Parę godzin temu
21 VIII 2010, 22:48się ożeniłem.
:)
się ożeniłem.
:)
Dziesięć razy (liczba wyjęta z kapelusza) się do napisania tej notki zabierałem i mam dość, więc wstęp będzie od myślników:
Parę dni temu odbyłem z dwoma takimi nadaktywnymi społecznie długą dyskusję, która natchnęła mnie bardzo optymistycznym pomysłem -- gdybym przy tych moich paru projektach mógł liczyć na wsparcie, to szansa ich ukończenia wzrosłaby znacząco!
Acz teraz jak tak sobie o tym myślę, to jest to tylko częściowo prawda. Z mojego doświadczenia wynika, że podstawą udanego projektu jest ktoś gotowy na popychanie całości do przodu poprzez wykonywanie tych wszystkich zadań do których chętnych nie ma, a które wykonać trzeba, żeby projekt nie umarł. (Niektórzy na tę pozycję mówią "lider", acz ja użyję naukowego terminu "popychacz".)
Jeśli nie ma popychacza, to niezerowa liczba członków zespołu (nazwę ich "miotłowymi"; zwizualizujcie sobie curlingiem) i tak nic nie da -- projekt będzie stał w miejscu. Od wielu już lat trenuję taki scenariusz z honejem -- jest duża kupa mało przyjemnej roboty i póki nie było komu wziąć na klatę głównego jej ciężaru, póty wszystko stało w miejscu. Aż wreszcie honej się zmobilizował parę razy i wygląda na to, że teraz już tylko moja stosunkowo niewielka (i bardzo nieprzyjemna) partia zadań stanowi ostatnią przeszkodę na drodze do Nirwany.
Czyli -- było kilku miotłowych, to się nic nie działo. Znalazł się popychacz, to i projekt zmierza ku finałowi.
Tylko co z tego wynika dla mnie? Ano nawet gdybym miał miotłowych, to o ile jako popychacz nie zrobię przynajmniej dwóch trzecich (liczba wyjęta z kapelusza) projektu sam, jego los nie będzie różnych od moich dotychczasowych projektów -- niedokończony rozgrzebany bałagan.
A jeszcze nawet nie poruszyłem kwestii realności utworzenia sprawnej grupy miotłopychowej. Jak byłem młody, istotny był dla mnie aspekt towarzyski -- lubiłem robić coś z grupą ludzi, a później dyskutować o tym na listach mailowych i ircu. Teraz mógłbym coś zrobić ze względów częściowo sentymentalnych (za młodu pracowałem nad projektem X, to coś pomogę, żeby nie umarł), a częściowo towarzyskich (znam pewnych ludzi od dawien dawna, to pomogę). Ale czy widzę siebie aktywnie uczestniczącego w jakiejś nowej grupie?
Chciałbym, nawet mamy pomysły jak się do tego zabrać, acz realistycznie marudnie patrząc -- ja się po parę tygodni zabieram za odpisywanie na maile (cześć shadzik!) pomimo tego, że dostaję średnio jeden na miesiąc. Regularną interakcję w większej grupie coś ciężko widzę.
Eh, się zgryźliwą marudą zrobiłem w ostatnich latach. Ale przynajmniej się jeszcze zupełnie nie poddałem! A ty, czytelniku? Google Analyticsy twierdzą, że jest cię ponad pół tysiąca, mógłbyś mi więc coś zasugerować. Powiedz mi, na przykład, w jaki sposób taki mekk regularnie znajduje ochotę na testowanie jakiegoś nowego programu i opisywanie go na swoim blogu? Albo opisz swoje własne metody...
Czy już się zupełnie poddałeś?
Nieprzyjemna niespodzianka. Niedługo po tym, jak kupiliśmy sobie na Ursynowie mieszkanie, któryś sąd apelacyjny zasądził, że moja nowa spółdzielnia ma zapłacić nie wiem już dokładnie ile milionów (kilka, kilkanaście albo kilkadziesiąt) jakiemuś podwykonawcy. Tenże nie zwlekał i dosyć szybko nasłał komornika, który zajął nieruchomości i konta bankowe spółdzielni. Podejrzewam, że moje dwa ostatnie czynsze poszły w próżnię.
I tu się robi ciekawie. Zarząd nie spieszył się specjalnie z informowaniem ludzi o tym fakcie. Kilka tygodni temu wrzucił do skrzynek pocztowych pismo o mniej-więcej podobnej treści stwierdzając, że większość odziedziczonych przez nich problemów prawnych jest już rozwiązana, a tymi obecnymi nie ma się co martwić. Do tego od dłuższego czasu w różnych wywieszkach wspominał coś o jakichś negocjacjach z bankiem w sprawie prowizji i wynikających z tego zawirowaniach z kontami spółdzielni. Ba, mam tutaj ulotkę z 5 marca w której jak byk pisze, że w związku z pobieraniem od Państwa przez Bank Millennium prowizji z tytułu pobieranych opłat za użytkowanie lokali, prosimy o wstrzymanie się z dokonywaniem tych wpłat na dotychczasowy rachunek bankowy
. Jasne, to wszystko przez Bank Millennium, a nie komornika. Na dodatek kazali płacić osobiście w kasie spółdzielni albo na załączony numer konta (który jest inny, niż numer na ich stronie).
Naprawdę fajnie zrobiło się przedwczoraj, gdy w skrzynce pocztowej znalazłem dwa teksty:
Kupa radochy, bo ogólnie widać, że towarzystwo jest siebie warte. Z jednej strony Zarząd, który ma tendencję do produkowania dużej ilości tekstu z małą zawartością informacji, tzn. na konkretne zarzuty odpowiada tylko i wyłącznie stwierdzeniem, że jest niewinny. Z drugiej zaś jakaś anonimowa grupa, która zarzuca Zarządowi wszystko, co tylko jej przyjdzie do głowy i jeszcze trochę, więc ni cholery nie idzie stwierdzić, które z tych zarzutów rzeczywiście mogą mieć coś wspólnego z rzeczywistością.
Z ciekawszych kwestii:
Dla mnie z tego całego cyrku wynika jeden główny problem -- to spółdzielnia płaci za wodę, gaz, ocieplanie oraz wywóz śmieci oraz zajmuje się remontami, a ja lubię moje zdobycze cywilizacji i chciałbym, żeby ktoś mi udrożnił zatkany komin wentylacyjny w kuchni oraz naprawił w połowie bezużyteczny domofon.
I teraz nie wiem co zrobić. Z jednej strony boję się, że anonimy tylko pogorszą sprawę z sądem i komornikiem: najpierw odwołają obecny zarząd, po czym powołają kogoś jeszcze mniej kompetentnego, kto na dodatek nie będzie wiedział, że pojutrze należy złożyć papiery odwoławcze. Z drugiej, obecny sposób zarządzania spółdzielnią sprawia wrażenie bardzo starożytnego i trzeba by to naprawić -- docelowo wprowadzić obowiązek publikowania wszystkich ważnych informacji na stronie www, a, póki co, dobrać się do wersji analogowych co ważniejszych dokumentów, poweryfikować jak to zarządzanie w praktyce wyglądało w ostatnich latach i przy okazji wszystko poskanować i powrzucać do internetu, żeby inni też mogli popatrzeć.
Eh. Wypadałoby zainteresować się tą spółdzielnią, choćby dla zabezpieczenia własnego interesu (lubię mieć wodę w kranie). Ale społeczeństwo obywatelskie to jest bardzo słuszna idea aż do momentu w którym realną nie staje się perspektywa łażenia po jakiś biurach i nagabywania starszych pań, żeby wygrzebały potrzebne mi papiery. Co może być tym bardziej problematyczne w tym momencie, bo spodziewam się, że Centrum Dowodzenia Spółdzielni przestawiło się w tryb defensywny. :/
Do czego nadają się zakładki w przeglądarce? Do niczego. Dzisiaj robiłem porządki i z uzbieranych na przestrzeni ostatnich dwóch lat linków, prawie wszystkie poszły do kosza. Kiedyś dodałem je z założeniem, że przeczytam w wolnej chwili. Takowa nigdy nie nadeszła. Za dużo informacji, za mało czasu, by je przyswoić. Drażni mnie to.
W pracy używamy paru bardziej skomplikowanych technologii. W latach mogę liczyć czas, jaki zajmie mi poznanie ich w stopniu wystarczającym, by następny pracodawca mógł mnie zatrudnić i powiedzieć:"tu masz wytyczne, zrób tak, żeby od razu działało". Ale taka jest charakterystyka mojego zawodu -- co jakiś czas uczyć się nowych systemów abstrakcji i sposobów myślenia o problemach, po czym stosować tę wiedzę w praktyce. Jeśli chcę, żeby pracodawcy/klienci mnie cenili, muszę umieć ten proces sprawnie przeprowadzać. Z każdą kolejną iteracją coraz sprawniej. Przyswajając nową wiedzę muszę myśleć o tym, żeby następnym razem szło mi to lepiej.
Niestety (?) taki rygor myślowy i podejście zadaniowe to nie jest coś, co można po prostu wyłączyć. W takich samych kategoriach myślę o właściwie dowolnej innej czynności. I tu się pojawia problem z nadmiarem danych. W domenie zawodowej za decydowanie na jakim konkretnie wycinku wiedzy powinienem się skupiać, odpowiada mój szef. To jego biznes, on decyduje nad czym należy pracować, żeby klientom się podobało. Potrzebujemy funkcjonalności X? Ok, trochę poszukam, potestuję, po czym znajdę najbardziej obiecujące podejście i zacznę się w nie wgryzać.
Ale w przypadku mojego życia, to ja jestem szefem. Ja oceniam wymagania, ja dobieram priorytety, zawężam pole poszukiwań, wybieram konkretne rozwiązanie, wprowadzam je w życie, obserwuję wyniki, porównuję z oczekiwaniami, koryguję. I to wszystko mocno po omacku. Homo sapiens nie ma instrukcji obsługi.
Nadmiar danych, niedobór czasu. Jakieś półtora miesiąca temu spędziłem z ładnych kilkadziesiąt godzin wgryzając się w egzystencjalizm (tak, jestem w tym wieku). Była to dobra inwestycja czasowa, bo, choć nie znalazłem tam rozwiązań, to znalazłem pewną strukturę, dzięki której wiem na czym mogę się skupiać, a w przypadku czego traciłbym tylko czas.
Ale to było tylko mocno wysokopoziomowe myślenie, "filozofia życiowa". Jak, kiedy i w jakiej kolejności zabrać się za rozgryzanie bardziej przyziemnych spraw? Kilka przykładów takowych:
Każde z powyższych rozbija się na sporą ilość podproblemów, nawet tak prozaicznych, jak wygląd. Przez większość życia ubierałem się byle jak. Czy widzę się za pięć lat na stanowisku kierowniczym? A jeśli tak, to może wypadałoby sobie zacząć powolutku podwyższać poprzeczkę jeśli idzie o sposób ubierania się?
A może nie, bo nie mam tyle czasu, żeby zajmować się wszystkim na raz. Natomiast funkcjonalnie by było, gdybym mógł za rok albo trzy powrócić do rozważań na ten temat i porównać moje obecne wnioski z przyszłymi. Zapewnienie takiej trwałości zgromadzonej przez siebie wiedzy jest samo w sobie ambitnym zadaniem.
