawna nie podnieca gonienie za numerkami (czego w znacznej mierze nauczyła mnie upierdliwość upgrejdów w PLD), więc Vista by mi tu pewnie bardzo pasowała. Ba, dalej używam KDE3.5, bo mnie przeraża KDE4.

3. Gnicie systemu. Na PLD problemu nie ma, bo poldkiem i rpm-em mam kontrolę nad wszystkim i jak mi się zrobi za dużo śmiecia, to po prostu wyinstalowywuję co chcę, jadę prostym skryptem po zagubionych plikach i mam czysto (jak mówiłem, mogę po parę lat robić upgrejdy całego systemu praktycznie bez nieprzyjemnych skutków ubocznych; wymagają tylko trochę czasu). Nie wiem jak z Applami, ale afaik Vista nadal sobie z tym problemem nie poradziła. Znajomy m.in. przez to ostatnio wrócił do XP, a laptop mojej dziewczyny zamyka się teraz po kilka minut. Dla mnie to jest naprawdę problem, ja jestem bardzo przywiązany do faktu, że PLD daje mi pełną kontrolę nad wszystkimi plikami w systemie (które do tego są uporządkowane; viva la FHS, viva la patche w PLD) i będę miał poważne problemy ze zrezygnowaniem z tego ficzeru. Ten brak kontroli na najbardziej podstawowym poziomie to jest główny powód dla którego nie lubię dotykać Windowsów. Z drugiej strony -- przy tych setkach pakietów desktopowych to ja i tak zazwyczaj nie wiem co się w systemie dzieje.

4. W Windowsie (i OS X?) za sporo rzeczy jednak trzeba płacić. I to nawet za takie, które w Linuksie dostaję jako standardowe wyposażenie. Taka Vista jest bardzo słabo konfigurowalna w porównaniu do dowolnego Linuksa. Zazwyczaj są płatne narzędzia, żeby dodać brakującą funkcjonalność, ale są brzydkie, bo są płatne. Drażni mnie wydawanie kasy na coś, co uważam za podstawową funkcjonalność. Szczęściem jednak jest sporo softu open source tego typu pod Windowsy, ale nie wiem, czy wszystkie moje potrzeby byłyby zaspokojone. Tak czy siak o tym będzie osobny wpis (z serii "Jak zostać power userem" :).

Dobra, tyle. Tak jak pisałem, na pewno w tym momencie na żadną Vistę się nie przenoszę, co najwyżej przy zmianie laptopa. Ale nawet wtedy nie jest to przesądzone, gdyż (a) tak naprawdę cieszę się z faktu, że np. w nic nie gram i rzadko korzystałbym z ficzerów, których w Linuksie nie mam, (b) jakby co, to zawsze jest laptop dziewczyny; oby mnie nie zostawiła i (c) jednak jest zestaw ficzerów typowo Linuksowych do których jestem bardzo przyzwyczajony. Acz hgw jak te rzeczy wyglądają w OS X. Przy czym gdybym dziadkowi kupował nowy laptop, to pewnie wrzuciłbym Vistę, dał mu dostęp tylko do konta nieadminowego i nie miałbym z tym większych problemów, niż mam obecnie z jego PLD i GNOMEm (mam nadzieję; nie wiem jak z wirusami).

Jak komuś się chciało to czytać w całości, to gratuluję samozaparcia. Ja to muszę przeczytać jeszcze z dwa razy, żeby zrobić korektę przed publikacją. :(

Pomoce naukowe, hehe

09 VI 2008, 16:35

Chyba jednak się skuszę i napiszę ten tekst o własnej technice pisania bezwzrokowego. I to w wersji z dużą ilością obrazków i filmików. Bo te zapowiadają się bardzo ciekawie:


:)

Jak zostać power userem I -- ogólne zasady

08 VI 2008, 18:43

Tak jak wspomniałem w poprzednim wpisie, mam zamiar ze swojej kobiety zrobić sprawnego użytkownika komputera. Najprostsza metoda -- zaopatrzyć ją w takie środowisko pracy, jakiego sam używam, po czym powiedzieć jak z niego wydajnie korzystać[1]. Ponieważ moje kontakty z systemami windowsowymi od dawien dawna są bardzo sporadyczne, pierwsze poważne zetknięcie z Vistą było wybitnie nieprzyjemne. "Rany boskie, co za gówno" tłumaczy się głównie na zarzuty praktycznie całkowitego braku konfigurowalności oraz konieczności częstego googlania. Odinstalowanie Norton Internet Security (czy jakoś tak) wymagało znalezienia informacji, że tenże pakiet nie reaguje na standardowy windowsowy ficzer deinstalacji, za to wymaga ściągnięcia ze strony producenta specjalnego programu potrafiącego usunąć dowolny produkt Symanteca. Argh.

[1] Co nie jest równoznaczne z tłumaczeniem jak wszystko działa, a nawet jak co trudniejsze rzeczy należy konfigurować; chodzi o stworzenie sprawnego użytkownika, a nie informatyka.

Konfigurowalność natomiast... Eh. Praktycznie cała funkcjonalność, którą dostaję out-of-the-box w systemach linuksowych, na Windowsy musi być dogrywana przy pomocy niezliczonej ilości programików, które trzeba znaleźć, przetestować (czasami nie działają opluwając mnie dziwnymi, nietrace'owalnymi błędami, a czasami są pod inną wersję Windowsa), po czym za nie zapłacić 19,90$. Chyba, że jest dostępna wersja darmowa/open source. Ale ją też trzeba najpierw znaleźć. Acz o konkretnych aplikacjach i sposobach konfiguracji w następnej części, teraz tylko sporo ogólników.

