Amsterdam

20 IV 2008, 01:05:37

Gitary. Długi człowiek bardzo ładnie grający na produktach fletopodobnych. Jej melancholijny głos. Jest idealnie.

A chuja tam. Pieprzone dolby surround. Z prawej jakiś facet gada. Z lewej jakiś facet pali fajkę i gada. Z przodu jakiś facet gada. O, właśnie wszedł honej i też gada. Wszyscy gadają, a ja se chcę kurwa posłuchać śpiewu! Ale sobie nie posłuchałem. I pewnie już nie posłucham, bo to ostatnia noc.

Pingwinaria oficjalnie uznaję za popsute przez ludzi, którzy nie rozumieją moich delikatnych aluzji typu "zamknij się, albo ci zaraz urwę głowę". Chyba muszę być bardziej bezpośredni. Jakie są w Polsce wymagania na broń palną? Grrrr.

Update, trzy godziny później: im dalej w czas, tym mniej przeszkadzaczy, a i wino ułatwia filtrowanie zakłóceń (łatwiej się skoncentrować na jednej rzeczy). Nie było idealnie, ale wyszło całkiem nieźle.

Jest port, wielki jak świat, co się zwie Amsterdam...

Dlaczego wolę wysportowane dziewczyny

11 IV 2008, 23:04:47

Temat trochę z kosmosu, ale mi leżało na wątrobie.

Z obserwacji treningowych: kobieta uprawiająca sport prawie zawsze wygląda lepiej, niż taka sportu nie uprawiająca. I to mówię z obserwacji (a) jednego rodzynka, który chodzi do nas na bjj, (b) kobiet które obserwowałem trenujące judo, (c) kobiet które obserwuję trenujące capoeirę oraz (d) dziewczyn na treningach tańca (w tym trenerki).

Rozwijając myśl -- "idealne" ciało, np. w obecnie popularnym typie modelki (smukła, wysoka), acz niekoniecznie, ma niewielki odsetek kobiet i żeby je utrzymać, muszą, zależnie od metabolizmu, stosować mniej lub bardziej rygorystyczną dietę. Reszta, choćby się zagłodziła na śmierć, nie będzie tak wyglądać. Bo nie.

Wiem, że sporo kobiet nie chce mieć widocznych mięśni. Sam znam takie, które rzeczywiście "estetyczniej" pewnie wyglądają bez. Mówię natomiast do tych, które nie mają takich dylematów, bo nie mają genetycznych predyspozycji do wyglądania jak modelka: po pierwsze przytłaczająca większość kobiet ma za mało testosteronu, żeby wyglądać jak Pudzian. Po drugie, jeśli masz do wyboru np. wyglądać jak pączek, bądź też wyglądać jak sprężysty, trzymający się prosto i nie muszący aż tak bardzo pilnować diety mniej pączkowaty pączek, to zapewniam cię, że lepsza jest opcja druga. Mięśnie są zawsze atrakcyjniejsze niż tłuszcz zwłaszcza, że przy treningu ogólnorozwojowym z mięśniami od razu przychodzi bardziej wyprostowana postawa (co ładnie podkreśla biust) oraz płynniejsze i bardziej sprężyste poruszanie się (na co faceci reagują).

Tak, wiem, że zauważalne bicepsy u kobiety mogą się niektórym (facetom i kobietom) wydawać nieestetyczne. Jeśli chodzi o facetów -- jestem całkiem pewien, że podobne zapatrywania są znacznie mniej popularne wśród tych, którzy mają coś wspólnego ze sportem. Na treningach naprawdę naoglądałem się najprzeróżniejszych typów męskiej budowy, od młodych apollów, po gościa, który wygląda jak goryl (obwód klaty jak beczka, łapska jak moje nogi, niski, zarośnięty) i jedno wiem na pewno -- ci, którzy coś dłużej trenują zawsze wyglądają lepiej, niż ci, którzy nic nie trenują. Więc jeśli chcesz wyrwać tego dobrze wyglądającego gościa, a naturalnie nie wyglądasz jak lalka barbie, to zamiast tylko wyglądać zdrowo (atrakcyjność fizyczna ma manifestować dobre zdrowie), po prostu bądź zdrowa i sprawna. Powinno zadziałać.

Szarpania się z pracą w domu ciąg dalszy

16 III 2008, 03:46:44

Jestem w połowie "Zarządzanie czasem, strategie dla administratorów systemów" i fajnie się czyta. Kilka pomysłów zdecydowanie przydatnych (np. tankowanie samochodu regularnie co tydzień o tej samej porze), większość sugestii brzmi sensownie, a na dodatek kojarzą mi się z GTD, czyli pewnie sprawdzałyby się całkiem dobrze.

Docelowy odbiorca takich publikacji wygląda tak: biuro, szef, klienci, pięć dni w tygodniu po powiedzmy osiem godzin. Główny problem -- jak zwiększyć produktywność. Sposobów jest multum: unikanie przerywników, efektywne użycie różnej maści organizerów, rozbijanie zadań na części składowe w celu ich łatwiejszego ogarnięcia (i żeby mniej odstraszały), etc., etc., ale to wszystko nadal kierowane do naszego docelowego czytelnika.

A co, jeśli nie musisz robić niczego?

Jest trzecia w nocy. Nie jestem śpiący. Poszedłem spać przed szóstą, a wstałem o piętnastej. Fakt, że wyjątkowo, bo akurat siedziałem do późna ze znajomymi. Zazwyczaj kładę się trochę wcześniej, koło czwartej. Jedyny stały punkt mojego tygodniowego programu to treningi od poniedziałku do piątku koło 17:30, więc kiedy bym nie poszedł spać i tak się zawsze wysypiam. Sypiam po 9-10 godzin.

Problem z pracą w domu polega na braku mobilizacji i natłoku “rozpraszaczy” (obiad, fajny film w tv, kobieta, rodzice, telefony od znajomych, nawet pogoda za oknem). Serio, nawet projekt za 100 tys zł nie jest dość mobilizujący.

Nie, nie jest. "[Praca w domu] to wspaniałe wyjście dla osób zdyscyplinowanych, ambitnych i pracowitych. Jeśli brak Ci którejkolwiek z cech - znajdź sobie zwykłą pracę."