Parę lat zajęło mi opracowanie systemu zarządzania informacjami, w którym się nie gubię i który się w miarę sprawdza. Jest to temat na osobną notkę, którą prędzej czy później naskrobię, ale na razie tylko wymienię, że w chwili obecnej na bieżąco korzystam z: mindmap, KDE-owych żółtych karteczek, KDE-owego minutnika, KOrganizera, papierowego megadziennika (w którym prowadzę m.in. dziennik pracowy), mniejszego prywatnego dziennika, kilku notatników z wyrywanymi kartkami, karteczek przyczepianych magnesami do tablicy, pióra na naboje, bit.ly oraz blipa. A ponieważ dzisiejsze porządki w zakładkach uświadomiły mi poważne niedobory stosowania do pewnych zadań kombinacji bit.ly, blipa oraz megadziennika, więc szykują się tu w najbliższym czasie większe modyfikacje.
I skoro mam już za sobą ten przydługi wstęp, to chciałbym przejść do meritum: czy któryś z czytelników może polecić delicious, albo podobny serwis, bo ostatnio zacząłem rozważać korzystanie z tagowania linków? ;)
Nie, nie masz zespołu Aspergera. Jeśli publicznie twierdzisz, że masz, to poważnie się zastanów, czy nie używasz tej "diagnozy":
Po pierwsze -- nawet jeśli jakiś prawdziwy psycholog powiedział ci, że kwalifikujesz się na Aspergera (a tak naprawdę nigdy nie rozmawiałeś z psychologiem, po prostu przeczytałeś artykuł na wikipedii, co nie?), to nie oznacza to wcale zbyt dużo. Jeśli rzeczywiście myślisz o sobie w kategoriach geekowo-nerdowych, to powinieneś rozumieć o co chodzi w nauce i metodzie naukowej. Co za tym idzie powinieneś wiedzieć, że fizyka i matematyka są bardzo mocno naukowe (a co za tym idzie powtarzalne, weryfikowalne, etc.), a cała reszta już niekoniecznie. Medycyna, taka normalna od chirurgów i antybiotyków, jest całkiem nieźle naukowa, ale (na nasze nieszczęście) dalej sporo jej do ideału. Psychologia natomiast wypada tutaj mocno blado. O ile część zaburzeń (pewnie zwłaszcza z zakresu psychiatrii klinicznej) jest całkiem nieźle sklasyfikowana, opracowane są skuteczne metody ich leczenia, ba, znane są nawet ich genetyczne podstawy, o tyle różne syndromy i inne zespoły, zwłaszcza te kulturowo popularne jak Asperger właśnie, mają bardzo nieostre kryteria klasyfikacji i kompletnie nieznaną przyczynę. Istnieją spore wątpliwości, czy w ogóle mają jakąkolwiek przyczynę i nadają się do "leczenia", czy też może po prostu podpadają pod jakiś kawałek spektrum ludzkich zachowań.
Nie jesteś chory na Aspergera, jesteś po prostu (upraszczając) dosyć inteligentny, masz specyficzne zainteresowania oraz zbyt mało rozbudzoną potrzebę kontaktów towarzyskich, żeby zmusić się do rozmawiania o tym, o czym rozmawiają twoi rówieśnicy (czyli, z twojego punktu widzenia, kompletnych pierdołach). Analogicznie najpopularniejszy chłopak w twojej klasie nie ma, hmm, zaburzenia aspołecznego, tylko po prostu jest tak okablowany, żeby bardzo chcieć być towarzyski, więc przez wiele lat starał się taki być i teraz już doszedł do dużej wprawy.
I druga sprawa -- używanie Aspergera jako wymówki, że przecież jestem nerdem, to nie mam życia towarzyskiego i w ogóle dziwny jestem. Nie masz życia towarzyskiego, bo taki jest twój wybór. Niekoniecznie do końca świadomy, ale twój. Wmawianie sobie, że przecież masz Aspergera, więc nie ma szans, żebyś był w stanie prowadzić "normalne" życie towarzyskie, jest szukaniem wymówek i oszukiwaniem siebie. Tak, jak najbardziej istnieje możliwość, że z różnych stylów życia, najbardziej odpowiadałby ci styl samotnika, ale to jesteś w stanie definitywnie stwierdzić dopiero starając się żyć bardziej w społeczeństwie przez jakiś czas i dochodząc do wniosku, że ci to jednak nie do końca odpowiada. I przez "w społeczeństwie" nie mam na myśli "w szkole". Szkoła jest bardzo sztucznym miejscem, a twoi rówieśnicy są tylko dziećmi i interakcje z nimi z założenia będą wyglądać znacznie inaczej, niż z osobami dorosłymi. Dzieckiem-nastolatkiem szkolnym jesteś przez naście lat. Osobą dorosłą, przy obecnej przeżywalności, spokojnie z pięćdziesiąt, może nawet siedemdziesiąt-osiemdziesiąt lat. Decydowanie co robić przez ten drugi okres na podstawie relatywnie krótkiego i mocno niereprezentatywnego okresu pierwszego, jest bardzo głupią decyzją.
I wierz mi, na twój obecny stan wpływ ma sporo rzeczy i twój mityczny Asperger niekoniecznie jest tutaj dominujący. Gdyby twoi rodzice mieli więcej możliwości i pomysłów na kontrowanie twojego wstępnego braku umiejętności społecznych, gdy byłeś jeszcze młody, to kto wie, może przez miniony czas byś doszedł do jakiejś sensownej wprawy i w ogóle byś o tym nie myślał. Ba, gdybyś nie był jedynakiem, tylko miał dwójkę starszych braci, to pewnie nie miałbyś wyjścia, tylko przez te lata być przynajmniej trochę bardziej oblatany w kontaktach z innymi ludźmi, niż jesteś. Takich "gdyby" jest wiele. I działają one także w drugą stronę. Gdyby rodzice tego popularnego chłopaka w podstawówce potrafili lepiej zaprzyjaźnić go z jakimś ciekawym tematem, to może poszedłby do dobrego technikum, wkręcił się np. w (zaawansowaną) mechanikę samochodową i skończył na studiach inżynierskich. Nadal potencjalnie może to zrobić, mając już te dwadzieścia klika lat, ale najpierw musi sobie wybić z głowy, że jest totalnym nieukiem i nieudacznikiem. (Ludzie serio mają takie zwroty w życiu.)
I nie ma tu żadnego "ale ja jestem inny, ty nie zrozumiesz". Mój koronny dowód że się da, ma na imię Magdalena i za pół roku (z hakiem) zostanie moją żoną. A uwierz mi, nie jesteś większym nerdem ode mnie, koniec końców wszyscy byliśmy podobni.
I żeby było jasne -- ja nie twierdzę, że zostaniesz najpopularniejszym człowiekiem na dzielni. Jest to jak najbardziej do wykonania, jeśli bardzo chcesz, ale jeśli nie chcesz, to też dobrze. Nie musisz być naj. Wystarczy, że będziesz wystarczająco towarzyski, żeby być zadowolony z poziomu swojej towarzyskości. Ludzie są różni, lubią różne rzeczy w różnym stopniu.
Możesz mi zaufać, wiem co mówię. Po półtora roku mieszkania z kobietą wiem jak drastycznie różne mogą być reakcje dwojga ludzi na te same sytuacje i to na najbardziej podstawowym, emocjonalnym poziomie. Jak bardzo może się różnić podstawowe okablowanie, przemyślenia (lub ich brak), emocje wywoływane daną sytuacją (lub ich brak), jej obraz. W zaufaniu powiem ci, że lubię o sobie myśleć jako o całkowicie przeciętnym człowieku, zwłaszcza w kontekście towarzyskim. Jeszcze w Opolu miałem grupę zupełnie normalnych znajomych i nie miałem problemu w dogadywaniu się z nimi. Nie jest to do końca prawda i Magda potwierdza, że ewidentnie odstawałem swoimi reakcjami na tle innych. I tak, z tyłu głowy wiem o tym, ale nie przeszkadza mi to myśleć o sobie w tym kontekście jako o całkowitym przeciętniaku. Skoro Piotrek był jednym z najspokojniejszych, najbardziej łagodnych i po prostu najbardziej uprzejmych ludzi, jakich miałem okazję poznać, a jakoś nikt nie zwracał uwagi na to, że jest "inny", to czemu ja mam być ze swoim zestawem cech?
Więc dobrze ci radzę, powiedz Hansowi, że jest bucem i nie chcesz mieć z nim więcej do czynienia, po czym skup się nad tym, co chcesz osiągnąć i jak to zrobić. Garść konkretniejszych porad:
W końcu przyszedł termin przekazania mieszkania i w ciągu ostatnich kilku dni wyprowadziliśmy się z wynajmowanego, a wprowadziliśmy się do własnego. (Spora) garść spostrzeżeń:
Własne mieszkanie (znowu) fajnie mieć. Wygląda na to, że będę musiał się zainteresować kupnem jakiejś wiertarki (no i kombinerek, bo mi je chyba monter z UPC przez przypadek podharcerzył) i różnymi takimi związanymi z konserwacją i remontowaniem, bo zapowiada się tego potencjalnie całkiem sporo. A to dziurę na kabel wywiercić, a to karnisze zamontować, coś tam uszczelnić i takie tam.
Czas kończyć, bateria w lapku niedługo padnie, a jesteśmy już za Częstochową, niedługo powinniśmy dojeżdżać. Merry Christmass!
Edit: muszę dawać takim rzeczom poleżakować przed publikacją, bo patetyczny wpis wychodzi drastycznie zbyt patetyczny. I z za dużą ilością uproszczeń.
Przejrzałem tego bloga na cztery lata wstecz i okazało się to być bardzo pouczającą podróżą w przeszłość. Najważniejsze spostrzeżenie, to że w tym czasie tworzyło go dwoje różnych ludzi. Do końca 2007, czyli do de facto końca studiów, autor był żywy, zabiegany, pełen różnych pomysłów, przemyśleń, energiczny, lekko walnięty.
Od 2008 pisać zaczął człowiek coraz bardziej zdystansowany, apatyczny, coraz częściej (a właściwie coraz rzadziej) piszący tylko po to, żeby na coś pomarudzić.
Tym człowiekiem teraz jestem. W teorii "wszystko" jest jak trzeba. Od ponad roku jestem z kobietą, z którą jest mi dobrze. Jesteśmy zaręczeni. Za półtora miesiąca będziemy się przenosić do własnego mieszkania. Za 10 miesięcy weźmiemy ślub. Mam dobrą pracę, która zabezpiecza nas finansowo.
A jednak coś straciłem. Coś ważnego, czego miałem dużo jako nastolatek, coraz mniej w czasie studiów, a co od dwóch lat praktycznie zniknęło.
Wyjazd do Warszawy miał pomóc. Nowe, stymulujące środowisko!
Nie pomógł, a przyniósł sporą dawkę nowych problemów, z którymi musimy sobie radzić.
I zmiana stylu narracji.
No i teraz zonk. To jest normalne, że z biegiem lat człowiekowi zmieniają się priorytety i zainteresowania i ogólnie mu się może mniej chcieć, acz nie można temu odmówić upierdliwości. To jest tak, jakby trzeba było prawie wszystko zaczynać od początku, gdy się jest w związku i po studiach. Stare zainteresowania nie są już interesujące, albo są niepraktycznie (albo oba na raz), nowych jeszcze do końca nie ma, a nawet jeśli się ma jakieś pomysły, to często trudne w realizacji. Ma to oczywiście swoje zalety, bo człowiek już się nie musi martwić poświęcaniem czasu na szukanie sobie kobiety, acz nigdy bym nie przewidział, że to może być takie... gwałtowne. Myślałem, że przejścia do kolejnych etapów życia będą mniej drastyczne.