Pierwsze przykazanie power usera -- będziesz pisał bezwzrokowo. Ale nie zgodnie z dziwnymi zaleceniami z dziwnych kursów, nadwyrężając sobie niepotrzebnie nadgarstki (albo wymuszając kupno "ergonomicznej" klawiatury) i starając się nie odrywać palców od klawiszy. Takie porady techniczne można do kosza wrzucić. Niestety konkretne wytłumaczenie składałoby się albo z bardzo dużej ilości tekstu, albo małej ilości tekstu oraz obrazków i filmików, a na takie blogowanie wątpię, żebym miał ochotę. Może kiedyś, gdy już będę miał feedback z postępów w nauce Magdy.

Drugie przykazanie power usera -- pisząc bezwzrokowo będziesz używał odpowiednich skrótów klawiszowych, tak przemyślanych, by bez zbędnego ruszania ręką być w stanie je wywoływać, niezależnie od tego, czy prawa ręka jest na myszce/touchpadzie, czy na klawiaturze (oznacza to rezygnację z lewego ctrl-a na korzyść lewego alta i winkey'a). Przełączanie wirtualnych pulpitów, tworzenie/zamykanie/przełączanie tabów w przeglądarce, globalne skróty do odpalania konkretnych programów (oraz alt+tab ;) -- to wszystko jest obsługiwane wyłącznie lewą ręką. Skróty mogą wymagać użycia prawej ręki tylko wtedy, gdy implementują tę samą funkcjonalność, co myszka (scrollować mogę albo myszką albo klawiszami (alt+)j/k), bądź też zaraz po nich należy coś napisać (ctrl+l w przeglądarce ma u mnie postać alt+l).

Trzecie przykazanie power usera -- nie będziesz się godził na używanie spowalniających cię programów tylko dlatego, że tak są domyślnie skonfigurowane. Zawsze jest jakieś wyjście. (Tyczy się to też samego systemu operacyjnego, który zawsze ma jakieś ułatwienia, o których niekoniecznie wiesz: alt+tab, alt+f4, etc., etc.)

Czwarte przykazanie power usera -- będziesz znał język angielski i pamiętał o tym, że materiały w nim są prawie zawsze ciekawsze i obszerniejsze od tych po polsku. Na szczęście moja kobieta jest fajna i lengłydż zna płynnie.

Dwa ostatnie punkty wraz z informacją o niewmuszaniu "zbędnej" wiedzy informatycznej mają trochę głębszy sens -- owszem, użytkownik nie musi wiedzieć dlaczego i jak coś działa, byle by potrafił tego sprawnie użyć, natomiast im więcej wie, tym łatwiej jest mu radzić sobie z nowymi sytuacjami oraz bardziej optymalizować środowisko pracy pod siebie, a docelowo o to właśnie chodzi. Idealny finał wyglądałby tak, że Magda sama odczuwałaby upierdliwości w swoim środowisku pracy (mnie autentycznie szlag trafia gdy muszę pracować na nieswoim systemie, bo tak powolny jestem), wymyślała konkretne usprawnienia, próbowała je wdrożyć (tu przydaje się wiedza oraz umiejętność szukania w anglojęzycznym Internecie), a dopiero w przypadku niepowodzenia przychodziła do mnie po rozwiązanie (przy okazji którego dowiadywałaby się kilku nowych rzeczy i następnym razem była w stanie nową wiedzę zastosować).

I to tyle wstępu. W następnym odcinku będzie konkretny opis mojego środowiska pracy na Linuksie oraz planach jego wdrożenia w Viście. Później będę już tylko opisywał konkretne rozwiązania poszczególnych problemów (w momencie pisania tego tekstu mam już opanowanego Firefoksa; ba, przez tę całą zabawę udało mi się zrezygnować z Konquerora :).

O, a tutaj poniżej będą linki do wszystkich odcinków:

Mroczni hakerzy nocą, muahahaha

15 II 2008, 02:16

Temat interesujący, ale ponieważ nigdy nie miałem specjalnie dużo wspólnego z bezpieczeństwem komputerowym, nie mogę poniższych tez przedstawić z pierwszej osoby. Zamiast tego widzicie mocno przeredagowaną przeze mnie dyskusję ircową sprzed kilku dni. Występują: M -- ja, N -- znajomy programista niehakier oraz S -- znajomy były hakier... a zresztą sam się przedstawi.

(To są zabawy z formą. A jak ktoś nie zauważył, to wydźwięk poniższego ma być taki romantyczno-nostalgiczny.)