Czy gdybym pięć dni w tygodniu siedział po osiem godzin w biurze, razem ze współpracownikami oraz szefem, to pozwalałbym sobie na dłuższe okresy nicnierobienia? Wątpię. Niestety mojego szefa widuję raz na pół roku (teraz pewnie siedzi w Londynie albo Los Angeles), nasi klienci to bezosobowe międzynarodowe korporacje (ich jaźń zawarta jest w gigabajtach plików Excela i PowerPointa), najbliższy współpracownik mieszka miasto obok (we Wrocławiu), a za biuro robi mi własne mieszkanie (które jak zawsze muszę posprzątać).

W firmie jak zwykle problem, bo trzeba dogodzić klientom, mój deadline upłynął dwa tygodnie temu, a ja się poruszam do przodu krótkimi nieregularnymi wybuchami aktywności. Wiem że mogę być bardziej produktywny. Drażni mnie to.

Ale jest światełko w tunelu. (Przy czym to pewnie pociąg.)

Moja lokalna firemka z której miałem się już do tej pory wycofać ostatnio poinformowała mnie, że po świętach zmieniamy lokal. Nowy znajduje się niedaleko mojego mieszkania. Chyba się jednak z niej jeszcze nie wycofam.

Gdy za pierwszym razem czytałem ten wpis nbw (z którego pochodzą powyższe cytaty) chwilę rozważałem pomysł wynajęcia jakiegoś biura w celu zwiększenia swojej produktywności, ale ostatecznie go odrzuciłem. Po pierwsze, szkoda mi było pieniędzy, a po drugie -- w ogóle nie oglądam telewizji, w domu poza książkami jedyną moją rozrywką jest komputer, więc czy w domu, czy w biurze, jak długo mam internet, wcale nie muszę pracować.

Ale jak tylko będę miał okazję wykorzystać nowy lokal, to to zrobię. Wątpię, żeby inni pracownicy się po nim kręcący działali na mnie motywująco, bo (a) to ja jestem ich przełożonym, a nie na odwrót i (b) oni i tak nie będą mieli pojęcia co ja robię, ale może jakimś cudem uda mi się wyrobić w sobie nawyk otwierania biura powiedzmy o dziesiątej i siedzenia w nim z kilka godzin. Nawet jeśli nie będę wtedy bardziej produktywny, niż zwykle, to chociaż sobie ustabilizuję godziny snu.

Tia, nadzieja matką głupich.

Eh, jeszcze tylko kilka miesięcy. Napisać inżynierkę, wynieść się do wawy, dostać normalną robotę i zostawić tę szarpaninę za sobą. Pewnie będę płakał, że zrezygnowałem ze swojej obecnej wolności (ostatnio zdecydowanie za dużo czasu spędzam ze znajomymi; ale lubię to), ale... Trzeba iść do przodu.

Życie update: coraz bliżej wolności

28 I 2008, 01:24:51

Zaliczyłem semestr. Mój ostatni na Niewidzialnym Uniwersytecie. Już tylko (niezaczęta) inżynierka dzieli mnie od jego skończenia. Przez najbliższe parę miesięcy będę miał nadmiary wolnego czasu.

Chętnie nauczyłbym się grać na czymś. Albo rysować. O ile mi wiadomo, praktycznie każdy człowiek jest w stanie osiągnąć przynajmniej zadowalający poziom kompetencji w tych rzeczach. "Talenty" talentami, ale magia to to nie jest.

Problem: czy naprawdę powinienem poświęcać swój czas wolny na kolejne hobby polegające na siedzeniu w czterech ścianach i przebieraniu palcami? No właśnie.

Coś się kończy, coś się zaczyna

21 I 2008, 16:43:39

Ostatni wpis Riddle'a, a zwłaszcza komentarz nbw do niego.

Podstawowy problem z byciem dorosłym -- tylko ty odpowiadasz za to, jak będzie wyglądało twoje życie. Obierz sobie cel i dąż do niego. Kompromisy? Sentymenty? Kuszące, ale przeszkadza świadomość, że za jakiś czas za nie zapłacimy.

Ja zacząłem pisać w ramach eksperymentu. Spodobało się, ludzie mnie czytali, więc pisałem dalej. Z wiekiem zmieniała mi się perspektywa. Zacząłem coraz bardziej cenić swój czas, a przez to i czas swoich czytelników. Nie rozpisywać się za bardzo. Nie pisać o pierdołach. Skupiać się na tematach ciekawych, ważnych.

Żadne nie są ważne. Przywilejem młodego wieku jest brak świadomości szerszego kontekstu. Można pisać co tylko ślina na język przyniesie -- nie ma się świadomości, że to wszystko odgrzewane kotlety, wszyscy już to wszystko wiedzą. Ale ambicja rośnie. Człowiek chciałby pisać o czymś, na czym inni się nie znają. Coś wnieść w sumę wiedzy.

Ale jak? Do tego trzeba wiedzy, lat doświadczenia, dużej ilości pracy, by to doświadczenie zdobyć. Na dodatek trzeba pisać po angielsku i nie w formie blogowej. Sam nie czytuję polskich blogów (czy serwisów niusowych) w poszukiwaniu nowej wiedzy, bo jej tam po prostu nie ma. Nie mam więc złudzeń odnośnie własnej pisaniny.

Więc co zostaje? Pisanie co tylko przyjdzie do głowy. Jupi, miliardowy blog o życiu jego autora...

Czas leci, wszystko idzie do przodu. Tak patrzę na listę czytanych przeze mnie joggerowych blogów sprzed paru lat i na palcach jednej ręki mogę policzyć te, które jeszcze istnieją. Ostatni gasi światło?

Plan na najbliższe kilka miesięcy

16 I 2008, 00:24:50

Po kolei:

1. Skończyć semestr na uczelni. Właśnie piszę jeden z dwóch projektów (przy okazji nauczyłem się latexa! :), do tego muszę jeszcze zaliczyć "Prawo autorskie i komputerowe", czy coś w ten deseń i wsio.

2. Moje obowiązki w firmie, której jestem poniekąd współwłaścicielem, zdać komuś innemu. Projekt, który właśnie piszę na uczelnię, to dosyć dokładna dokumentacja tego, jak wygląda konfiguracja serwera firmowego, co z nią jest nie tak i jak to później poprawiać. Przyda się nie tylko na uczelnię.

3. Napisać pracę inżynierską i obronić ją. Tematem jest nowa wersja 7thguarda (kompleksowo zrobiona), więc jak się za to w końcu zabiorę, to powinienem wrzucić kilka wpisów nie compemo, tylko coś w miarę ciekawego. Zrobienie całości jak trzeba zajmie mi pewnie z kilka miesięcy, bo plan jest taki, żeby za jakiś miesiąc z hakiem mieć na głowie tylko inżynierkę i jedną (zamiast dwóch) pracę (na pół etatu), zrobić sobie z dwa-trzy tygodnie kompletnego nicnierobienia i czytania książek i dopiero wtedy wziąć się do roboty.