Oh, well. Trzeba próbować od nowa, biorąc pod uwagę nową sytuację i inne priorytety. Mnie Pani Prezes wzięła do komisji programowej Pingwinariów, a na walnym ISOC-PL zostałem członkiem sądu koleżeńskiego (inkwizycja nadchodzi!). Magda z kolei poszła na nowe studia. Zobaczymy jak to będzie.
Sam najprawdopodobniej o tym zapomnę, więc może skorzystam z innych ludzi: jakąś godzinę temu wychodząc z domu natknąłem się na przejeżdżający kilka metrów ode mnie googlecar, więc, wzorem jeńców wojennych, zacząłem się intensywnie wpatrywać w skierowane we mnie obiektywy. Dopiero później mi przyszło do głowy, że i tak będę miał paszczękę zamazaną (pewnie to i lepiej), ale moje charakterystyczne wyblakłe granatowe podkoszulki raczej nie pozostawią wątpliwości kto jest na zdjęciu. Więc jeśli jakimś sposobem zauważysz, że na google mapsach pojawiły się zdjęcia z Kabat, napisz mi maila, albo wrzuć tutaj komcia.
A jak już gadam o pierdołach -- wracając wczoraj ciapongiem z Opola do Wawy dosiadł się do przedziału nie mówiący po polsku arab (ciemna skóra, duży nos, przez telefon gadał po czymś arabsko brzmiącym), zapytał po angielsku czy może tu usiąść, a jak mu wytłumaczyłem gdzie na bilecie ma napisany numer miejsca i że tak, może tu usiąść, to usiadł obok mnie, położył swoją czarną, bardzo mocno wypchaną torbę na kolanach, po czym po chwili zaczął się w ciszy modlić, co kilka sekund robiąc charakterystyczne czołobitne skłony celując czołem w ową torbę (przedział wagonowy nie pozwala na zbyt dużą swobodę ruchów).
Pomyślałem sobie, że druga klasa intercity to chyba nie jest dobry cel ataku terrorystycznego. A może jest? Poza tym facet wydawał się sympatyczny. Ci co wlecieli w WTC też pewnie nie sprawiali "terrorystycznego" wrażenia. Hm, sam pociąg raczej średnim celem ataku jest, acz już stacja docelowa, czyli Warszawa Centrum to co innego (dopiero znacznie później przyszło mi do głowy, że średnim pomysłem jest wysadzanie czegoś o godzinie dziesiątej w nocy, gdy ludzi nie jest dużo).
W trakcie podróży zamieniłem z nim kilka zdań tłumacząc mu, że może dostać ciasteczko i soczek jak chce (intercity ftw!) i że to jest dopiero warszawa zachodnia, a nie centralna. Był ewidentnie wdzięczny za pomoc i podziękował mi.
Ogólne spostrzeżenia z mojej podróży z kryptoterrorystą są następujące:
1. Małe książeczki po arabsku czytane przez modlącego się w pociągu araba z czarną walizką łatwo zinterpretować jako jakieś religijne indoktrynatory. Oczywiście mogło to też być "Complete idiot's guide to not looking like a terrorist while in Europe", tylko po arabsku, ale ja tego nie wiem. Poza tym musiała to być raczej głębsza lektura, bo książeczka była może rozmiaru A6 i miała nie więcej, jak 100 stron, a facet czytał ją wybitnie powoli. Może coś religijno-filozoficznego? Albo poezja?
2. Nie zazdroszczę krajom w którym ilość muzułmanów jest na tyle wysoka, że nad takimi rzeczami człowiek się zastanawia w trakcie co drugiej przejażdżki komunikacją publiczną.
3. Szkoda, że nie lecę samolotem, bo wtedy byłbym w miarę pewny tego, że teczuszka została prześwietlona i obwąchana przed wniesieniem jej na pokład.
4. Nie wiem do jakiego stopnia dotyczy to całego mojego pokolenia, ale uważam za potencjalnie krępujące ludzi dookoła okazywanie swojej religijności w miejscach publicznych do tego nie przeznaczonych. Raczej nie miałbym skojarzeń terrorystycznych, ale też nie byłbym do końca uradowany, gdyby ktoś obok mnie zaczął sobie zmawiać Ojcze Nasz pod nosem.
5. Z drugiej strony dla ludzi aż tak religijnych, że się modlą o różnych porach w trakcie dnia, jest jednak wyrazem szacunku dla ludzi dookoła, że starają się robić to w sposób maksymalnie nieinwazyjny. Taki katolik ma o tyle wygodniej, że może sobie użyć pierścieniowego różańca, więc jeśli zachowuje ciszę, właściwie nie wiadomo co robi. Muzułmanin może zachować ciszę, ale nie wyobrażam sobie jak można wykonać dyskretne skłony.
5a. No ale to już pech tej konkretnej religii, że osoby religijne są łatwo identyfikowalne optycznie, przez co znacznie bardziej narażone na antypatię ze strony osób postronnych.
Poziom sproceduralizowania społeczeństwa jest idiotyczny. Właśnie ćwiczę przeprowadzanie się ze średniej wielkości miasta do stolicy i ilość rzeczy, które muszę załatwić jest zastraszająca.
Sprzedaż mieszkania to dogadanie się z agentem od nieruchomości (i to jest ta mniej czaso-, ale bardziej pieniądzochłonna opcja), przyjmowanie oglądających mieszkania, podpisanie umowy przedwstępnej, podpisanie finalnego aktu notarialnego, później latanie z nim (oraz możliwe, że z nabywcą mieszkania) po dostawcach prądu/gazu/internetu, żeby porozwiązywać umowy oraz wpadnięcie do spółdzielni mieszkaniowej (w dwóch różnych lokalizacjach), żeby zrezygnować z członkostwa oraz się wymeldować. A, no i jeszcze w ciągu dwóch tygodni od sprzedaży trza do US-u odpowiedni formularz wysłać, żeby mnie nie opodatkowali.
Sprzedanie mieszkania to oczywiście także konieczność przemeldowania się w którymś urzędzie (co chyba wiąże się ze zmianą dowodu?), a później aktualizacja danych w różnych bankach i urzędach (np. w US-ie by się przydało). Ja i tak mam dobrze, że mogę się na jakiś czas u rodziny zameldować, bo z czasowo wynajmowanym w Warszawie mieszkaniem to bym miał pewnie kupę dodatkowej radości.
No a ponieważ mam mieszkanie jako siedzibę dla działalności gospodarczej, to (znowu unikając wersji bardziej upierdliwej, czyli przenoszenia się z działalnością od razu do Warszawy) muszę znaleźć nową siedzibę, uzyskać zgodę właściciela tejże siedziby (spółdzielnia), żeby mi aktualny najemca mógł kawałek podnająć, podpisać umowę podnajmu, iść do jakiejś firmy zrobić sobie baner (bo muszę go mieć), po czym słać do spółdzielni pismo, że chcę powiesić takich rozmiarów baner tu i tu, a na koniec czekać, aż przyjdzie jakiś szpec, popatrzy na moją wybraną lokalizację i zaaprobuje wniosek. A jak już sobie przywiercę co trzeba gdzie trzeba, to czas zacząć latać do banków i US-u (kto wie gdzie jeszcze, Urząd Miasta, ZUS?), żeby zaktualizować swoje dane.
W międzyczasie była jeszcze wycieczka do Wawy, oglądanie mieszkań i podpisanie umowy najmu.
I to ja jestem ten bardziej ceniący swój czas przedsiębiorca, bo mam biuro księgowe, więc nie muszę się aż tak bardzo martwić bieżącą papierologią :/
Grrrr. Zaczynam się bać co to będzie, jak za parę miesięcy przyjdzie czas kupować mieszkanie.
Już abstrahując od tego, że zrobienie tego wszystkiego jest skomplikowane (trzeba najpierw się dowiedzieć, a później pamiętać o sporej ilości rzeczy), to problem jest taki, że jest to cholernie czasochłonne. Ciekawym, czy jest już dostępny jakiś mass-marketowy outsourcing takich rzeczy. I to taki z ubezpieczeniem OC, żebym mógł się domagać odszkodowania, jak coś zrobią źle.
Jeśli umie się szukać, sieć potrafi dostarczyć niezliczonej ilości mądrze brzmiących powodów dla których decyzja, którą chce się podjąć, jest właśnie tą najsłuszniejszą. A ja, mając tego faktu świadomość, staram się zawsze dostać do argumentacji przeciwnej, bo a nuż trafi mi ona do przekonania i zmienię zdanie. A nawet jeśli nie zmienię, to wolę podejmować decyzje mając świadomość wszystkich dostępnych opcji. Nie chroni mnie to oczywiście przed podejmowaniem decyzji błędnych, ale jakoś tak jestem skonstruowany, że wolę stwierdzić "o, jednak ziścił się ten scenariusz, który oceniłem jako mniej prawdopodobny", niż "WTF, w ogóle nie pomyślałbym, że to się może przydarzyć".
Od jakiegoś czasu zauważam, że takie podejście niestety bardzo mocno ogranicza rzeczywistą ilość decyzji, jakie jestem w stanie podjąć. Omówię to na przykładzie Rafała. Co przemawia za Rafałem:
A teraz jak wyglądają wątpliwości związane z powyższą argumentacją:
Z powyższego wynika, że żeby rzeczywiście zagłosować z czystym sumieniem na Rafała, musiałbym wykonać wręcz idiotyczną ilość riserczu, czego na pewno nie zrobię, bo nie nudzi mi się aż do tego stopnia. Czyli co, nie głosować?
No właśnie niestety nie. Polecam przeczytać ten esej Yudkowsky'ego w całości. Podsumować go mogę tak: jeśli zobaczysz jak większe dziecko bije mniejsze dziecko, to pewnie myślisz, że masz trzy możliwe reakcje:
Problem polega na tym, że drugi i trzeci scenariusz różni się czymś tak naprawdę tylko i wyłącznie w czyjejś głowie. Brak reakcji, niezależnie od powodów, jest w efekcie przyznaniem silniejszemu prawa bicia słabszego. Tak naprawdę wybory są tylko dwa.
Mając tego świadomość, nie mogę kwestii rafałowej "rozwiązać" stwierdzeniem, że podjęcie zadowalającej mnie decyzji jest po prostu zbyt trudne, więc postanawiam "zachować neutralność" i niech inni decydują za mnie. W efekcie jest to równoważne z podjęciem decyzji o (statystycznie nieistotnym) zwiększeniu przewagi głosowej kandydatom o poglądach odmiennych, niż moje własne. Innymi słowy przyznaję "rację" (prawo decydowania) stronie przeciwnej.
Oczywiście dosyć kluczowym jest tu ten nawias mówiący o tym, że to, co ja zadecyduję w tej konkretnej sprawie politycznej jest tak naprawdę statystycznie nieistotne. Przy czym ja jestem akurat na takim etapie życia, że staram się szukać "filozofii życiowych"[1] aplikowalnych szerzej dla mojego pokolenia i ludzi o podobnym usposobieniu i w podobnej sytuacji życiowej.