S: No więc faktycznie, mam w czytniku RSS-owym securityfocus.com i milw0rma, ale nie bawię się tym już od dawna, tzn. tak od dwóch lat. Z małym incydentem pomiędzy, ale to była rozrywka tylko :)
A nie robię już tego z trzech powodów: raz -- nie mam czasu, dwa -- jest dużo dużo trudniej i mi się nie chce :) oraz trzy -- przestałem być na bieżąco i jest ciężko w to wskoczyć.
Ale faktycznie, czasy się trochę zmieniły i jest już zupełnie inaczej, niż kiedyś. Przez to, że nowe języki (np. python), stały się popularniejsze, sporo "zabezpieczeń" jest już na tym poziomie. Odpadają wszystkie buffer overflowy, off-by-one, format stringi i cała masa innych błędów. Plus właśnie jakieś NX bity i tego typu rzeczy, które dość skutecznie przeszkadzają.
No i cała masa ludzi, którzy się tym zajmowali i byli diablo dobrzy albo zajęła się czymś innym, albo pracuje w którejś security company, albo rozpłynęła się w powietrzu. Trochę kontaktów dalej utrzymuję, ale właściwie ogranicza się to do jednego kanału na IRC-u na efnecie.

N: A kto był dobry i może o nim słyszałem? Ale nie jakieś lcamtufy, tylko inne :)

Udało nam się ustalić następujące nicki: insect, appelast, nergal, venglin, z33d, bulba, kil3r. Ja dorzuciłem jeszcze carsteina :)

S: Kto tam jeszcze... halfdead, ludzie z synnergy.net, v0id, twd. Ale to raczej blackhaty, mało o nich słychać.

N: A są na przykład goście, którzy są "sławni", ale nikt ich nie zna? Tzn. zrobili coś spektakularnego i podpisali się jakoś pseudonimem artystycznym, ale w sumie nikt nie wie kto to, bo na IRC-u ich nie ma, nikt ich nie zna, itd.

S: W sumie gobbles, ~el8.

M: Jak rozumiem wyjaśniło się kto siedział w gobbles?

S: Ja wiem tylko o anakacie, ale to chyba nie wszyscy, którzy się tam udzielali :)
No i oczywiście całe team-teso, segfault.net, thc.org, hert.org, pheneolit. To chyba największa elyta, chociaż trochę się złajthacili w pewnym momencie :)

S: A z polaków jeszcze mi przyszedł do głowy cliph i funkysh, czyli isec.pl. I masa bugów w kernelu :) No i Paul Starzetz "ihaquer" też tam z nimi robił.
No i to są takie whitehaty, które po nocach psują :) Tzn. byli. Teraz już nie wiem.

M: Jak byli młodzi i szaleni, to pewnie produkowali sploity. Jak są starzy, to mają co robić, przestało im się chcieć i raz na ruski rok cośtam wypuszczą z nudów.

N: Czyli jednak, hakerstwo to robota dla młodych gniewnych.

S: Na to wygląda. Tzn. insect z tego co wiem jest tak pod 40-tkę już chyba.
Tak sobie przeglądam phrack issues i zauważyłem, że kojarzę autorów z ksyw i nazwisk max do numeru 54. Starszych już nie znam :)
W sumie kusi mnie, żeby pojechać znowu na jakiś ph-neutral albo CCC, żeby napić się piwka. Jak byłem na ph-neutral w 2005, to faktycznie, jak sobie pomyślę teraz, średnia wieku była gdzieś koło 22-23 pewnie. Ludzi po 30-tce można by policzyć na palcach jednej ręki.

M: Studenci. Za nastolatka się bawisz, koło dwudziestki masz już pokaźną wiedzę i możesz rzeczywiście coś większego zrobić. W ciągu max paru lat się wtedy wystrzelasz, później zasysają cię korporacje i kaplica.

S: No, tak to chyba działa.

N: O ile wcześniej nie zrobisz czegoś głupiego za co dostaniesz wyrok :)

S: Albo zostajesz idealistą i zakładasz TPB [ThePirateBay; wspomniany wyżej anakata to jeden ze współzałożycieli -- przyp. mm]
Albo spamerem. Masa spamerów to ex-haxorzy. Sam znam dwóch. Haxorom łatwiej, bo znają się na rzeczy, ale ciężko znaleźć drugiego takiego, jak anakata :)

M: Ale spamowanie jest... :(
No właśnie. Security się kurwa skomercjalizowało.

S: Ja to wiem...

Komputery *są* skomplikowane i nieintuicyjne

13 II 2008, 03:07

Od czasu kupna dziadkom laptopa i podłączenia Internetu, mam dosyć unikalną okazję rozmawiania z kimś, dla kogo komputery nie istnieją "od zawsze" i to wszystko jest nowe. Dwie rzeczy stają się jasne: po pierwsze nowoczesne środowiska graficzne, zwłaszcza do kupy z Internetem, skomplikowane i po drugie -- terminologia z nimi związana też jest bardzo skomplikowana, wcale nie taka intuicyjna i ma dużo niejasno zdefiniowanych przypadków specjalnych.

Przykład pierwszy: pendrive'y vs. płyty.

Wkładasz pendrive'a, pokazuje się okienko, kopiujesz pliki, wyciągasz pendrive'a, działa (chyba, że nie działa, bo najpierw trzeba "odmontować wolumin"; dziwny gnome, jutro będę z tym walczył). Wkładasz płytę, odpalasz jakiś program (nawet bardzo prosty, jak gnomowy asystent nagrywania), "kopiujesz" do niego pliki (ale one wcale się nie skopiowały), wciskasz "nagrywaj", czekasz i dopiero teraz się skopiowały. Dlaczego tak jest? No bo pendrive'y są na flashu, który działa jak zwykły dysk komputerowy i jest bardzo szybki, można łatwo kasować i nadpisywać i w ogóle, natomiast płyty optyczne tradycyjnie są nagrywalne tylko raz (i to powoli), więc najpierw trzeba się zdecydować co chce się nagrać, a dopiero później się nagrywa. Proste! Acz prostsze będzie "bo tak".