4. Podomykać wszelkie sprawy w Opolu: zdać bycie "szefem" i adminem radia studenckiego, powiedzieć partnerce, żeby sobie znalazła kogoś innego (o tańcu mówię oczywiście), wymyślić co zrobić z mieszkaniem i pewnie coś jeszcze.

5a. Przenieść się do Warszawy, na 99% wynająć jakieś przyjemne mieszkanie na Kabatach.

5b. Znaleźć sobie wreszcie jakąś ciekawą pracę i zwolnić się z obecnej lub zostać jeszcze przez parę miesięcy w obecnej, gdyż w teorii jest mało absorbująca i po prostu spróbować się trochę pocieszyć życiem. Książki poczytać, Warszawę pozwiedzać, po lesie połazić, znajomych ponachodzić.

Przy czym ta druga opcja jest raczej bardzo mało prawdopodobna, bo po ponad dwóch latach pracy w mojej obecnej firmie, mam jej tak serdecznie dość i jestem nią tak wynudzony (i w ogóle moim dotychczasowym życiem), że mi się zaczynają zwarcia w mózgu robić. O takie:

P.S.

Więcej fotek jak powyższa można znaleźć na pudelku jamniczku. Niech żyje Pani jeszcze-tylko-przez-kilka-miesięcy Prezes!

Noworocznie 2008

06 I 2008, 01:54:55

Bezładnie:

Przez święta przeczytałem Ksenocyd. Ma momenty, ale ssie w porównaniu z Mówcą Umarłych. I w ogóle starałem się nie włączać komputera. I tak przecież nie będę pracował. Muszę tak robić częściej.

Warto przytyć przez święta? Warto. Mieszkam sam, niczym ciekawym się nie żywię, więc święta są dla mnie znacznym wydarzeniem kulinarnym. Nie ma się co ograniczać.

Jechałem metrem! Dwa razy! Kto chce mnie dotknąć?

Koty są fajne, bo są mięciutkie. I głupie, bo niekoniecznie mają ochotę na czułości. Psy są jakoś bardziej głaskalne. Z drugiej strony -- mizianie futrzaka pewnie większą daje radochę, jeśli nie jest na każde zawołanie.

Jak można nie wiedzieć, że własna siostra woli słodkie alkohole. Cóż za karygodny brak więzów rodzinnych. Powinieneś się wstydzić. A i ja się nie miałem czego napić :(

Pierwsze wspomnienie noworoczne? Wspólne z carsteinem i mrmanem zmywanie psiego gówna z butów (jak się patrzy na fajerwerki, to się nie patrzy pod nogi). Male bonding w krzywym zwierciadle, psia mać.

"Gotowanie" robi się znacznie bardziej znośne (wręcz -- ciekawsze), jeśli jest to czynność grupowa. Nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek będę się na ochotnika zgłaszał do krojenia czegokolwiek.

Maszynki do pieczenia chleba pieką chleb i głośno pipczą. Chleb jest dobry, pipczenie budzi.

Kiedy czujesz się swobodnie w towarzystwie? Gdy mimo krótkiej znajomości potraficie ignorować swoją obecność bez skrępowania. Cecha charakterystyczna ludzi, którzy żyją głównie w swojej głowie. Trudno pomylić z czymkolwiek innym. Kobiety powinny mieć tego typu ficzery opisane na jakiejś metce, czy coś... życie byłoby znacznie łatwiejsze.

Opóźnienia na PKP ssą, a druga klasa Intercity jest całkiem fajna.

A szare codzienne życie jest szare. Dżizas, jak mi się nie chciało wracać. Honej, ale ja serio mówię, weźcie mnie adoptujcie :( Mogę się dokładać do czynszu, pomagać w gotowaniu, głaskać koty i zabawiać rozmową. Kto przygarnie lekko zużytego mmazura?

Postanowienia noworoczne: skończyć studia i coś w końcu ze sobą zrobić. Gdzie coś pewnie będzie oznaczało przenosiny do Warszawy, gdzie jest znacznie więcej ciekawych rzeczy do roboty.

Zostanę zawodowym ekspertem!

05 I 2008, 03:23:12

Parę dni temu dostałem mailem propozycję wystąpienia na jakiejś większej konferencji. Fajny bajer -- można sobie pooglądać nowe miasto, spędzić miło czas, przespać się wygodnie w wynajętym hotelu, wieczorami pogadać z ciekawymi ludźmi, a w trakcie samej prelekcji zrobić z siebie idiotę przed zgromadzoną publicznością.

Odpisałem, że nie mam żadnego tematu o którym mógłbym mówić.

Podobnie z pingwinariami. Honej mnie kopał, żebym zgłosił jakąś propozycję, ale nawet mimo faktu, że pingwinaria są bardziej imprezą towarzyską, jak merytoryczną, tej akurat publiczności nie byłbym w stanie powiedzieć niczego ciekawego.

Kwestia dostosowywania tematu do publiczności. Jeśli gadam do swoich lokalnych współstudentów, to staram się gadać o rzeczach podstawowych (a tych trochę znam), bo tego im właśnie potrzeba. Jeśli gadam do pldziarzy, to mogę pogadać o PLD, bo ich to pewnie choćby trochę zainteresuje (ale tylko ich). Jeśli gadam do "obcych", to dobrze by było, gdybym gadał o czymś, na czym się znam i co ich może zainteresować. Jakieś trzy-cztery lata temu wystąpiłem na konferencji o bezpieczeństwie komputerowym i nie mam zamiaru znowu z siebie robić publicznie idioty w ten sposób. (Gwoli wyjaśnienia: taki ze mnie spec od bezpieczeństwa, jak z koziej dupy klarnet; oczywiście podstawy znam...)

Prawda jest taka, że ja się na niczym nie znam poza poziom powiedzmy średniozaawansowany, a co za tym idzie tym co wiem nie jestem w stanie zainteresować nikogo poza "początkującymi". Nie jest to jakoś przeraźliwie dziwne, mam 22 lata, więc trudno, żebym miał rozległą wiedzę i doświadczenie w jakimkolwiek temacie... acz miło by było :) Może kiedyś.