[1] Właściwie to bardziej konkretnych implementacji i praktycznych zaleceń; mam małe zaufanie do potencjalnie nadmiernej ogólnikowości tzw. "filozofii życiowych".
Eh, przydałaby się jakaś pointa. Najsensowniejsze, co jestem w stanie wymyślić, to że po prostu powinienem na takiego Rafała i jemu podobnych głosować, bo, przy ograniczonych zasobach, jakie jestem w stanie na to poświęcić, jest on wyborem potencjalnie najbardziej bliskim temu, co chciałbym swoim głosem osiągnąć.
Ogólniejszy wniosek natomiast jest taki, że dla ludzi takich jak ja, tak naprawdę najlepszym wyjściem jest albo bardzo mocno wkręcić się w interesujące nas aspekty polityki (i może publikować swoje znaleziska), albo wręcz zacząć jakoś współpracować z ludźmi, na których chcielibyśmy głosować, żeby móc ich poznać w wystarczającym stopniu, by głosować z czystym sumieniem.
Iiiiijasne, zwłaszcza to drugie brzmi bardzo wykonalnie. (A komitety wyborcze kojarzą mi się z wykorzystywaniem naiwniaków do robienia głupich rzeczy. O.)
Zgodnie z planem za dwa miesiące powinniśmy już z narzeczoną mieszkać w Warszawie, więc spędzamy sporo czasu rozważając wszystkie za i przeciw i upewniając siebie nawzajem, że to jest właściwy wybór. Wad przenosin jest sporo, główne to wysokie koszty życia, w tym idiotycznie wysokie ceny mieszkań (i niechęć do brania kredytu na 30 lat), a w konsekwencji poważne problemy z posiadaniem dzieci, bo te dzieci trzeba za coś utrzymać.
W Opolu takich problemów nie ma, ale tylko przy założeniu, że do końca życia będę pracował zdalnie, zarabiając pensję warszawską, a wydając ją tutaj. Bardziej prawdopodobne, że prędzej czy później musiałbym znaleźć robotę na miejscu. I wtedy stałbym się bardzo smutnym człowiekiem.
Ale tak naprawdę tutaj trudno nie stać się smutnym człowiekiem. Gdy byłem sam, moje życie składało się z pracy w domu, różnej maści treningów pięć dni w tygodniu, stołowania się w lokalnych restauracjach i spędzania czasu ze znajomymi z radia studenckiego. Z Magdą nasze życie składa się w zasadzie z dokładnie tego samego (powiedzmy, że jej studia odpowiadają mojej pracy), tylko w innych proporcjach (domowe obiadki zamiast restauracji, mniej treningów i znacznie mniej znajomych).
Wtedy miałem tego po dziurki w nosie i teraz też mam (a Magda ze mną), tak się po prostu na dłuższą metę nie da żyć. Jeszcze gdy byliśmy sami, spędzanie czasu ze znajomymi było o tyle ciekawe, że coś trzeba jednak robić, żeby się nie zanudzić na śmierć, a przy okazji można szukać partnera. Ale teraz? Mamy parunastu wspólnych znajomych oraz grupę ludzi, których znamy ze studiów, gdzie ja studiować przestałem dawno temu, a Magda przestanie za półtora miesiąca. Ze znajomych, z którymi któreś z nas utrzymuje regularny kontakt, praktycznie wszyscy są, w dowolnej kombinacji: sami, młodzi, dopiero testujący kim są i co lubią, bez konkretnych planów co robić w życiu, bądź z planami sprowadzającymi się do zachowania status quo.
Chcę sobie pogadać z kimś na tematy zawodowe? Nie mam z kim. Magda chce sobie pogadać z kimś doświadczonym w branży na tematy zawodowe, żeby mieć jakieś pojęcie w którą stronę najlepiej próbować? Nie ma z kim. Chcielibyśmy sobie spędzić czas w gronie znajomych na podobnym etapie życia? Nie mamy takich. Chcielibyśmy sobie pogadać z kimś starszym, preferowalnie już dzieciatym, o tym jakie wybory mamy do dyspozycji i co nas może czekać w przyszłości? Nie mamy z kim.
W tym mieście po prostu praktycznie nie istnieje pewna kategoria ludzi. Jak niedawno byłem u honejów, to ich do późna w nocy zamęczałem gadaniem na te tematy, bo ja fizycznie nie mam z kim o tym rozmawiać, a rozmawiać chcę, bo to są sprawy, które bezpośrednio dotyczą mnie, nas, w tej chwili. I to są decyzje, które musimy podejmować i nawet nie mamy się kogo zapytać o dostępne scenariusze.
Tak, możliwe, że się przeliczymy. Że w Warszawie wszyscy będą tylko zapierniczać jak małe samochodziki i nikt na nic nie będzie miał czasu. Że jako ojciec stwierdzę, że i tak nie mam ani czasu ani ochoty na absolutnie nic innego poza zajmowaniem się dziećmi i żoną.
Ale kurwa mać najpierw sprawdzę wszystkie możliwe sposoby na to, by mieć ciastko i zjeść ciastko, zanim po prostu rzucę ręcznik i oleję wszystko.
A zacznę od otoczenia się ludźmi o podobnym nastawieniu.
W skrócie: jeśli ty lub twoja warszawska firma chcielibyście zatrudnić lekko zużytego mmazura, to prosiłbym o maila, albo żabę (jedno i drugie: mmazur@kernel.pl). Będę też wdzięczny za informacje (może być w komentarzach) o ludziach/firmach, którym mogę się ponarzucać oferując swoje usługi :)
Długa wersja:
Dzisiaj rano się obroniłem, więc jestem w końcu panem inżynierem. Tylko dyplom będzie dopiero gdzieś za miesiąc.
Czas zacząć się rozglądać za robotą. Optymalnie by było od mniej-więcej czerwca się już gdzieś zatrudnić i zacząć przenosić, bo Magda akurat będzie kończyć ostatni semestr.
Co chcę robić i co umiem? Tu jest mój profil na LinkedInie, ale to tylko suche informacje. Po prawie czterech latach pracy zawodowej wiem tyle:
1. Najszczęśliwszy jestem, jak ktoś mi raz na jakiś czas daje coś, czego jeszcze nie robiłem z przykazem, żeby się nauczyć. Lubię czytać, a jak mam po co, to mogę i całą dokumentację techniczną od deski do deski przeczytać (ostatnio tak zrobiłem bodajże z mercurialem).
2. Bardzo lubię technologie linuksowe. Wyrosłem na PLD, więc jak jakieś pół roku temu musiałem doprowadzić kilkadziesiąt ubunciaków do stanu używalności, to miałem fajną zabawę porównując sposoby budowania pakietów, maintainowania repozytoriów i takie tam.
3. Lubię systemy równoległe. Kodowaniem czegoś takiego w C na kilkadziesiąt systemów i kilka gigabitów łącza zajmowałem się przez jakieś dwa lata pracy, a ostatnio kazali mi zainstalować Hadoopa z pythonem. Wygląda to naprawdę fajnie, chętnie bym się czymś takim zawodowo trochę więcej pobawił. Nawiasem mówiąc muszę dokończyć swoje proste patche na hadoopa i im wrzucić do bugrackera.
4. Po wielu latach w końcu udało mi się opanować umiejętność pracy z domu. Serio, zaczynanie życia zawodowego od czegoś takiego jest wybitnie niewskazane. Trudno się samemu zmusić do jakiejś systematyczności.
5. Wspominałem już, że lubię technologie linuksowe?
No i to by było na tyle autopromocji. W skrócie: wolę programowanie (Python!), preferowalnie w systemach równoległych, acz mam wystarczająco dużo doświadczenia z adminowaniem, by się bardzo swobodnie czuć w środowisku linuksowym. Tyle.

Proszę, przygarnij mmazurka.
Zaręczyłem się. Był błyszczący się pierścionek, panorama Opola dookoła, ona powiedziała tak, a pan ochroniarz powiedział, żeby się zmywać z dachu, bo tu jeszcze nie wolno wchodzić.
W wieku 24 lat zacząłem łysieć. :( Co jest o tyle smutne, że przez większość życia miałem na głowie za dużo włosów, to teraz będę miał za mało.
Mój główny chlebodawca właśnie wszedł w stan przedzawałowy. Niedaleko widać potencjalnego inwestora z defibrylatorem, ale nikt nie wie, czy zdąży. Na razie koniec tej naciąganej metafory, za kilka dni napiszę coś więcej.
Dzisiaj w końcu oddałem całą papierologię wymaganą do tego, żeby mi termin obrony wyznaczyli. To jest główny powód dlaczego tu było cicho -- pisania miałem po dziurki w nosie.
Kilka spostrzeżeń:
1. Przerost formy nad treścią przy pisaniu takich rzeczy jest po prostu epicki. Może się za jakiś czas zbiorę do opisania wszystkich idiotyzmów z tym związanych, teraz mi się nie chce tego w jakąś spójną całość składać. Ja się nie dziwię, że większość studentów na dwustopniowych studiach po napisaniu inżynierki pewnie nawet nie rozważa później podjęcia studiów magisterskich. Ja też nie rozważam. Może za kilka lat, jak już zdążę zapomnieć jakim gównem jest wyższa edukacja (a na (nie)szczęście mam krótką pamięć do takich rzeczy), to się jeszcze raz zastanowię.
2. Nigdy nie próbuj wybiegać przed stado w jakikolwiek sposób, bo stado cię dogoni i przykładnie ukarze. Promotorka zasugerowała mi, żeby pisać pracę po angielsku, a że nie robiło mi to większej różnicy w jakim języku piszę, a ją (promotorkę) lubię i wiem, że jej by to lepiej w papierach wyglądało, to się zgodziłem. Ponieważ to jest Niewidzialny Uniwersytet w Pćmciu Dolnym, nikt takich rzeczy wcześniej nie próbował, więc dopiero post factum się okazało, że za karę muszę jeszcze dopisać streszczenie w języku ojczystym (wymóg formalny). Owo streszczenie mam zamiar napisać całkowicie na odwal się, bo i tak tego nikt nigdy czytał nie będzie, ale gdybym wiedział od razu, to bym po prostu pracę napisał po polsku i teraz sobie czytał książkę, czy coś. Znowu -- nie chce mi się w tym momencie rozwodzić nad idiotyzmem pisania takiego czegoś.
3. Strona mojego wydziału twierdzi, że wynikową pracę należy oddać w formatach DOC i PDF. Ponieważ pisałem w Latexu, więc nie za bardzo było z czego doca zrobić. Więc użyłem pdftohtml, a wynikową sieczkę wkleiłem do OpenOffica. No i mam doca. A jak się ktoś będzie czepiał, to zasugeruję, żeby się poszedł gonić. Ale to mi raczej nie grozi, bo nikt tego już czytał w tej postaci nie będzie, a systemowi antyplagiatowemu raczej nie robi różnicy jak to wygląda. Uczelnia techniczna psia ich mać :/
Koniec końców jest na razie 3:0 dla Politechniki Opolskiej:
1. Wygrałem ogólnopolską olimpiadę z języka angielskiego, to się polibuda może chwalić. Ja z tego miałem wycieczkę, z której nie skorzystałem, zestaw fajnych słowników, z których nigdy nie skorzystam, zestaw noży ozdobnych, które leżą w którejś szafie i zestaw kosmetyków, które chyba zużyłem. Za drugie miejsce bym dostał wieżę audio :/
2. Jakieś pół roku później studia, które oryginalnie miały być magisterskimi, zamieniły się w inżynierskie.
3. A teraz polibuda dostanie pracę inżynierską po angielsku, którą nie omieszka się chwalić przed przeróżnymi komisjami, ja za to mam więcej roboty.