Przykład drugi: tacka systemowa.

Gadu-gadu (a konkretnie gaim; coś gnomowe w każdym razie) odpala się razem z komputerem i jak się chce, żeby się okienko z listą kontaktów pojawiało, to trza kliknąć w ikonkę na górze. Analogicznie ze skypem. Co się dzieje, jeśli przez przypadek usuniesz tackę systemową z tego paska na górze (sam nie wiem jak to się cholera nazywa)? Nie ma ikonki gg. Więc trzeba ją przywrócić! No bierze się z menu "Aplikacje", przeciąga na pasek i jest mała ikonka, dokładnie w tym samym miejscu. I jak na nią klikniesz, to pojawia się okienko z listą kontaktów, tylko takie kompletnie niedziałające. I jak się na nią kliknie jeszcze raz, to się drugie niedziałające pojawia. Etc, etc.

Co jest nie tak? No więc jak klikasz na ikonkę na tacce systemowej (?), to ona tylko przywraca (?) zminimalizowany (?) nie do paska zadań (?) program (?), natomiast dokładnie taka sama ikonka osadzona bezpośrednio na tym górnym pasku (?) uruchamia program (?), a nie przywraca już uruchomiony. Znakami zapytania zaznaczone różne dziwne terminy, które trzeba znać, żeby zrozumieć tę wypowiedź.

Przykład trzeci: co to w ogóle jest ten program?

Ano właśnie. Program to takie instrukcje, które można uruchomić, że z dysku do pamięci... eee. Jest dysk i jest pamięć i jest procesor. I przy uruchamianiu program jest wgrywany z dysku do pamięci i on wtedy w tej pamięci siedzi i działa... Eeee. Ale jak on już jest odpalony, znaczy uruchomiony ten mityczny program, to on później może wczytywać różne dokumenty, czyli jak jest oowriter, znaczy ten program do pisania dokumentów, to to białe z tekstem to jest dokument, a wszystko dookoła to jest program.

I dlatego jeśli kopiujesz plik oowriterowy na pendrive'a i później go otwierasz, to on wcale nie siedzi na tym pendrivie razem z tymi ikonkami dookoła (toolbar oowritera), bo te ikonki to jest część programu, a nie dokumentu. I wyeksportowanie dokumentu do pdf-a i wgranie na pendrive'a to wcale nie jest "przegranie samego dokumentu bez programu", bo on zawsze jest "bez programu", tylko po prostu gpdf (czy jak to się tam w gnomie nazywa) ma mniejszy toolbar od oowritera no i jest read-only.

Wszystko jasne? Nie? No trudno, żeby było, jak dalej nie udało mi się wytłumaczyć co to jest ten program i jak wygląda jego cykl życia w komputerze.

Przykład czwarty: terminologia ciąg dalszy.

Dlaczego okno się nazywa oknem? Prawdę powiedziawszy sam nie wiem. A jakby się dobrze zastanowić, to co okienko w komputerze ma wspólnego z takim prawdziwym oknem? Że jest prostokątne? Drzwi też. Microsoft Doors Vista. X-Door.

Dziadek na okna mówi tabele i niezbyt często pamięta, żeby mówić "okna". Ma sens. Prostokątne, ma wiersze i czasami się kolumna trafi. Ja się dalej w sumie nie przyzwyczaiłem i za każdym razem, jak mówi "tabela", to się staram wyciągnąć dalsze informacje, czy to rzeczywiście chodzi o to, co ja myślę, że chodzi.

Okno, przycisk zamykania/maksymalizacji/minimalizacji, belka tytułowa, pasek menu (czy jakoś tak), pasek narzędzi (? że to z ikonkami znaczy się), menu kontekstowe, menu. Właśnie, menu. Menu "Aplikacje" w gnomie to menu. Menu kontekstowe pod prawym przyciskiem myszy to menu. Menu w gaimie na którym widać listę kontaktów, to nie jest menu, tylko lista kontaktów. Dlaczego? Eeee. No bo... Eeee. W sumie nie wiem. Jestem pewien, że ma to odzwierciedlenia w nazwach elementów API Gtk, ale to nie jest wytłumaczenie. Jakbym miał się zastanowić, to "menu" zazwyczaj mają czasowniki, natomiast "listy" rzeczowniki. No i inaczej wyglądają. Czy jakoś tak. Nie wiem :(

No i mógłbym tak w nieskończoność.

Podsumowując -- przy obecnym poziomie skomplikowania tak architektury działania współczesnych systemów operacyjnych, jak i używanych przez nich środowisk graficznych, ja większości typowych problemów nie jestem w stanie wytłumaczyć z sensem bez jakiegoś wcześniejszego kursu z podstaw systemów operacyjnych i obsługi środowisk graficznych. Po prostu się nie da.

Archetypiczna sekretarka ucząca się "piąte menu od prawej" w Excelu jest całkiem zabawna, póki człowiek sobie nie zda sprawy z tego, że żeby to rzeczywiście zrozumieć trzeba przyswoić naprawdę sporą ilość wiedzy. Ludzie wychowani z komputerami mają o tyle dobrze, że ich mózg się nauczył rozróżniać to wszystko i oni intuicyjnie wiedzą jak z tego korzystać, nawet jeśli świadomie nie wiedzą dlaczego coś działa tak, a nie inaczej. Osoby później mające styczność z komputerami mają po prostu dużego pecha.