Od dawna zastanawiałem się, czy nie udałoby mi się jakoś przekwalifikować zawodowo, bo perspektywa spędzenia reszty życia na przerzucaniu bajtów przestała mnie podniecać dłuższy czas temu, ale realistycznie patrząc -- nie, nie ma najmniejszych szans, żeby IT nie było integralną (i sporą) częścią tego, czym się będę w przyszłości zajmował, jeśli zależy mi na zarabianiu jakiś sensownych pieniędzy (a zależy; treningi tanie nie są, wino choya też nie, a benzyna nie rośnie na drzewach).

No cóż. Shit happens. Wniosek -- muszę po prostu na nowo znaleźć coś, co by mnie w tych pieprzonych komputerach zainteresowało i wykombinować jak to robić zawodowo. Ta pierwsza część mi się udała, jak byłem nastolatkiem, więc trzeba to po prostu jakoś powtórzyć. Przekichane, jak zawsze, będzie z tą drugą.

Pieprzony pragmatyzm

06 XII 2007, 01:42:57

Z wiekiem coraz lepiej zdaję sobie sprawę z własnych ograniczeń. Tak, mózg ludzki jest bardzo plastyczny, jeśli bardzo chcę, mogę zmienić dużo rzeczy, jednak genetyka obowiązuje. Wiem więcej, potrafię więcej, ale coraz mniej chce mi się dążyć do jakiegoś ideału, a coraz bardziej zadowalam się półśrodkami pozwalającymi osiągnąć zamierzony cel oraz grupą ludzi, przy których mogę być sobą i którym to nie przeszkadza.

Ma to wady. W coraz mniejszym stopniu jestem w stanie oszukiwać samego siebie. Kiedyś mogłem powiedzieć "postanowiłem, zrobię!". Teraz powiem "bardzo chętnie bym spróbował, ale realistycznie -- nic z tego nie wyjdzie". I coraz częściej jest to przykre. Bo ja bym naprawdę bardzo chętnie spróbował, ale wiem, że i tak nic z tego nie wyjdzie, więc po co mam tracić twój i mój czas.

Ale rzeczywiście przykre to się dopiero zrobi. Moje perypetie ze studiami spowodowały, że skończę je za jakieś cztery miesiące, zamiast za półtora roku. I przydałoby się rozejrzeć za sensowną robotą. Której w Opolu nie znajdę, ponieważ jest to informatyczna dziura.

Po mojej prelekcji sprzed kilku tygodni pogadałem sobie z jakimś człowiekiem, który, ewidentnie posiadając szersze zainteresowania, jednak "z różnych powodów" został w niewielkiej mieścinie. Czy jest to jakaś opcja? Jest. Adminować na Niewidzialnym Uniwersytecie za orzeszki. Może doktorat robić z jakiś głupot. Praca u jakiegoś lokalnego ISP-a za trochę większe orzeszki. Może koder PHP, albo przełożony takowych? No i dorabiać sobie co jakiś czas różnymi pojedynczymi zleceniami.

Już na początku liceum byłem świadom faktu, że nie potrafię pracować systematycznie, a już zupełnie nie potrafię się zmusić do pracy nad rzeczami, które mnie nie interesują. Siedem lat później dodatkowo wiem, że są to stałe cechy mojego charakteru. I nie oprę na ich zmianie kariery zawodowej, bo za parę lat, stojąc na jej gruzach, mógłbym winić tylko siebie.

Z drugiej strony mam w miarę dobrze płatną, mało ciekawą, ale przy tym bardzo mało czasochłonną robotę, więc może dałoby się jakoś wyżyć? Ano dało. Póki robota by nie wyschła, co jest nieuniknione, a ja nie zostałbym na lodzie. Znam kogoś, obecnie dwa razy starszego, kto dawno temu zadowolił się status quo. Do tej pory tego żałuje.

A zbliża się bańka, z której, jeśli dobrze się zakręcić, da się uszczknąć jakieś grubsze pieniądze. Jeśli po trzydziestce nie będę już na emeryturze, to uznam, że gdzieś musiałem przegapić jakąś okazję.

Z regularnie odwiedzanej rodziny mam tu jedynie dziadków. Dziadki nie żyją wiecznie, ale jednak zawsze były obecne.

Osób, które znają mnie trochę dokładniej jest i zawsze było bardzo bardzo mało. Połowę z nich zostawiłbym tutaj.

Kurs tańca -- Gabrysia (16), Marko (15), Kasia (17), Asia (16), Grzegorz (16), a to tylko ci najstarsi. Prawie ich nie znam, nie poznam ich lepiej, ale przyzwyczaiłem się do przebywania wśród nich. Założę się, że trenerzy zauważyli to lata temu -- przebywając z młodzieżą, czujesz się młodziej. Trenerzy, których bliżej nie znam i pewnie też nie poznam, ale od których nauczyłem się już sporo, a mógłbym się nauczyć znacznie więcej.

Dziadkowie, dosłownie kilka osób, które znają mnie trochę lepiej, niż cała reszta, banda dzieciaków, dwoje "obcych" ludzi (trenerzy) oraz cała masa duchów. Całe moje życie tutaj, po 22 latach. Śmiechu warte, ale moje.

Przeniosę się? No cóż, bardzo chętnie bym został, ale realistycznie patrząc...

Happy endy

19 XI 2007, 12:10:26

Ci, co przeczytali tego ranta, to przeczytali. Reszta już nie przeczyta. W telegraficznym skrócie: na Politechnice Opolskiej rektor jest elektroenergetykiem. Jeden z prodziekanów mojego wydziału też. I mamy specjalizację, która się nazywa "Informatyka w Elektroenergetyce". Specjalizacja mało popularna, która nie spełniałaby wymogów istnienia, gdyby nie dorzucać jej przymusowo paru studentów, którzy chcieli studiować co innego. Padło na mnie i nie byłem z tego faktu specjalnie zadowolony.

Od paru już lat mam taką zasadę, że nie usuwam rzeczy raz opublikowanych. Primo, żeby "pamiętał wół, jak cielęciem był" i secundo, żeby zawsze się zastanawiać parukrotnie przed napisaniem czegoś. Dostępne tutaj (i nie tylko) moje wypowiedzi, które teraz uważam za błędne, przypominają mi, by drugi raz nie wypowiadać się w dany sposób publicznie. No ale zasady są po to, żeby je łamać. Tak jak to zrobiłem bodajże na początku tego roku. I jak robię teraz.