W momencie w którym otrzymam swój dyplom inżyniera będzie 3:1. I mam nadzieję, że tej instytucji nigdy w życiu już na oczy oglądać nie będę musiał.
Więcej -- a żeby cholera zbankrutowali, zostali zlikwidowani, albo po prostu rozlecieli się w drobny mak z chwilą, gdy wsiądę do samochodu i odjadę. Grrrrr.
No to spadam do pisania...
W tym odcinku, dla odmiany, jest pytanie do publiczności.
W dosyć krótkoterminowych planach (6 miesięcy) mam wyjazd do Warszawy, D.C. Wiąże się to ze zmianą pracy na jakąś "normalną", w sensie nie-zdalną.
No i powstaje problem -- czy za sześć miesięcy w ogóle będzie dało się gdziekolwiek zatrudnić? O ile rozumiem skutki globalnego kryzysu są u nas odczuwalne z lekkim lagiem, ale są. Ma ktoś jakieś doświadczenia? Coś już się na naszym lokalnym rynku zaczęło ruszać w tej kwestii? I jakieś przewidywania na najbliższą przyszłość?
Znacie ten kawał o informatykach, którzy, żeby "naprawić" samochód, najpierw z niego wysiadają, a później wsiadają? No to nie jest on taki wyssany z palca.
Sam tak niestety robię. Automatycznie traktuję swój samochód tak samo, jak bym traktował komputer i po raz drugi mnie to poważnie pokopało po kieszeni i zmasakrowało plany.
Raz pierwszy -- przez parę tygodni samochód na niskich obrotach chodził nierówno, ale nic z tym nie robiłem[1]. Pojechałem nad morze. Wracając, gdy przejeżdżałem przez Słupsk, samochód na jednym postoju powydawał trochę dziwnych dźwięków przez chwilę, po czym przestał. Dziwne. Pewnie jakiś glitch, jedziemy dalej.
[1] Inna sprawa, że mechaników miałem takich, którzy nie zachęcali do częstego ich odwiedzania. Od tego czasu ten konkretny bug już jest resolved.
Oczywiście do tego Słupska, to mnie później z powrotem dowiózł assistance, po paru godzinach czekania na niego. A samochód odebrałem jakiś tydzień później, płacąc za: bilety PKP na trasie Opole--Słupsk, lawetę, robociznę, no i kilka części zmasakrowanych przez urwane łopaty wiatraka od chłodzenia (to duże kręcące się coś z przodu). Oczywiście po całej zabawie samochód przestał się rzucać na niskich obrotach. Zapewne przez nowy wiatrak, który teraz już pracuje równo i nie grozi urwaniem łopat.
Raz drugi -- przedwczoraj wyjeżdżając rano do Piły zauważyłem, że nie działa mi ogrzewanie. Oh well, po prostu pojadę bez. Przejeżdżałem obok swojego mechanika, ale nie wstąpiłem. Paręnaście kilometrów dalej, stojąc przed zjazdem na autostradę, czułem, że auto chodzi trochę nierówno i już miałem zawrócić, ale magiczne myślenie wygrało.
Zwozili mnie później z tej autostrady, za co zapłaciłem dosyć słono, więc w sumie koszta naprawy będą pewnie gdzieś tak x3. A do Piły, to sobie pojadę dopiero w poniedziałek.
Wnioski:
Nudzi mi się. W obu pracach robię właściwie za admina, w jednej od xena z PLD, w drugiej od blade'ów z Ubuntu. Jednak chęć dogłębnego rozumienia dystrybucji, której używam, wyniosłem z młodości, więc poznawanie Ubuntu (i różnych dziwadeł typu glusterfs) jest całkiem ciekawe, ale... to jednak praca. Gdyby mi za to nie płacili, to bym się za to nie zabrał.
Od paru lat mam ten dziwny stan, gdy poznawanie nowych technologii to tylko kwestia czasu, a nie jakiegoś wyzwania. Mam już wystarczająco cierpliwości, żeby po prostu przeczytać całą dokumentację od początku do końca, jeśli jest mi to rzeczywiście potrzebne (mercurial pwnz), ale żeby np. zainteresować się architekturą tegoż mercuriala? Wgryźć się we wnętrzności i napisać patcha, czy dwa? No cóż, radocha z tego, że upstream mergnął moje wypociny zdecydowanie maleje z każdym wytworzonym patchem, tak, że w chwili obecnej najpierw się zastanawiam, czy mogę bez danej funkcji żyć, później, czy mogę sobie zrobić jakiegoś własnego hacka, a dopiero na końcu rozważam grzebanie w źródłach, po czym kończę rozważania i idę pooglądać następny odcinek House'a. Case in point: w trakcie czytania hgbooka poprawiłem parę literówek, ale przy błędach w treści ograniczyłem się do wysłania maila autorowi. Jego sugestię, bym poprawił i podesłał patcha olałem. Nie chciało mi się zastanawiać jak to poprawnie rozwiązać :(
Eh. Pewnie kwestia wyrobienia magicznych 10k godzin.
Dlatego zacząłem szukać rzeczy, których mógłbym się uczyć od początku.
Poszedłem studiować filozofię i w sumie się nie zawiodłem. Poza sporą ilością głupot [1], jednak regularnie dostaję niewielką dawkę ciekawych dla mnie informacji na temat genezy obecnej nauki i jak ona się wpisuje w szerszy kontekst. Swoją edukację filozoficzną zakończę najprawdopodobniej po pierwszym roku, więc i tak będę musiał sobie po prostu znaleźć książkę na ten temat i doczytać, ale nie powiem, żeby nie było warto. Ciekawe to, a kadra jest zaskakująco dobrze wykwalifikowana.
[1] Ktoś chce, żebym mu wytłumaczył implementację obiektowości w Pythonie w terminach Platońskich idei? Bo umiem. Nie wiem po co, ale umiem.
Ale to mało. W piątek byłem na organizowanym przez politologów wykładzie z rednaczem Gazety Opolskiej, Markiem Świerczem. Ciekawie facet gadał i przynajmniej już wiem dlaczego zawód dziennikarza nie jest dla normalnych ludzi.
Parę tygodni temu stwierdziłem, że ponabijam się trochę z humanistów i wraz z moją kobietą wybraliśmy się na pierwsze w tym roku akademickim spotkanie socjopatów internetu. Plan na ten rok jest taki, żeby wymyślić jakąś definicję "bliskości w tle" [2], po czym stwierdzić co w tejże bliskości jest sensownym zbadać, jak to zbadać (jeśli w ogóle się da), no a na końcu zbadać. Nie ma jak precyzyjne cele, ni? :) Nie pomaga fakt, że prowadzący jest mocno chaotyczny i trzeba go trochę popchnąć, żeby cokolwiek się ruszyło.
[2] Oryginalny termin: ambient intimacy. W skrócie: utrzymywanie kontaktów towarzyskich przez w znacznej mierze pasywne śledzenie blogów, naszych klas, statusów gg, etc.
Ale znowu, opłaciło się. Mi się wcześniej wydawało, że badanie w którym nie uczestniczy statystycznie sensowna grupa osób i z którego później nie wychodzą jakieś liczby (tzw. badanie ilościowe), to tylko strata czasu, bo tak naprawdę nic się z tego przydatnego nie dowiaduję (nie mogę uogólniać, wyciągać wniosków aplikowalnych do większej grupy ludzi). Właśnie czytam książkę "Prowadzenie badań jakościowych" (badania jakościowe to te z których nie wychodzą liczby) i jest tam bardzo prosta argumentacja, mniej więcej w ten deseń: nie zawsze się da przeprowadzić badanie ilościowe, więc bez badań jakościowych byśmy uniemożliwiali jakikolwiek typ poznania pewnych fragmentów rzeczywistości. No i w sumie... kilka obszernych wywiadów z paroma przedstawicielami jakiejś kultury da mi zawsze większe o niej pojęcie, niż kompletny brak danych (z badań statystycznych na pięciu kosmitach mi praktycznie z definicji wyjdą głupoty, więc już lepiej ograniczyć się do wywiadów i obserwacji zachowań).
Zainspirowany nowym odkryciem podharcerzyłem mojej kobiecie (studiuje polonistykę) "Teorie badań literackich" Zofii Mitosek i spora część wstępu okazała się poświęcona zagadnieniu: czy w badaniach literackich daje się cokolwiek ustalić i czy istnieje jakaś spójna metodologia. Wniosek nie był zerojedynkowy, ale dowiedziałem się przynajmniej tyle, że naukom humanistycznym i owszem udało się co nieco ustalić. Scenopis trudno pomylić z powieścią, co to jest narrator i podmiot liryczny pewnie większość osób wie, a terminy takie jak geneza, funkcja, czy struktura utworu są używane w większej ilości nauk humanistycznych. I nie powstała ta wiedza w ramach rozwoju fizyki, czy matematyki.
I żadnej z tych rzeczy nie dowiedziałbym się, gdyby nie studia na uniwerku.
...a w następnej kolejności rozważam kurs gotowania.
Studiuję sobie tę filozofię i jest całkiem fajnie. Mam średnio po dwa przedmioty dziennie i wolny piątek. Najważniejszy cel został osiągnięty: po raz pierwszy od ponad roku mam normalny tryb dobowy. Budzę się najpóźniej około dziesiątej, spać chodzę zazwyczaj koło północy i nie sypiam dzień w dzień po 9-10 godzin.
Studia w skrócie: ciekawsze i dużo lżejsze, niż się spodziewałem. Z tygodnia na tydzień muszę co najwyżej przeczytać kilkanaście stron tekstu, a i to niezbyt dokładnie, bo na ćwiczeniach gada głównie prowadzący. Przynajmniej jeden. Nie wiem jak drugi, bo jak nic ostatnio nie przeczytaliśmy, to nas po prostu puścił do domu. To "luźne" podejście do zajęć jest w ogóle wybitnie dziwne. Dzisiaj zamiast na jednych zajęciach byliśmy w knajpie, bo sala była zajęta. Nie wiem jak tu wygląda sesja, ale o ile nie jest jakoś wybitnie zaporowa, to nie za bardzo rozumiem jak takiego kierunku można nie skończyć.
Co do przydatności praktycznej tych studiów: właściwie żadna. Już abstrahując od tego, że ćwiczenia polegają tutaj na gadaniu (gdzie przez 99% czasu gada prowadzący), liczyłem trochę na logikę. No i się przeliczyłem. Na ćwiczeniach owszem, bawimy się w sprawdzanie poprawności twierdzeń na podstawie przesłanek, ale już wykład z semiotyki jest nieaplikowalny do niczego. Po nim pogadałem sobie trochę na ten temat z prowadzącą i wyprowadziła mnie ona z błędnego założenia, że logika to w sumie taka matematyka. Niestety niespecjalnie. W matematyce najpierw uczą dodawania, później mnożenia, później czegośtam, a gdzieś dalej można sobie robić całki, czy co tam i praktycznie cała ta wiedza jest mi potencjalnie przydatna. W logice taki progres nauczania niekoniecznie istnieje (od prostych użytecznych do trudnych użytecznych). O ile mi, jako informatykowi, mogą być przydatne pewne jej fragmenty, jak logika matematyczna (to jest chyba to, czego miałem jeden semestr na informatyce), czy jakieś analizy leksykalne (gdyby mi się zachciało pisać kompilator ;), czy ki wafel, to tego akurat na tych studiach miał prawie na pewno nie będę (powód: humaniści się gubią w formalizmach).