<@mmazur> Jak się nazywa ta belka na której wszystko jest na dole ekranu?
<@mmazur> Tam gdzie jest menu start, pasek zadań, tacka systemowa, etc?
<@fixxxer> taskbar?
<@mmazur> A po polsku?
<@fixxxer> aka pasek zadań?
<@mmazur> Hmmmm.
<@mmazur> Pasek zadań to jest u mnie tylko aplet tego czegoś na którym jest lista zadań.
<@mmazur> KDE to po prostu 'panel' nazywa.
<@mmazur> Chyba.
<@fixxxer> a, ty pytasz o linuksa :)
<@fixxxer> no to nie wiem jak w kde, ale w gnome to jest właśnie panel
<@fixxxer> (przy czym w gnome są dwa)
<@mmazur> Górny i dolny?
<@fixxxer> (domyślnie)
<@fixxxer> mhm

Się człowiek całe życie uczy :(

Know yer tools

09 I 2008, 01:31

Właśnie się dowiedziałem, że bash ma vi mode. Ile czasu bym zaoszczędził, gdybym się o tym fakcie dowiedział sześć lat temu :(

Postanowienie noworoczne: zidentyfikować wszystkie używane przeze mnie codziennie narzędzia i przeczytać ich dokumentację od deski do deski!

Iiijasne. Przy okazji będę milszy dla ludzi, będę częściej sprzątał mieszkanie, zrzucę z 10 kg, będę częściej dzwonił do rodzinki, mniej przeklinał...

Zostanę zawodowym ekspertem!

05 I 2008, 03:23

Parę dni temu dostałem mailem propozycję wystąpienia na jakiejś większej konferencji. Fajny bajer -- można sobie pooglądać nowe miasto, spędzić miło czas, przespać się wygodnie w wynajętym hotelu, wieczorami pogadać z ciekawymi ludźmi, a w trakcie samej prelekcji zrobić z siebie idiotę przed zgromadzoną publicznością.

Odpisałem, że nie mam żadnego tematu o którym mógłbym mówić.

Podobnie z pingwinariami. Honej mnie kopał, żebym zgłosił jakąś propozycję, ale nawet mimo faktu, że pingwinaria są bardziej imprezą towarzyską, jak merytoryczną, tej akurat publiczności nie byłbym w stanie powiedzieć niczego ciekawego.

Kwestia dostosowywania tematu do publiczności. Jeśli gadam do swoich lokalnych współstudentów, to staram się gadać o rzeczach podstawowych (a tych trochę znam), bo tego im właśnie potrzeba. Jeśli gadam do pldziarzy, to mogę pogadać o PLD, bo ich to pewnie choćby trochę zainteresuje (ale tylko ich). Jeśli gadam do "obcych", to dobrze by było, gdybym gadał o czymś, na czym się znam i co ich może zainteresować. Jakieś trzy-cztery lata temu wystąpiłem na konferencji o bezpieczeństwie komputerowym i nie mam zamiaru znowu z siebie robić publicznie idioty w ten sposób. (Gwoli wyjaśnienia: taki ze mnie spec od bezpieczeństwa, jak z koziej dupy klarnet; oczywiście podstawy znam...)

Prawda jest taka, że ja się na niczym nie znam poza poziom powiedzmy średniozaawansowany, a co za tym idzie tym co wiem nie jestem w stanie zainteresować nikogo poza "początkującymi". Nie jest to jakoś przeraźliwie dziwne, mam 22 lata, więc trudno, żebym miał rozległą wiedzę i doświadczenie w jakimkolwiek temacie... acz miło by było :) Może kiedyś.

Od dawna zastanawiałem się, czy nie udałoby mi się jakoś przekwalifikować zawodowo, bo perspektywa spędzenia reszty życia na przerzucaniu bajtów przestała mnie podniecać dłuższy czas temu, ale realistycznie patrząc -- nie, nie ma najmniejszych szans, żeby IT nie było integralną (i sporą) częścią tego, czym się będę w przyszłości zajmował, jeśli zależy mi na zarabianiu jakiś sensownych pieniędzy (a zależy; treningi tanie nie są, wino choya też nie, a benzyna nie rośnie na drzewach).

No cóż. Shit happens. Wniosek -- muszę po prostu na nowo znaleźć coś, co by mnie w tych pieprzonych komputerach zainteresowało i wykombinować jak to robić zawodowo. Ta pierwsza część mi się udała, jak byłem nastolatkiem, więc trzeba to po prostu jakoś powtórzyć. Przekichane, jak zawsze, będzie z tą drugą.

Quick.Cms: jaki kraj, tacy GPL violators

22 XI 2007, 02:31

Pracownik szukał fajnego prostego CMS-a do użycia jako podstawy w projekcie klienta. I znalazł. Quick.Cms. Nie dość, że mu odpowiadało technicznie, to jeszcze licencja była fajna, bo "GPL z dodatkowym zastrzeżeniem".

Eee, zaraz, jaki GPL?