Doświadczenie mówi mi, że ten post wisiałby sobie tutaj, sporadycznie czytany, przez rok, dwa, może więcej. Aż pewnego dnia znalazłaby go osoba, której jeden z bohaterów też zalazł za skórę. I postanowiłaby go gdzieś zacytować. I w tym momencie rzecz nabrałaby własnego życia. Odtąd każdy, kto chciałby się dowiedzieć czegoś (niepochlebnego) o profesorze X, bądź doktorze Y, trafiałby też na moje nazwisko. Raz popełniłem ten błąd i okazał się on fatalny w skutkach -- od teraz, po wsze czasy, sporo osób kojarzyć mnie będzie z pewnym człowiekiem, z którym wiele bym dał, by kojarzonym nie być. Usunięcie wpisów, przez które było to zamieszanie już nic nie pomogło, bo było za późno. I drugi raz tego błędu nie popełnię. Ten pierwszy mnie za dużo kosztuje. (No a poza tym, skoro jednak dalej tu studiuję, to muszę chronić własną dupę przed kolejnymi czasomarnowaczami. A coście myśleli?)

Dzisiaj gadałem z prodziekanem ds. studenckich o przeniesieniu na zaoczne. Niestety zamiast mutanta chaosu (charakter chaotyczny zły) trafiłem na tego samego co zwykle, wiecznie się wszędzie spóźniającego i warczącego na studentów, ale jednak często pomocnego nadzwyczajnego pana profesora.

Wszedłem, zacząłem rozmowę, po czym zrobiło mi się niezręcznie, że ja stoję, a on siedzi, więc zacząłem sobie klapać na krześle w rogu. Opieprzył mnie, że co to za maniery, jak mi każe usiąść to mam siadać, a nie sam z siebie. Opieprzyłem go, że raz, jak to każe usiąść (poprawił się) i dwa, właśnie się spóźnił pół godziny, więc niech mnie dobrych manier nie uczy (zignorował mnie; widać ma wprawę w nieeskalowaniu konfliktów; też nie mam z tym problemu).

... po czym wróciliśmy do rozmowy o moich studiach. Stanęło na tym, że mnie teraz (mimo, że późnawo) przeniesie na inżynierskie, skończę semestr, obronię pracę i dalej mogę sobie robić, co mi się będzie podobało.

Prawdę powiedziawszy, to ja to planowałem parę miesięcy temu, tylko mi się nie chciało latać do dziekanatu, a później się zrobiło "za późno" na inżynierskie. Ma to tę dodatkową zaletę, że już za pół roku, bo wtedy najdalej ukończę studia, przeniosą mnie do rezerwy i będę wolnym człowiekiem.

No cóż. Optymistą życiowym jestem od dawna, ale w tym wypadku, to się aż sam zdziwiłem, że tak gładko poszło. Żeby tylko standardem było załatwianie takich rzeczy we wrześniu ("Pan Kowalski? Tak, jest problem z pańską specjalizacją, może pan przyjdzie jutro w tych godzinach, żeby omówić różne możliwości."), a nie w środku semestru... Ta, marzenie ściętej głowy.

Japiszon: definitywny powrót

14 XI 2007, 15:40:42

Nie pisałem tego wcześniej, ale całe to moje plumkanie sprzed dwóch miesięcy jak ja to nie lubię mojej pracy się skończyło na tym, że praca powiedziała, że mnie kocha, ja stwierdziłem, że pieniądze fajna rzecz i że jeśli mi dadzą połowę kasy, mniej do roboty i ja sobie będę mógł sam ustalać co robię i kiedy robię, to mogę jednak zostać. Praca się zgodziła. Zarabiam o połowę mniej, nie mam tylu obowiązków (system, którym się zajmowałem od półtora roku, nie jest oficjalnie już moim problemem) i jest fajnie. Teraz zajmuję się w sumie głównie organizowaniem innym ludziom pracy i trochę adminką.

Z kolei moja firemka, co to ją współzałożyłem parę miesięcy temu... też źle nie jest. Zajmuję się organizowaniem innym ludziom pracy, adminką i gadaniem z klientami. Trafił nam się fajny klient, kasiasty, wiedzący czego chce i rozumiejący jak się gada z informatykami. Żyć nie umierać.

Ale żeby nie było za różowo, moja kochana politechnika postanowiła mnie bardzo dokładnie wyruchać. I jej się to udało. Ale o tym w następnym wpisie.

Gdzie tu jest przycisk reset

11 XI 2007, 02:08:06

Opole to małe miasto. Połowa moich znajomych zna drugą połowę albo bezpośrednio, albo przez innych ludzi. Chodząc po mieście, po osiedlu, regularnie widzę znajomo wyglądające twarze.

Pomyłki. Ludzie, których nigdy nie chciałem poznać. Z którymi nie chciałem nawiązywać kontaktów. Którzy pamiętają mnie jako dziecko, albo nastolatka. O których się otarłem zanim nauczyłem się w przekonujący sposób udawać, że w najmniejszym stopniu interesuje mnie ich życie. Nie witamy się. Duchy. Udaję, że nie widzę.

Regularnie zastanawiam się, jakby to było fajnie wynieść się do innego miasta. Duchy zostawić tutaj. Zacząć wszystko od nowa i nie popełniać tych samych błędów.

Ale zawsze popełniam nowe. Mniej. Lepiej sobie radzę ze skutkami. No nie, tylko nie ty, czemu musiałem akurat ciebie spotkać w tym parku, ale skoro już spotkałem, to co tam u ciebie i czy nie uważasz, że śliczną pogodę dzisiaj mamy? Oh, to fascynujące, ale muszę już lecieć, bo wreszcie wymyśliłem sensownie brzmiącą wymówkę dlaczego muszę lecieć. Papa. Tak, też cię było miło spotkać, tym milej, jeśli będzie to nasze ostatnie spotkanie.

Popełniam też stare. O, ta twarz wygląda znajomo, ale nie mam pojęcia kim jesteś. O, też mnie zauważyłaś. Nie witasz się. Znaczy pewnie się jednak nie znamy. Za tydzień -- o, znowu ty. Za dwa -- i znowu. I znowu. I znowu. Dwa miesiące później -- ej, ale to jednak ty, przecież my się znamy. E, olać, teraz już za późno. Wolę wyjść na gbura, niż na dziwaka, który raz na dziesięć spotkań mówi ci "cześć".

Opowiem ci o sobie, spędzimy miło czas, pogadamy, poznamy się? Niekoniecznie.

Podługoweekendowo

05 XI 2007, 15:18:19

Doświadczenie uczy, że jeśli wyjeżdżam do rodzinki na parę dni, to nie zrobię tam absolutnie nic z tego, co sobie zakładałem, że zrobię. Wniosek -- całą robotę "na już" robić przed wyjazdem, by móc w pełni korzystać z urlopu. Starzeję się.