To co ja sobie z tych studiów wyciągam, to głównie informacje o ewolucji i fundamentach nauki zachodniej. Czytanie Platona na razie mnie bawi, mimo, że pisał w sposób zawiły straszne pierdoły, ale pewnie ewentualnie będę się przygotowywał do zajęć po łebkach i nie zrobi to różnicy. Natomiast bardzo miłym zaskoczeniem jest to, że kadra (vide szef instytutu) nie jest oderwana od rzeczywistości i praktycznie wszystkie omawiane tematy osadza w kontekście obecnej nauki. Są te kawałki informacji niestety nieliczne, więc przekazywane w tempie dosyć żółwim, niemniej jest naprawdę ciekawym uświadomić sobie jak trudne było wypracowanie tych wszystkich zasad i metodologii, które w obecnym technokratycznym społeczeństwie biorę za pewnik. Starożytni filozofowie, na barkach których to wszystko zostało zbudowane, kombinowali jak przysłowiowy koń pod górę (a ja się tych ich wymysłów muszę uczyć ;).
Serio, właściwie dopiero teraz zaczynam doceniać jak bardzo "głupi" jest ludzki umysł sam z siebie i jak bardzo poprawność jego działania zależy od poprawności informacji, jakie mu się podaje na wejściu. Najtęższe umysły starożytności wymyślały straszne pierdoły i ludzkości tysiące lat zajęło opracowanie sensownych zasad tego, jak dochodzić do nowej wiedzy. Nic z tego, co mówił taki Platon, ci się do niczego nie przyda, ale przez te wszystkie wieki różni dziwni ludzie, przy okazji rozważań nad m.in. Platonem, dochodzili do coraz sensowniejszych i trafniejszych pomysłów. Platon nie był wyrocznią, tylko katalizatorem. Nasza cywilizacja zaczęła się od bandy obiboków bredzących o niestworzonych rzeczach...
No i na koniec trochę amunicji dla tych, co mnie w komentarzach posądzają o znęcanie się nad moją kobietą: Magda, będąc na czwartym roku polonistyki, zrezygnowała z kursu pedagogicznego i zapisała się na inżynierskie studia na mojej politechnice. I na nie chodzi. I twierdzi, że doświadczenie jest ciekawe i fajnie jest poznawać te różne informatyczne kawałki wiedzy, o których nie miała wcześniej pojęcia, że istnieją (ostatnio jej wytłumaczyłem u2 przed zajęciami, po czym ona na zajęciach go tłumaczyła reszcie grupy). Niestety okazało się, że, przynajmniej na pierwszym semestrze, ilość matematyki i fizyki może być zbyt zaporowa. Zwłaszcza dla kogoś, kto (a) za przedmiotami ścisłymi nigdy nie przepadał i (b) miał je ostatnio sporo lat temu. Więc nie ma pewności, że nie odpadnie za parę miesięcy, zwłaszcza, że studiuje dwa kierunki. Ale to już nie jest temat na bloga.
W ogóle po pięciu miesiącach wspólnego mieszkania stwierdzam, że dzielenie z kimś życia jest zdecydowanie ciekawsze, niż przeżywanie go samemu. Wracając do domu nie tylko mam komu opowiedzieć o tym, co sam robiłem, ale mogę się też zainteresować wydarzeniami, przy których mnie w ogóle nie było. To tak jakbym każdego dnia żył trochę bardziej...
Że też kurwa mać pieprzona globalna recesja musiała się zacząć akurat teraz. Grrr. W sumie nigdy nie jest dobry moment i nie planuję w najbliższym czasie przymierać głodem, ale zdecydowanie preferowałbym rok temu, albo za trzy lata, a nie teraz.
Mam nadzieję, że tym debilom z USA uda się jakoś to w miarę ustabilizować i uniknąć kompletnego posypania się gospodarki, bo przed czymś takim pewnie reszta świata by się nie wybroniła. Zobaczymy. No i, szlag by ich trafił, niech w końcu wymyślą taki system w którym takie rzeczy nie są możliwe i banki są od bezpiecznego trzymania pieniędzy klientów, a nie idiotycznego przepieprzania ich na bezmózgie inwestycje.
A swoim wnukom będę odpowiadał (zakładając, że zachodnia cywilizacja się jakoś utrzyma przez następne kilkadziesiąt lat) jak to w połowie 2008 roku zeszliśmy się z ich babcią i że świat ciężko za to zapłacił... ;)
Jestem po rozmowie kwalifikacyjnej na filozofię na lokalnym uniwerku [1]. Dostałem się. Jeśli sprawy zawodowe wrócą do nieobciążającej normy, to przynajmniej będę miał zapewnioną rozrywkę na jakiś czas. A jak nie, to po prostu zrezygnuję -- nic nie tracę.
[1] Rozmowa tylko dla staromaturowców. Ot, dyskryminacja.
Niestety mam poważne wątpliwości, czy uda mi się przetrzymać pierwszy semestr. Rozmawiało ze mną trzech chybadoktorów: jeden archetypicznie oderwany od rzeczywistości (chudy, zarośnięty, używający dużej ilości dziwnych terminów), a dwóch nie. Problem, że z tymi oderwanymi też będę miał zajęcia i zaliczenia. Zakłady w instytucie to: Historia Filozofii, Filozofia Człowieka, Ontologia i Epistemologia, Etyka i Komunikacja Społeczna oraz Logika i Metodologia Nauki. Pierwsze trzy to najprawdopodobniej będą kompletne pierdoły, których prawie na pewno nie uda mi się przeżyć. Czwarty brzmi potencjalnie interesująco (jeśli nie bezpośrednio, to chociaż jako źródło nowych koncepcji), ostatni natomiast to jest właśnie to, po co tam idę. Logika fajna rzecz (na informatyce miałem jeden semestr, tu będą trzy), natomiast ja tak naprawdę chciałbym studiować Naukę. [2] Niestety taki kierunek studiów nie istnieje i jedyne jego przybliżenia mogę znaleźć właśnie na filozofii. [3] W jakim stopniu mi się to uda, dowiem się w ciągu najbliższych paru miesięcy.
[2] Zakres materiału: historia nauki, (obecna) metoda naukowa, główne problemy świata, przegląd istniejących obecnie dziedzin nauki wraz z ich fundamentalnymi aksjomatami, ograniczeniami, dziedzinami, obecnymi trendami, aplikowalnością, metodologią rozwoju (np. humany typu socjologia opierają się głównie na badaniach statystycznych; fizyka nie), etc, etc. Same fajne rzeczy. Pozwala np. rozumieć ograniczenia obecnej cywilizacji.
[3] I jest to bardzo bardzo niefortunne. Obecnie zastosowanie normalnej filozofii jest żadne. Jest ona jeszcze mniej przydatna, niż większość humanów (zawodowo taka polonistyka przygotowuje przynajmniej do nauczania polskiego; a filozofia?). Jedyne przydatne jej kawałki to te, które jeszcze mają coś wspólnego z nauką (logika, historia nauki, może te kwestie etyczno-moralne, hgw czy coś więcej). Imho powinno się te rzeczy przenieść na inne, mniej kojarzące się z mało zaradnymi ludźmi kierunki (Nauka!), a filozofię przechrzcić na "historię filozofii" i opłacać jej nauczanie na maksymalnie dwóch uczelniach w państwie.
A, jeśli ktoś ma mi zamiar tłumaczyć, jaka to filozofia jest przydatna do wielu różnych rzeczy (cytując promo mojej nowej uczelni: [absolwenci] cechują się dużą elastycznością na rynku pracy, hehehe), to niech najpierw uważnie przeczyta ten tekst. W skrócie: nie, nie jest. Ani trochę.
P.S.
Kobieta mnie natchnęła do trochę innego pomysłu -- po jakiego wafla mam iść na uniwerek, żeby ładować sobie kolejne rzeczy do głowy, skoro i tak robię to regularnie sam z własnej inicjatywy. Jeśli mi się nudzi, to przecież mogę poszukać kursów czegoś praktycznego. Murarz-tynkarz, florysta (to chyba ten od układania bukietów; nie mylić z florecistą), piekarz, hydraulik, cokolwiek. Przynajmniej będę później do czegoś przydatny.
Polska Partia Socjalistyczna (P.P.S.)
A żeby dzień był jeszcze ciekawszy, gdy jechałem na trening, jakiś pijak zwalił się przede mną na jezdnię, rozwalił sobie łeb i stracił przytomność. Musiałem przy nim czekać, aż przyjedzie pogotowie i go zabierze. Dobrze, że miał wystarczająco oleju w głowie, żeby się wykopyrtnąć zanim byłem na tyle blisko, żeby mu jeszcze poprawić samochodem.
Mój kmail raportuje ponad 7000 wysłanych wiadomości, gdzie najstarsza jest datowana na styczeń 2002 roku (wtedy to mi założyli stałkę i wtedy też przeszedłem na PLD). Ale to nic.
Właśnie udało mi się odkopać tarballa z moimi mailami jeszcze z czasów windowsowych. Archiwum The Bata! (pewnie jakaś prehistoryczna wersja :), a najstarszy mail datowany na czerwiec 1999.
9 lat temu miałem lat 14. Trochę to przerażające. Czytać własnych wypocin to ja raczej nie mam zamiaru (boję się), ale chociaż zobaczymy strukturę katalogów, co ja też mogłem robić jak miałem 14-16 lat... Argante (lcamtuf, moja ty pierwsza miłości), Ghisler (byłem betatesterem total/windows commandera i podsyłałem poprawki do tłumaczeń; dostałem licencję za friko; teraz jej używam na Viście Magdy :), niejaka Dominika (rówieśniczka, była przedstawicielką w jakimś międzynarodowym parlamencie dzieci, czy czymś), magiczny flet (Artur Skura, przeklęte niech będzie jego antyortograficzne nazwisko, ma już pewnie z 77 lat), pld (właśnie sobie przypomniałem mój usenetowy post z 17 września 1999 i mnie telepie; niedługo rocznica), tp-niet (bezużyteczny protest polskich internautów ca 2001), bugtraq/sec-prog/vuln-dev (lcamtufie, ja bym dla ciebie wszystko, muzo ty moja), crackpl/revpl (asm mi się bardzo przydał przy nauce C; softice uber alles; no i faq mnicha uber alles), 7team (whoa, przecież ja byłem w prawdziwym crackteamie! nic w nim nie robiłem, ale byłem). Zdecydowanie byłem internetowo hiperaktywnym dzieckiem. Ciekawym, czy miało to coś wspólnego z absolutnym brakiem życia towarzyskiego ;)
Na usenecie z tego okresu można mnie wygooglać, ale na szczęście nikt IRC-a nie indeksuje, a logi mają tendencję do znikania z dysku po jakimś czasie. Chooociaż. Hmmm. Na ep09 udało mi się znaleźć irclogi z 2002. Starsze nie miały prawa przeżyć, acz mogły istnieć, bo za czasów 0202122 (nadal pamiętam!) się wchodziło na jakieś #wiedzminy, czy gdzie tam jeszcze. Nawet mam autograf sapka z tego okresu :)
Aż się łezka w oku kręci. Pierwsze włosy na twarzy, pierwsze pryszcze, pierwsze nieudolne próby niegapienia się na cycki koleżanek. Ah, młodość.