I rzeczywiście. Banda geniuszy (aka twórcy tego czegoś) wzięli oryginalnego GPL-a i wyprodukowali wersję z czymś takim na końcu:

DODATKOWE ZASTRZEŻENIA AUTORÓW OPROGRAMOWANIA:

Program może być dowolnie modyfikowany, zastrzegamy jednak konieczność pozostawienia w widocznym miejscu na stronie informacji o pochodzeniu i nazwie programu o treści "Powered by Quick.Cart" lub "Powered by Quick.Cms" lub "Powered by Quick.Forum". Informacja ta musi być linkiem kierującym do strony pod adresem http://www.opensolution.org.

I teraz cały wic polega na tym, że trzeci akapit (siódma linijka) pliku z oryginalnym GPL-em, jaki zmodyfikowali, brzmi następująco: (pogrubienie moje)

Zezwala się na kopiowanie i rozpowszechnianie wiernych kopii niniejszego dokumentu licencyjnego, jednak bez prawa wprowadzania zmian.

Innymi słowy wydali swój soft pod licencją, która jest nielegalna. Czyli sam Dadźbóg ze Swarożycem raczą wiedzieć jak on jest tak naprawdę licencjonowany.

Co ich pokusiło? Albo rzeczywiście ni cholery nie potrafią czytać ze zrozumieniem, albo to było zrobione naumyślnie, żeby skusić nieobeznanych w temacie magicznymi literkami "GPL", albo jedno i drugie -- chcieli skusić, a że nie potrafią czytać, to nie załapali, że to co robią jest nielegalne. To już niech ktoś inny się zajmuje pytaniem autorów -- nie mam czasu na reportaż śledczy.

Jako ciekawostkę dodam, że szybki grep na źródłach wersji Light (tej na "GPL-u") mówi mi, iż w środku jest kod na (takim prawdziwym) GPL-u, coś na Creative Commons i dwie rzeczy na czymś MIT-based. I jeśli wersje komercyjne Quick.Cms-a nie mają tych rzeczy usuniętych (a jestem całkiem przekonany, że nie mają), to są tak samo nielegalne, jak wersja Light.

Innymi słowy: biznesplan jak się patrzy!

No a mój pracownik oczywiście niepocieszony, bo myślał, że znalazł rozwiązanie, a tu taki granat. Musi szukać dalej (ktoś ma jakieś sugestie?).

Poprelekcyjnie (nagranie)

09 XI 2007, 04:40
  1. Nagranie jest mocno przeedytowane pod kątem przydatności do słuchania. Jeśli ktoś pamięta, że coś się wydarzyło inaczej, niż jest nagrane, to wysoce prawdopodobne, że dobrze pamięta.
  2. Wyciąłem co najmniej kilka minut swoich mlasknięć (co mikrofon bardzo ładnie ponagrywał), chrząknięć, eeeeeyyyyeeeeeania, za długich pauz, przerw technicznych oraz najzwyklejszych wpadek. Więc nie, wcale tak płynnie nie mówię.
  3. W środę miałem depresję, że poszło tragicznie. Po przesłuchaniu stwierdzam, że aż tak strasznie tragicznie wcale nie poszło. Nic czego nie może naprawić kreatywna sesja z edytorem dźwięku.
  4. Acz kilka rzeczy jest oczywistych -- po pierwsze, wcale nie mówię tak płynnie i poprawnie technicznie, jak mi się wydawało, że mówię :(
  5. Po drugie -- miałem nadzieję zrobić super zajebistą prezentację. Poświęciłem na nią z dwa-trzy razy więcej czasu, niż zwykle poświęcam na takie rzeczy. Wyszło niewiele lepiej, jeśli w ogóle. Jedno staje się dla mnie jasne -- jedyny sposób na idealnie płynną prezentację, to po prostu usiąść, napisać całość słowo w słowo i później albo czytać, albo wyryć całość na blaszkę. Nie ma siły, żebym z kartką opisującą tylko schemat wystąpienia był w stanie przeprowadzić je płynnie -- bez zacięć, bez pauz, bez niepotrzebnego powtarzania się. Po prostu się nie da. Może są jacyś geniusze, którzy potrafią, ale generalnie wątpię, żeby to było w zasięgu normalnego człowieka. Mowa ludzka tak nie działa. Zapomina się słów, robi pauzy, gubi wątki, różne rzeczy rozpraszają.
  6. Po trzecie -- jeśli chcę zrobić płynną integrację tego co mówię, z tym co jest na rzutniku, to powinienem mieć w zasięgu wzroku swój laptop, żebym nie musiał się odwracać w celu upewnienia się co właściwie w danym momencie jest na rzutniku (mam ten bezprzewodowy dynks do obsługi prezentacji, więc mogę zmieniać slajdy patrząc się na publiczność). Takie odwracanie psuje płynność, a i mnie dekoncentruje.
  7. Po czwarte -- różne techniczne drobiazgi o zwracaniu uwagi na które człowiek się uczy z wykładu na wykład.

Link do ogga. Jutro jeszcze powinien być nius na stronie oplugowej wraz z jakimiś fotkami.

A, disclaimer: mówiąc zrobiłem sporo uproszczeń, a i wykład był dosyć konkretnie stargetowany (na studentów, którzy nie wiedzą jak takie rzeczy ugryźć). Dodatkowo co najmniej kilka razy powtarzałem, że coś jest moim poglądem na sprawę i na pewno są miejsca, gdzie to działa (z powodzeniem) kompletnie inaczej. Także wiem, że nie opisałem wszystkiego, co było do opisania. Był to świadomy wybór.