Jedną z rzeczy, które miałem zrobić było przygotowanie tego wykładu. No cóż, mam jeszcze dwa dni czasu. A tak w ogóle, to zapraszam.

Acz jeśli ktoś ma pecha żyć w Polsce B (czytaj: poza Opolszczyzną), to rzecz będzie nagrywana (sam dźwięk; niestety nie mam kamery, żeby nagrać obraz i uzupełnić kolekcję) i jak będzie dostępny ogg, to tutaj dam info (no i na stronę oplugową). Także stay tuned.

Zbglyn abtn

27 X 2007, 00:30:45

Partnerka (że taneczna) mi powiedziała, że mam przestać kląć. I niestety muszę się zastosować. Problem z tańcem jest taki, że zazwyczaj do końca nie wiem czym konkretnie i w jakim stopniu działam partnerce na nerwy, więc w tych akurat przypadkach, w których wiem, muszę dążyć do minimalizacji tarć. Inaczej ryzykuję, że ona mnie uzna za starego gbura, ja ją za tępą nastkę, no i się treningi sp...sują.

Hm, właściwie ciekawym skąd mi się to wzięło. Kiedyś prawie w ogóle nie kląłem, a od jakiegoś może roku zacząłem używać przekleństw jako normalnych części mowy (nie, nie przecinków; przymiotników i wykrzykników głównie).

Eh, od niedawna zacząłem odkrywać przyjemności road rage'u, a tu trzeba będzie zrezygnować z wiązanek i wrócić do starego dobrego warczenia. Bo żeby się w ogóle spacyfikować emocjonalnie i nie reagować na nic... no może nawet by się i dało, tylko niespecjalnie mam motywację próbować.

Ale jeśli mi powie, żebym nie warczał, to ją trzepnę.

How to Get a Job Like Mine

20 X 2007, 02:49:25

Czasami udaje mi się natrafić na takie źródło wiedzy, że większość z tego, co czytam, wydaje się czystą stratą czasu w porównaniu. Ale właśnie takie znaleziska utwierdzają mnie w przekonaniu, że warto cały czas szukać. Bo nie da się znaleźć, nie szukając.

Najnowsze znalezisko. (Polecam na początek przeczytać wszystkie widoczne wpisy, a jeśli komuś się spodoba, to przejść do pierwszej strony i dalej czytać chronologicznie. Tak, blogi na Amazonie są wybitnie prymitywne.)

Autor tego bloga znalazł swój sposób na zmienianie świata. I płacą mu za to! Einsteinowi obecnie nic po tym, że wpłynął na bieg historii, bo zmarł dawno temu, ale to, czym się zajmował za życia, było dla niego samego fascynujące i po prostu ciekawe. Ja też chcę tak spędzić życie. Robiąc rzeczy nowe, mające znaczenie w szerokim kontekście (nawet jeżeli niewielu będzie sobie z tego zdawało sprawę).

Na pewno mi się to nie uda, jeśli zawodowo będę pracował nad jakimiś głupotami, bo trudno zmieniać świat po godzinach. Ostatnio miałem bliskie spotkania z realiami polskich uczelni, więc karierę naukową mogę sobie wybić z głowy -- nie mam zamiaru sobie marnować życia na mrzonki, że jeśli mam pomysł i energię, to System to doceni i zapewni mi odpowiednie środki, jak temu amerykaninowi.

Więc co mi pozostaje? Zostać jak najszybciej milionerem, żeby móc później poświęcić cały swój czas na fajne rzeczy. Ten pan tak zrobił. Jest rok ode mnie młodszy, rok temu został milionerem i teraz robi co chce.

Jest też amerykaninem, a ja nie. Eh.

Nie wiem, może narkotyki? Albo zostać urzędnikiem? Podobno da się szybko dorobić...

P.S. Tytuł pochodzi z tego wystąpienia. Zwracam uwagę zwłaszcza na drugi akapit.

P.S.2 W kontekście podlinkowanego bloga -- gdyby ludzie zdawali sobie sprawę, jak prymitywna jest ich edukacja w porównaniu do tego, jak powinna wyglądać, to polałaby się krew.

Japiszon: powrót

25 IX 2007, 01:08:17

Parę dni temu praca powiedziała, że jednak mnie kocha i czy może są jakieś warunki na których zgodziłbym się zostać.

Zwolnić się nie było łatwo, oj nie było. Wtedy na propozycję zostania odpowiedziałbym bez wahania. To było wtedy.

Mam problemy primabaleriny. Ale mam. Są moje i są kurwa trudne. Honej, ty i ja to nie to samo, ale... trudno było?

(Po)jesiennie

23 IX 2007, 20:54:43

Piękna pogoda. Las. Zalew. Znajomi, których widuję dwa razy do roku. Nowi ludzie. Rozmowy. Tematy. Noc. Ognisko. Wiecie jak łatwo jest zmieniać świat? Nie od razu cały, ale naprawdę można. Są takie sprawy, pozornie niepozorne. Ale potencjał jest ogromny. Wystarczy chcieć.

Gitary. Jej melancholijny głos, nastrojowe szanty nad pustymi winami, gdy świt już tuż tuż. Chłód poranka. Ostatni dzień.

Było idealnie.

Pierdut!

Powrót na ziemię. Niech mnie ktoś przytuli, ja chcę z powrotem :(

42

19 IX 2007, 23:28:49

Mieć zainteresowania. Mieć pasje. Poświęcać na nie czas. Gdy coś się znudzi, zająć się czymś innym. Tak sobie ustawić życie, żeby zawsze się czymś stymulować, żeby nie stało się ono nudne, żeby cały czas poznawać coś nowego.

Może dorzucić do tego jakąś kobietę, jeśli by się znalazła odpowiednia. Da się żyć bez, ale z natury jesteśmy stadni, więc pewnie by było raźniej. Po śmierci matki obiecałem sobie, że nie zacznę mówić sam do siebie na głos, jak Robinson Crusoe po powrocie z wyspy. Nie wyszło. Przestaje mi się chcieć z tym walczyć.

Jak już kobieta, to może i dziecko. Albo dwoje. Udana kariera zawodowa, ciekawe hobby, udana rodzinka, udane życie!

A gówno. Po prostu wykalkulowany sposób na to, żeby mi wyewoluowane zachowania gatunkowe nie truły za bardzo dupy zwiększając poziom stresu, niezadowolenia i w ogóle generując różne napięcia psychiczne, bo robię coś nie tak, jak powinienem.