Na umierającym amerykańskim rynku nieruchomości coraz więcej osób stwierdza, że ma w nosie swoje nowe domy, bo właśnie skończyły im się oszczędności, a bieżące dochody nie wystarczają na spłacanie kredytu. Więc niech se bank ten niespłacony dom zabiera.
Dla osoby pod finansową ścianą jest to zapewne wyzwalająca decyzja. Rzecz w tym, że inteligentnym rozwiązaniem jest przewidywanie takiego rozwoju wypadków i pozbywanie się zbytnio obciążających budżet "inwestycji" zanim uda im się wydrenować nasz portfel do czysta.
Niestety łatwiej powiedzieć, niż zrobić. W praktyce jest to bardzo obciążająca psychicznie decyzja, z prostego powodu: osoba która i tak już nic nie ma, tak naprawdę nic nie traci pozbywając się "inwestycji" na której już ją po prostu nie stać. Ktoś, kto rezerwy finansowe jeszcze ma, bardzo nie lubi myśleć o tym, że zaraz straci gigantyczne ilości pieniędzy, które w międzyczasie włożył w swoje cacko, a których już nie odzyska. Bardzo bardzo narzuca się myślenie "podokładam jeszcze z miesiąc, bo mnie stać, a później może jakoś będzie".
Pieprzony kapitalizm. Rzeczywiście to nie my mamy przedmioty, tylko one nas.
Moje główne źródło dochodów od jakiegoś czasu cienko przędzie i nie jest pewne, czy przeżyje najbliższe kilka miesięcy. Moja kobieta będzie tu studiować jeszcze przez dwa lata, a jeśli będę zmuszony szukać zatrudnienia na opolskim rynku IT, to finansowo będzie to bardzo nieprzyjemne. Moje auto natomiast jest ładne, srebrne, wygodne, dużo palące, mocno przeze mnie doinwestowane i wymagające jeszcze paru poważnych inwestycji. Inwestycji na które kilka miesięcy temu byłem spokojnie gotów, ale które w obecnej sytuacji i przy moich obecnych priorytetach w żadnym razie nie powinienem ryzykować.
I nie zaryzykuję. Samochód trzeba sprzedać i nie kupować nowego póki nie będę wiedział, że mam ustabilizowaną sytuację finansową. (A jak kupować, to profilaktycznie taki z niższej półki, bo z obecnymi priorytetami muszę zdecydowanie mniej ryzykować finansowo.)
A że mnie szlag trafia na myśl o tym, że walizka pieniędzy, których w międzyczasie w niego włożyłem, pójdzie do kosza? Eh. Życie.
Studia dzienne powodowały, że (a) regularnie potrzebowałem odreagować nudę codziennych zajęć i (b) miałem konkretne "nieprzekraczalne" terminy na które musiałem oddawać projekty i uczyć się do kół. Skutek praktyczny -- chciało mi się robić coś kreatywnego, żeby nie robić czegoś męczącego (zwłaszcza zamiast uczenia się na koła).
Ostatnie ponad pół roku spędziłem pod znakiem wielkiego nicnierobienia. Studiów nie ma. Nic nie muszę. Zatrudniony jestem na "pół etatu" (ale to się niedługo zmieni). Oddanie pracy inżynierskiej ma dosyć... płynne terminy. Dodatkowo od miesiąca mam praktycznie non-stop przy sobie kobietę, która dostarcza różne sposoby zabijania czasu.
Muszę coś z tym zrobić. W Opolu siedzę jeszcze dwa lata. Może pójść na jakiś kurs z zarządzania, czy czegoś? Już pal licho, czy się czegoś nauczę, bo na zbyt wiele nie liczę, ale ma to jednak różne dodatkowe zalety. Ustrukturyzowanie czasu, okazje do prokrastynacji, a jeśli jakimś cudem skończę, to będzie śmiesznie wyglądało w CV. Hm.
1. Znalazłem idealną kobietę, zakochałem się po uszy (z wzajemnością) i ostatnie dwa tygodnie poświęcaliśmy głównie sobie nawzajem. Spadek aktywności widać tak tu, jak i np. na moim blipie.
2. Nie wyjeżdżam z Opola przez najbliższe dwa lata, tzn. do czasu, gdy ona nie napisze mgr-ki.
3. Co oznacza, że muszę pozmieniać sporo rzeczy jeśli idzie o moje obecne życie oraz dotychczasowe plany na najbliższą przyszłość. To, do kupy z faktem, że nadal się sobą nie znudziliśmy, powoduje, że jeszcze przez parę tygodni będę praktycznie niedostępny. Później powinienem stopniowo wracać do względnej normalności (minus fakt, że to okres wakacyjny, więc się wyjeżdża czasami).
4. Nie obronię się w czerwcu, nie ma na to najmniejszych szans. Obecny plan to wrzesień. Niedługo powinienem się w końcu wziąć za inżynierkę (aka "nowy 7thguard").
5. Po trzech latach treningów wreszcie złapałem jakieś paskudztwo skórne. Paskudztwo się nazywa liszajec zakaźny i wybrało sobie akurat taki termin, w którym najwięcej czasu chcę spędzać przytulony do swojej kobiety. Grr.
6. Moja kobieta jest teoretycznie całkiem sprawna komputerowo, ale subiektywna powolność z jaką wykonuje nawet podstawowe zadania jest, przynajmniej dla mnie, zaskakująca. Plan na najbliższe kilka miesięcy, to zrobić z niej bardzo sprawnego użytkownika komputerów, wykorzystując do tego jak najmniej wiedzy teoretycznej. Na pewno będę się opierał na Media Computation i pracach Marka Guzdiala, przy czym nie mam jeszcze w głowie spójnego obrazu jak to powinno wyglądać. Tak wstępne planowanie, jak i późniejsze wyniki praktyczne, będą lądowały tutaj. Ale to za jakiś czas.
Gitary. Długi człowiek bardzo ładnie grający na produktach fletopodobnych. Jej melancholijny głos. Jest idealnie.
A chuja tam. Pieprzone dolby surround. Z prawej jakiś facet gada. Z lewej jakiś facet pali fajkę i gada. Z przodu jakiś facet gada. O, właśnie wszedł honej i też gada. Wszyscy gadają, a ja se chcę kurwa posłuchać śpiewu! Ale sobie nie posłuchałem. I pewnie już nie posłucham, bo to ostatnia noc.
Pingwinaria oficjalnie uznaję za popsute przez ludzi, którzy nie rozumieją moich delikatnych aluzji typu "zamknij się, albo ci zaraz urwę głowę". Chyba muszę być bardziej bezpośredni. Jakie są w Polsce wymagania na broń palną? Grrrr.
Update, trzy godziny później: im dalej w czas, tym mniej przeszkadzaczy, a i wino ułatwia filtrowanie zakłóceń (łatwiej się skoncentrować na jednej rzeczy). Nie było idealnie, ale wyszło całkiem nieźle.
Jest port, wielki jak świat, co się zwie Amsterdam...
Temat trochę z kosmosu, ale mi leżało na wątrobie.
Z obserwacji treningowych: kobieta uprawiająca sport prawie zawsze wygląda lepiej, niż taka sportu nie uprawiająca. I to mówię z obserwacji (a) jednego rodzynka, który chodzi do nas na bjj, (b) kobiet które obserwowałem trenujące judo, (c) kobiet które obserwuję trenujące capoeirę oraz (d) dziewczyn na treningach tańca (w tym trenerki).
Rozwijając myśl -- "idealne" ciało, np. w obecnie popularnym typie modelki (smukła, wysoka), acz niekoniecznie, ma niewielki odsetek kobiet i żeby je utrzymać, muszą, zależnie od metabolizmu, stosować mniej lub bardziej rygorystyczną dietę. Reszta, choćby się zagłodziła na śmierć, nie będzie tak wyglądać. Bo nie.
Wiem, że sporo kobiet nie chce mieć widocznych mięśni. Sam znam takie, które rzeczywiście "estetyczniej" pewnie wyglądają bez. Mówię natomiast do tych, które nie mają takich dylematów, bo nie mają genetycznych predyspozycji do wyglądania jak modelka: po pierwsze przytłaczająca większość kobiet ma za mało testosteronu, żeby wyglądać jak Pudzian. Po drugie, jeśli masz do wyboru np. wyglądać jak pączek, bądź też wyglądać jak sprężysty, trzymający się prosto i nie muszący aż tak bardzo pilnować diety mniej pączkowaty pączek, to zapewniam cię, że lepsza jest opcja druga. Mięśnie są zawsze atrakcyjniejsze niż tłuszcz zwłaszcza, że przy treningu ogólnorozwojowym z mięśniami od razu przychodzi bardziej wyprostowana postawa (co ładnie podkreśla biust) oraz płynniejsze i bardziej sprężyste poruszanie się (na co faceci reagują).
Tak, wiem, że zauważalne bicepsy u kobiety mogą się niektórym (facetom i kobietom) wydawać nieestetyczne. Jeśli chodzi o facetów -- jestem całkiem pewien, że podobne zapatrywania są znacznie mniej popularne wśród tych, którzy mają coś wspólnego ze sportem. Na treningach naprawdę naoglądałem się najprzeróżniejszych typów męskiej budowy, od młodych apollów, po gościa, który wygląda jak goryl (obwód klaty jak beczka, łapska jak moje nogi, niski, zarośnięty) i jedno wiem na pewno -- ci, którzy coś dłużej trenują zawsze wyglądają lepiej, niż ci, którzy nic nie trenują. Więc jeśli chcesz wyrwać tego dobrze wyglądającego gościa, a naturalnie nie wyglądasz jak lalka barbie, to zamiast tylko wyglądać zdrowo (atrakcyjność fizyczna ma manifestować dobre zdrowie), po prostu bądź zdrowa i sprawna. Powinno zadziałać.
Jestem w połowie "Zarządzanie czasem, strategie dla administratorów systemów" i fajnie się czyta. Kilka pomysłów zdecydowanie przydatnych (np. tankowanie samochodu regularnie co tydzień o tej samej porze), większość sugestii brzmi sensownie, a na dodatek kojarzą mi się z GTD, czyli pewnie sprawdzałyby się całkiem dobrze.
Docelowy odbiorca takich publikacji wygląda tak: biuro, szef, klienci, pięć dni w tygodniu po powiedzmy osiem godzin. Główny problem -- jak zwiększyć produktywność. Sposobów jest multum: unikanie przerywników, efektywne użycie różnej maści organizerów, rozbijanie zadań na części składowe w celu ich łatwiejszego ogarnięcia (i żeby mniej odstraszały), etc., etc., ale to wszystko nadal kierowane do naszego docelowego czytelnika.
A co, jeśli nie musisz robić niczego?
Jest trzecia w nocy. Nie jestem śpiący. Poszedłem spać przed szóstą, a wstałem o piętnastej. Fakt, że wyjątkowo, bo akurat siedziałem do późna ze znajomymi. Zazwyczaj kładę się trochę wcześniej, koło czwartej. Jedyny stały punkt mojego tygodniowego programu to treningi od poniedziałku do piątku koło 17:30, więc kiedy bym nie poszedł spać i tak się zawsze wysypiam. Sypiam po 9-10 godzin.