Potrzebna: platforma blogowa

07 X 2007, 22:14

Jogger jest fajny, bo można pod niego podłączyć zewnętrzną domenę. Jogger jest niefajny, bo nie ma poziomów uprawnień, tzn. jeśli pozwalam komuś pisać na swoim joggerze, to może popsuć wszystko.

Instalka wordpressa nie ma powyższych problemów, ale ma ten, że trzeba ją fizycznie gdzieś postawić, podczas gdy jogger ma własny serwer, który się sam administruje.

Pytanie -- są gdzieś jakieś darmowe usługi łączące zalety joggera (zewnętrzna domena, autoadministrowanie) z zaletami wordpressa (zewnętrzna domena, różne poziomy uprawnień)?

Matka Polka informatyczna

23 VI 2007, 01:54

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Albo Polka podsyłająca jakieś patche (z kodem; żeby było technicznie, a nie dokumentacyjnie/organizacyjnie/jakkolwiekinaczej) do projektów opensource, albo chociaż blogująca na jakieś w miarę zaawansowane tematy techniczne (tzn. jaki kawałek oprogramowania się zainstalowało w danym tygodniu odpada, chyba, że to jest coś bardziej zaawansowanego serwerowego).

Wymagania dodatkowe -- nie siedząca za granicą (bo mnie się o polskie komjuniti rozchodzi; Rutkowska, czy jak jej tam było, się nie liczy, bo ona to raczej taka zagramaniczna w tym momencie jest).

Widział ktoś?

Takie tam

21 IV 2007, 17:40

1. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie -- skrypt/patch do irssi pozwalający na sprawdzanie pisowni w locie (język konfigurowalny per kanał, najlepiej zaczerwienianie złych słów jak w vimie). Jak ktoś widział, to niech powie, będę wdzięczny, a jak ktoś nie widział, a zechce mu się napisać, to z wdzięczności nawet oddam dziewictwo.

2. Potrzebuję crma z cmsem. W pehapie. Generalnie chodzi o prowadzenie małej firmy. Miał ktoś styczność, może coś polecić?

3. Hosting z dobrymi możliwościami rozwoju (od prostego pehapa z mysqlem w wersjach różnych, aż po nawet xeny, czy inne takie). Tanio. Gdzie? Dreamhost? Coś innego?

Next big thing in browsers

13 II 2007, 23:52

(You can be my valentine if you write something like this :)

Some fire... make that konqueror (I rarely use firefox) plugin that indexes (the same way google does) all of the sites I visit and allows me to do google-like searches for specific keywords, phrases and such. I'll bet the chronic bloggers would die for something like this. I would too. With the amount of material I'm reading online every day it's impossible for me to be able to find a piece I might need for whatever reason (something as simple as a quote or a link to the full article). And it's really irritating.

Dunno if current computers have enough cpu power to make this feasible without actually resorting to google. I really hope so, since the last thing I'm willing to do is give google full logs of where I've been, what I've read and how easy it is to blackmail me with those furry sites. YMMV though.

Coś do backupu mi trza

27 I 2007, 00:00

Jakiś czas temu pozbyłem się desktopa i moim jedynym sprzętem komputerowym jest laptop. Dołożyłem do niego na tę okazję kilka rzeczy, ale o tym za chwilę, teraz potrzebuję rady odnośnie softu. Potrzebny mi soft do regularnego backupowania zawartości lapa. Soft ma robić coś takiego:

  • Backupowanie zawartości katalogów /etc oraz /home w sposób inkrementalny i bez żadnych tarballi czy innych takich. Ma być to normalna fizyczna kopia całej struktury katalogów z zachowanymi uprawnieniami (modulo xattr -- nie używam) i uidami do wszystkiego, pozwalająca mi po prostu zajrzeć do katalogu 20070230 i wybrać sobie jakiś plik, który mnie interesuje. Żeby oszczędzać miejsce ma toto używać hardlinków, tzn. robić listing aktualnego /home'a, porównywać go z ostatnim backupem (20070229), po czym pliki zmienione kopiować, a całą resztę hardlinkować do poprzedniego backupu.
  • Ewentualnie mógłby się przed fizycznym kopiowaniem pytać o to, czy nie chcę sobie odpuścić któryś z top10 znalezionych plików. You know, że akurat jak mam jakieś nowe hentai w /home, to żeby nie tracić czasu.

  • Backupowanie baz rpma. Tutaj zwykły cp -r. (Zaleta trzymania się FHS-a oraz konkretnej dystrybucji jest taka, że poza /home i /etc w systemie nie istnieją żadne istotne z mojego punktu widzenia pliki, o których pełne informacje nie są zawarte w bazie package managera.).

Pomysł tego wszystkiego jest taki, że w przypadku gdybym w jakiś tragicznych okolicznościach miał stracić obecnego laptoka, to idę do sklepu, kupuję nowego, instaluję te same paczki, co były (stąd backup bazy rpma), kopiuję z backupu /etc oraz /home i w naprawdę bardzo niewielkim przedziale czasowym mam >99% systemu tak, jak było.

Oczywiście żaden problem coś takiego napisać samemu i pewnie na tym się skończy, acz ciekawym, czy nie ma jakiejś popularnej paczki oprogramowania o takiej funkcjonalności.