Celu mi się zachciewa? Rozwiązanie proste! Zostać mężem stanu, wielkim naukowcem, innowatorem, słowem -- zapisać się na kartach historii!

Tak. Super. Jestem pewien, że Aleksander Wielki jest wielce rad ze swojego doniosłego życia.

Albo i nie. Przestał istnieć parę tysięcy lat temu, więc na chwilę obecną to, jak przeżył swoje życie, nie robi mu żadnej różnicy.

Znaczy nie wkręcę sobie bajki o doniosłości mojego życia dla historii ludzkości. To może którąś z absurdalnych ludzkich religii zajmujących się tymi kwestiami. Sąd ostateczny, czy reinkarnacja? Hm. Rzucić monetą? Nie, raczej nie. A może sobie jakoś przymulić mózg, żebym zapomniał to co wiem i żeby nigdy nie przychodziło mi do głowy zastanawiać się na te tematy? Niegłupie, ale obecnie niewykonalne.

No to gips. Jedyne co pozostało -- rzucić się pod pociąg. Też nie. Instynkt samozachowawczy mi nie pozwoli. Ba, jutro się obudzę cały radosny, że czeka mnie zajebisty dzień, bo mogę się zajmować tym, co mnie interesuje i w ogóle będę miał takie zajebiście udane życie!

Kurwa, ale to jest wszystko puste.

Eh, trzeba było się bardziej przykładać na biologii i chemii (albo pójść na kurs walki mieczem), zamiast tracić czas na jakieś pieprzone Linuksy, bo wygląda na to, że jedynym sensownym zajęciem są próby zostania nieśmiertelnym. A potem uzyskania odpowiedzi na pytanie o naturę życia, wszechświata i takich tam.

42

Wolność!

03 IX 2007, 21:48:34

Mocno przeedytowany (i bez autoryzacji, ale autor się raczej nie obrazi :) cytat ze znajomego mojego ojca (znaczy że nie pierwszej młodości i ma już bliżej, jak dalej):

Szukanie nowych wrażeń, czyli zdobywanie doświadczeń oraz poznawanie nowych ludzi, środowisk -- to zawsze było dla mnie najważniejsze. Wolę robić to, co lubię -- zdecydowanie tak. Kasę generalnie mam w dupie. Nie żałuję [że nigdy nie zabrałem się za chomikowanie pieniędzy]. Żałuję tylko, że za mało poznałem, a czasu jakby coraz mniej.

Dzisiaj złożyłem wypowiedzenie z pracy. Dwa lata z hakiem, z czego praktycznie półtora roku spędzonych (z przerwami) nad jednym, gównianym projektem (o którym już pisałem parukrotnie), to dość. Ten miesiąc się jeszcze pokręcę po firmie dopinając rzeczy, które po sobie zostawiam (i szkoląc następcę), a wraz z rozpoczęciem nowego semestru na uczelni, będę wolnym człowiekiem.

Zarabianie dużych pieniędzy jest fajne, jeśli robi się to, co się lubi. Jeśli nie, to też ujdzie, pod warunkiem, że ma się w tym jakiś cel -- zarobić wystarczająco pieniędzy, żeby starczyło na X i się zwolnić. Ja niestety takiego celu nie miałem, więc doszło do tego, że zaczynałem szukać sposobów na wydawanie pieniędzy, żeby nie musieć pracować.

Pieprzyć to! Ja wiem co chcę robić. Pokręcić się po radiu studenckim (za dwa lata już nie będę studentem; teraz, albo nigdy). Rzeczywiście coś ruszyć w PLD, a nie tylko mądrze pogadać, po czym zapaść się pod ziemię "bo nie mam czasu". Pobawić się telefonem, choćby pozgłaszać błędy, może popodsyłać kilka patchy. Kopnąć w końcu tego 7thguarda. Doprowadzić się do takiego stanu, żeby znowu chciało mi się czytać książki (acz nie wiem jak to zrobić, może samo przyjdzie). Pobawić się w rozwijanie własnej firmy -- może się uda, może nie, tak czy siak będzie to coś nowego, ciekawego i nauczy mnie paru rzeczy.

I ponad wszystko -- zamknąć raz na zawsze ten głosik z tyłu głowy, który mi cały czas podpowiadał, że nie wywiązuję się z obowiązków, bo coś nadal nie działa, jest projekt do rozwijania, a ja nie powinienem teraz się obijać, tylko pracować, w końcu tyle mi płacą, że mają prawo wymagać.

Mam oszczędności. Jeśli będę uważał, a firemka będzie przynosiła choćby niewielkie dochody, to powinno mi spokojnie wystarczyć do końca studiów. Z niektórych rzeczy będę musiał zrezygnować (papa stołowanie się w sushi barze). Z innych nie mam zamiaru (treningi, pingwinaria, jesień linuksowa).

Może kiedyś będę żałował, że "przejadłem" te pieniądze. Ale wątpię. Kupię sobie za nie coś, czego nigdy więcej już nie będę w stanie kupić -- ostatnie dwa lata studiów takie, jakie zawsze chciałem.

Szczęśliwej podróży

02 IX 2007, 15:24:24

Przeczytałem kiedyś, że z wiekiem każdy z nas coraz lepiej uczy się grać, coraz bardziej jest tym, kim chce być, niż tym, kim był. Dlatego tak ważne jest utrzymywanie kontaktów z osobami, które znały nas w młodości, które wiedzą jacy byliśmy naprawdę.

Gosia, cieszę się, że do ciebie zadzwoniłem, że posiedzieliśmy na rynku i pogadaliśmy. Nigdy nie waż się mówić, że nie ma z tobą o czym porozmawiać. Słuchałem cię przez te dwie godziny i wiem, że masz zainteresowania i potrafisz o nich opowiadać. Nigdy nie rezygnuj z poświęcania czasu na to, co cię interesuje. I mam nadzieję, że te pół roku w Niemczech spełni twoje oczekiwania.

Beatko, strasznie się zmieniłaś przez te kilka lat. Gdybym był dawnym sobą, nie zawróciłbym, żeby się upewnić, czy ta urocza blondynka to przez przypadek nie ty. Ale na szczęście zawróciłem. Nigdy się nie dowiesz jak dziwnym zbiegiem okoliczności znalazłem się tam wtedy i jak bardzo potrzebna była mi nasza rozmowa. Bardzo się cieszę, że nauczyłaś się poświęcać czas na swoje zainteresowania, nawet kosztem "nauki". I że masz te zainteresowania i lubisz to co robisz. Szkoda, że nie będziemy już mieli czasu się spotkać, bo pojutrze wyjeżdżasz. Ale słyszałem, że Kanada to bardzo ciekawy kraj i na pewno będzie ci się tam ciekawie studiowało. Zostań tyle semestrów, na ile będziesz miała ochotę.