Problem z pracą w domu polega na braku mobilizacji i natłoku “rozpraszaczy” (obiad, fajny film w tv, kobieta, rodzice, telefony od znajomych, nawet pogoda za oknem). Serio, nawet projekt za 100 tys zł nie jest dość mobilizujący.
Nie, nie jest. "[Praca w domu] to wspaniałe wyjście dla osób zdyscyplinowanych, ambitnych i pracowitych. Jeśli brak Ci którejkolwiek z cech - znajdź sobie zwykłą pracę."
Czy gdybym pięć dni w tygodniu siedział po osiem godzin w biurze, razem ze współpracownikami oraz szefem, to pozwalałbym sobie na dłuższe okresy nicnierobienia? Wątpię. Niestety mojego szefa widuję raz na pół roku (teraz pewnie siedzi w Londynie albo Los Angeles), nasi klienci to bezosobowe międzynarodowe korporacje (ich jaźń zawarta jest w gigabajtach plików Excela i PowerPointa), najbliższy współpracownik mieszka miasto obok (we Wrocławiu), a za biuro robi mi własne mieszkanie (które jak zawsze muszę posprzątać).
W firmie jak zwykle problem, bo trzeba dogodzić klientom, mój deadline upłynął dwa tygodnie temu, a ja się poruszam do przodu krótkimi nieregularnymi wybuchami aktywności. Wiem że mogę być bardziej produktywny. Drażni mnie to.
Ale jest światełko w tunelu. (Przy czym to pewnie pociąg.)
Moja lokalna firemka z której miałem się już do tej pory wycofać ostatnio poinformowała mnie, że po świętach zmieniamy lokal. Nowy znajduje się niedaleko mojego mieszkania. Chyba się jednak z niej jeszcze nie wycofam.
Gdy za pierwszym razem czytałem ten wpis nbw (z którego pochodzą powyższe cytaty) chwilę rozważałem pomysł wynajęcia jakiegoś biura w celu zwiększenia swojej produktywności, ale ostatecznie go odrzuciłem. Po pierwsze, szkoda mi było pieniędzy, a po drugie -- w ogóle nie oglądam telewizji, w domu poza książkami jedyną moją rozrywką jest komputer, więc czy w domu, czy w biurze, jak długo mam internet, wcale nie muszę pracować.
Ale jak tylko będę miał okazję wykorzystać nowy lokal, to to zrobię. Wątpię, żeby inni pracownicy się po nim kręcący działali na mnie motywująco, bo (a) to ja jestem ich przełożonym, a nie na odwrót i (b) oni i tak nie będą mieli pojęcia co ja robię, ale może jakimś cudem uda mi się wyrobić w sobie nawyk otwierania biura powiedzmy o dziesiątej i siedzenia w nim z kilka godzin. Nawet jeśli nie będę wtedy bardziej produktywny, niż zwykle, to chociaż sobie ustabilizuję godziny snu.
Tia, nadzieja matką głupich.
Eh, jeszcze tylko kilka miesięcy. Napisać inżynierkę, wynieść się do wawy, dostać normalną robotę i zostawić tę szarpaninę za sobą. Pewnie będę płakał, że zrezygnowałem ze swojej obecnej wolności (ostatnio zdecydowanie za dużo czasu spędzam ze znajomymi; ale lubię to), ale... Trzeba iść do przodu.
Zaliczyłem semestr. Mój ostatni na Niewidzialnym Uniwersytecie. Już tylko (niezaczęta) inżynierka dzieli mnie od jego skończenia. Przez najbliższe parę miesięcy będę miał nadmiary wolnego czasu.
Chętnie nauczyłbym się grać na czymś. Albo rysować. O ile mi wiadomo, praktycznie każdy człowiek jest w stanie osiągnąć przynajmniej zadowalający poziom kompetencji w tych rzeczach. "Talenty" talentami, ale magia to to nie jest.
Problem: czy naprawdę powinienem poświęcać swój czas wolny na kolejne hobby polegające na siedzeniu w czterech ścianach i przebieraniu palcami? No właśnie.
Ostatni wpis Riddle'a, a zwłaszcza komentarz nbw do niego.
Podstawowy problem z byciem dorosłym -- tylko ty odpowiadasz za to, jak będzie wyglądało twoje życie. Obierz sobie cel i dąż do niego. Kompromisy? Sentymenty? Kuszące, ale przeszkadza świadomość, że za jakiś czas za nie zapłacimy.
Ja zacząłem pisać w ramach eksperymentu. Spodobało się, ludzie mnie czytali, więc pisałem dalej. Z wiekiem zmieniała mi się perspektywa. Zacząłem coraz bardziej cenić swój czas, a przez to i czas swoich czytelników. Nie rozpisywać się za bardzo. Nie pisać o pierdołach. Skupiać się na tematach ciekawych, ważnych.
Żadne nie są ważne. Przywilejem młodego wieku jest brak świadomości szerszego kontekstu. Można pisać co tylko ślina na język przyniesie -- nie ma się świadomości, że to wszystko odgrzewane kotlety, wszyscy już to wszystko wiedzą. Ale ambicja rośnie. Człowiek chciałby pisać o czymś, na czym inni się nie znają. Coś wnieść w sumę wiedzy.
Ale jak? Do tego trzeba wiedzy, lat doświadczenia, dużej ilości pracy, by to doświadczenie zdobyć. Na dodatek trzeba pisać po angielsku i nie w formie blogowej. Sam nie czytuję polskich blogów (czy serwisów niusowych) w poszukiwaniu nowej wiedzy, bo jej tam po prostu nie ma. Nie mam więc złudzeń odnośnie własnej pisaniny.
Więc co zostaje? Pisanie co tylko przyjdzie do głowy. Jupi, miliardowy blog o życiu jego autora...
Czas leci, wszystko idzie do przodu. Tak patrzę na listę czytanych przeze mnie joggerowych blogów sprzed paru lat i na palcach jednej ręki mogę policzyć te, które jeszcze istnieją. Ostatni gasi światło?
Po kolei:
1. Skończyć semestr na uczelni. Właśnie piszę jeden z dwóch projektów (przy okazji nauczyłem się latexa! :), do tego muszę jeszcze zaliczyć "Prawo autorskie i komputerowe", czy coś w ten deseń i wsio.
2. Moje obowiązki w firmie, której jestem poniekąd współwłaścicielem, zdać komuś innemu. Projekt, który właśnie piszę na uczelnię, to dosyć dokładna dokumentacja tego, jak wygląda konfiguracja serwera firmowego, co z nią jest nie tak i jak to później poprawiać. Przyda się nie tylko na uczelnię.
3. Napisać pracę inżynierską i obronić ją. Tematem jest nowa wersja 7thguarda (kompleksowo zrobiona), więc jak się za to w końcu zabiorę, to powinienem wrzucić kilka wpisów nie compemo, tylko coś w miarę ciekawego. Zrobienie całości jak trzeba zajmie mi pewnie z kilka miesięcy, bo plan jest taki, żeby za jakiś miesiąc z hakiem mieć na głowie tylko inżynierkę i jedną (zamiast dwóch) pracę (na pół etatu), zrobić sobie z dwa-trzy tygodnie kompletnego nicnierobienia i czytania książek i dopiero wtedy wziąć się do roboty.
4. Podomykać wszelkie sprawy w Opolu: zdać bycie "szefem" i adminem radia studenckiego, powiedzieć partnerce, żeby sobie znalazła kogoś innego (o tańcu mówię oczywiście), wymyślić co zrobić z mieszkaniem i pewnie coś jeszcze.
5a. Przenieść się do Warszawy, na 99% wynająć jakieś przyjemne mieszkanie na Kabatach.
5b. Znaleźć sobie wreszcie jakąś ciekawą pracę i zwolnić się z obecnej lub zostać jeszcze przez parę miesięcy w obecnej, gdyż w teorii jest mało absorbująca i po prostu spróbować się trochę pocieszyć życiem. Książki poczytać, Warszawę pozwiedzać, po lesie połazić, znajomych ponachodzić.
Przy czym ta druga opcja jest raczej bardzo mało prawdopodobna, bo po ponad dwóch latach pracy w mojej obecnej firmie, mam jej tak serdecznie dość i jestem nią tak wynudzony (i w ogóle moim dotychczasowym życiem), że mi się zaczynają zwarcia w mózgu robić. O takie:

P.S.
Więcej fotek jak powyższa można znaleźć na pudelku jamniczku. Niech żyje Pani jeszcze-tylko-przez-kilka-miesięcy Prezes!
Bezładnie:
Przez święta przeczytałem Ksenocyd. Ma momenty, ale ssie w porównaniu z Mówcą Umarłych. I w ogóle starałem się nie włączać komputera. I tak przecież nie będę pracował. Muszę tak robić częściej.
Warto przytyć przez święta? Warto. Mieszkam sam, niczym ciekawym się nie żywię, więc święta są dla mnie znacznym wydarzeniem kulinarnym. Nie ma się co ograniczać.
Jechałem metrem! Dwa razy! Kto chce mnie dotknąć?
Koty są fajne, bo są mięciutkie. I głupie, bo niekoniecznie mają ochotę na czułości. Psy są jakoś bardziej głaskalne. Z drugiej strony -- mizianie futrzaka pewnie większą daje radochę, jeśli nie jest na każde zawołanie.
Jak można nie wiedzieć, że własna siostra woli słodkie alkohole. Cóż za karygodny brak więzów rodzinnych. Powinieneś się wstydzić. A i ja się nie miałem czego napić :(
Pierwsze wspomnienie noworoczne? Wspólne z carsteinem i mrmanem zmywanie psiego gówna z butów (jak się patrzy na fajerwerki, to się nie patrzy pod nogi). Male bonding w krzywym zwierciadle, psia mać.
"Gotowanie" robi się znacznie bardziej znośne (wręcz -- ciekawsze), jeśli jest to czynność grupowa. Nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek będę się na ochotnika zgłaszał do krojenia czegokolwiek.
Maszynki do pieczenia chleba pieką chleb i głośno pipczą. Chleb jest dobry, pipczenie budzi.
Kiedy czujesz się swobodnie w towarzystwie? Gdy mimo krótkiej znajomości potraficie ignorować swoją obecność bez skrępowania. Cecha charakterystyczna ludzi, którzy żyją głównie w swojej głowie. Trudno pomylić z czymkolwiek innym. Kobiety powinny mieć tego typu ficzery opisane na jakiejś metce, czy coś... życie byłoby znacznie łatwiejsze.
Opóźnienia na PKP ssą, a druga klasa Intercity jest całkiem fajna.
A szare codzienne życie jest szare. Dżizas, jak mi się nie chciało wracać. Honej, ale ja serio mówię, weźcie mnie adoptujcie :( Mogę się dokładać do czynszu, pomagać w gotowaniu, głaskać koty i zabawiać rozmową. Kto przygarnie lekko zużytego mmazura?
Postanowienia noworoczne: skończyć studia i coś w końcu ze sobą zrobić. Gdzie coś pewnie będzie oznaczało przenosiny do Warszawy, gdzie jest znacznie więcej ciekawych rzeczy do roboty.