Jak się uporam z powyższym, to z softowych rzeczy w sumie najważniejsza, jaka zostanie, to zaszyfrowanie sobie /home'a luks-dmcryptem. W ten sposób od powyższego scenariusza odpadnie martwienie się o te kilogramy danych (haseł, kluczy ssh i firmowych maili, o furry pornie nie wspominając), które jakiś złodziej mógłby wykorzystać w niecnych celach. I tak logując się do systemu wklepuję hasło do kdm-a, więc równie dobrze mógłbym sobie pytanie o hasło zrobić gdzieś na poziomie rc-scriptsów przy montowaniu filesystemów, a kdmowi już kazać automagicznie mnie logować. Praktycznie żadna różnica, a jaki komfort psychiczny. Furry porn ma niestety niską akceptację w polskim społeczeństwie, więc nie chcę nawet myśleć co by było, gdyby się wydało.

A teraz co do sprzętu, jak ktoś lubi takie rzeczy (ja nie, zawsze mnie śmieszy, jak ludzie sobie na stronach 'o mnie' wstawiają taktowanie procesora i chipset płyty głównej). Primo do swojego hp nx6110 sobie dokupiłem 512 ramu (oryginalnie było 256), żeby mi się wygodnie z qemu na windowsach pracowało (głównie potrzebne na uczelnie, wicie, rozumicie).

Do tego doszedł dysk 200gigowy (albo chyba nawet więcej) oraz kieszeń usb do niego. Dysk bardzo ładnie zaszyfrowany luks-dmcryptem, gdzie jednym hasłem jest klucz znajdujący się na laptopie (z ładnie oskryptowanym udevem, żeby po podłączeniu dysku wszystko się samo montowało), a drugim jest bardzo długa fraza, żeby się nie dało bruteforcenąć.

Kupiłem sobie poza tym bardzo fajną myszkę. Labtec Wireless Laser Mouse for Notebooks. Za 100zł dostałem bezprzewodową myszkę na akumulatorki aaa, która działa na praktycznie każdej powierzchni (bo laserowa) i przy okazji nie świeci w ciemnościach jak optyki (no i ma 1200dpi, muszę na tym wreszcie zagrać w kłejka). Dzyngiel usb służący do komunikacji bezprzewodowej jest fizycznie chowalny w myszce (co ją od razu wyłącza). Pod dzyndzlem mieszczą się owe bateryjki, a jeszcze obok jest kawałek krótkiego, ale rozciągliwego kabelka też na usb, dzięki któremu można te baterie ładować. Innymi słowy, jeśli tylko myszka zaczyna mi mrygać, że jej prundu brakuje, to wyciągam ze środka ten kabelek, wyciągam z torby przedłużacz usb, podłączam wszystko i korzystam z tego jak z myszki przewodowej, a ona się w tym czasie ładuje (przedłużacz jest 'wielofunkcyjny', bo bardzo się przydaje także do podłączania kieszeni z dyskiem :).

Poza tym ze względu na pracę kupiłem sobie internet gprsowy (bez edge'a) w orange. Musiałem się trochę naklepać z pppd, żeby odpalić swojego ercissona gc85 (modem taki na pcimci) i nadal działa to bardzo bardzo, ale to bardzo gównianie (sterowanie modem jest bardzo ciężko skryptowalne, zważywszy na różne jego wydziwiania, poza tym połączenie się często wiesza w sposób wybitnie idiotyczny i nie wiem czego to wina), no ale jak rzeczywiście potrzebuję, to mogę cośtam czasami tym robić (acz w praktyce wygląda na to, że tylko kasę wyrzuciłem w błoto).

No i last but not least -- wreszcie sobie kupiłem cholerne wewnętrzne wifi, żeby nie musieć za każdym razem się pitolić z wkładaniem i wyciąganiem karty na pcimci. Znaczy -- kupić, to ja sobie takową kartę kupiłem dawno, ale musiałem się jej pozbyć na rzecz mojego włochatego przyjaciela, którego laptop dzisiaj posłużył do przeflashowania kupionego w tym tygodniu intela pro/wireless 2200bg. No i przeflashowany intel działa jak trzeba (z tym małym ale, że do tej pory używałem przycisku 'wireless' na lapie do odpalania nowych konsol, a teraz mam pod nim on/off do wifi i jak można się domyślić jest to wybitnie wkurwiające; cholerny odruch Schroedingera).

A, jeszcze sobie muszę wreszcie kupić/zregenerować baterię, bo oryginalna z 4 amperogodzin spadła do 300 mili, co w praktyce wystarcza co najwyżej na odłożenie lapa, zejście z kibla, umycie rąk i przeniesienie się z powrotem do pokoju.

Working in batch mode

02 X 2006, 00:36

Jabber (Psi?) zdecydowanie powinien mieć priorytety przy wysyłaniu wiadomości. Żebym mógł sobie ustawić, że wszystko, co nie ma priorytetu urgent ma mnie w żaden sposób nie monitować i mam w ogóle nie wiedzieć o tego istnieniu.

Ewentualnie będę się musiał zainteresować trybem 'niewidoczny', czy coś. Albo ustawiać sobie jakiś groźnie brzmiący away status. Nie wiem co się w praktyce najlepiej sprawdza.