Tak naprawdę żadna z was tego nie przeczyta, ale to nie szkodzi. Będziecie miały udane życie i tylko to się liczy.

Piętrzy się i pieprzy

25 VIII 2007, 00:30:37

Piętrząca się robota ma taką fajną właściwość, że im więcej jej jest, tym więcej innych rzeczy (i ludzi) czeka, aż zostanie zrobiona. Podprojekt pracowy -- potencjalnemu podzleceniodawcy szczegóły wysyłam juz chyba z dwa tygodnie. Główny projekt pracowy leży od chyba już dwóch miesięcy i nadal nie chce się dać zmusić do działania. Ciekawym kiedy klienci zaczną nas gonić z widłami. Projekt rozwojowy pracowy, który w dłuższym okresie czasu powinien nam zaoszczędzić sporo bólów głowy (bo wreszcie będziemy mieli jak trzeba napisaną integrację wszystkich podsystemów), leży już od paru miesięcy (nie licząc chyba z pół roku, jak ktoś inny miał go robić, ale w końcu nie zrobił). I regularnie gadam z współodpowiedzialnym za niego współpracownikiem, że już w następnym tygodniu, już zaraz. Tyle główna praca.

Do tego dochodzi moja nowa firma. Co tu było... a, tak. Porządne przygotowanie infrastruktury firmowej (i przygotowanie pracowników do jej używania). Jeśli sobie teraz odpuszczę, to za parę miesięcy będą płakał, że wszystko mi się wali, nikt nie wie co zrobić, klienci wrzeszczą, a ja mogłem temu zapobiec, ale się w końcu nie zabrałem. Do tego dwóch współzałożycieli na tydzień sobie wyjeżdża w góry, więc będę odpowiedzialny za serwisowanie systemów, których na oczy nie widziałem, które nie wiem co robią i które na dodatek chodzą na windowsach, o których nie wiem praktycznie nic. Boże, jeśli przez ten czas żaden klient nie zadzwoni z awarią, to obiecuję, że egzemplarz "Boga urojonego" spalę na popiół i zacznę regularnie chodzić do kościoła.

O moich pomysłach rozwojowych na firmę i pomniejszych duperelach (jak poprawianie literówek i przecinków po moim wspólniku) nie wspomnę.

No i na zakąskę hobby, czyli rzeczy, za które mi nie płacą. Ten człowiek od serwera jabberowego pld... ile to tygodni temu mu pisałem, że już zaraz mu prześlę szczegóły jak tym administrować. pld-users.org jak leżało pół rozgrzebane, tak leży (gausus, revy, ty przebrzydły koboldzie!). Hackaton pldowy na początku września można pewnie między bajki włożyć (gausus, jak ja cię dopadnę, to ci brodę zgolę!). Dodatkowe buildery pldowe dla mniej popularnych architektur oraz szkolenie chętnych ludzi z ich obsługi i stawiania, oczywiście też mam w planach... gdzieś tak już od dwóch miesięcy. Fundacja PLD, hahaha. A mityczną nową wersją 7thguarda, to pewnie będziemy z honejem dzieci, tfu, wnuki straszyć. (Honej, jak to czytasz, to chyba mam pomysł, który nawet ma szansę zadziałać, ale to ci opowiem na początku września, jak już będę wiedział coś więcej). O byciu szefem studenckiej rozgłośni radiowej oraz pomysłach na to, jak ją ruszyć do przodu nawet nie wspominam. Szczęście naczelnym jest kto inny, więc najgorsze co się stanie, to to, że nie zrealizuję swoich pomysłów, ale poza tym nic się nie zawali.

A jak mi się w październiku studia zaczną, to się już w ogóle zesram ze szczęścia.

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że im więcej tych rzeczy się nawarstwia, tym trudniej w ogóle zacząć. I człowiek tylko spędza dnie na unikaniu jakiejkolwiek pracy, bo jest tego tyle, że odechciewa się zabierać za cokolwiek. Zapewne dlatego, że końca i tak nie widać.

Rozwiązanie jest bardzo proste -- rzucić podstawową (i najbardziej czasochłonną) robotę i tylko skupić się (zawodowo) na zakładaniu firmy oraz hobbystycznie na paru odpowiednio wybranych projekcikach. Problem taki, że firemka przez czas dłuższy (jeśli w ogóle) nie będzie jakoś sensownie dochodowa, a ja się przez ostatnie dwa lata za bardzo przyzwyczaiłem do pieniędzy.

Treningi tańca kosztują. Treningi sztuk walki kosztują. A ja lubię tańczyć, lubię walczyć i lubię być w formie. Lubię jeździć na pingwinaria, jesień, czy zlot pldowy nie patrząc na cenę. Samochodem też lubię jeździć nie licząc pieniędzy na stacji benzynowej. Wczoraj (w ramach unikania pracy) byłem w sushi barze, pokosztowałem win, pokosztowałem potraw, pogadałem sobie z barmanką, kupiłem butelkę wina, zapłaciłem za całość jak za zboże i dałem sowity napiwek. I nie miało to żadnego zauważalnego wpływu na mój miesięczny budżet.

Pointa, pointa, ty cipo (żeby tak sparafrazować klasyka). Nie ma podsumowania. Podsumowanie napisze Życie (w formie noweli). Najlepiej by było, jakby mnie wyjebali z podstawowej pracy, bo wtedy wszystko by się samo rozwiązało. Ograniczyłbym wydatki i przestał żyć jak yuppie, a bardziej wrócił do nerdowych korzeni. Ale mnie nie wywalą, bo już za kilka dni, wkurwiony na maksa, że nie wiem co robię, znowu jakimś cudem wykombinuję jak naprawić podstawowy system pracowy. I znowu dostanę wypłatę. I nadal będę miał TODO do sufitu.

A chuj. Pieprzona potrzeba snu, pieprzony real life (trzeba było zostać nerdem), pieprzona zaledwie 24godzinna doba i pieprzone studia (które muszę skończyć przez pieprzone wojsko, bo mi obiecali, że jak skończę, to zostanę z automatu rezerwistą). I chuj ci w dupę ansari, hipisie jeden. Tak, wiem, nic nie muszę, ty też nic nie musisz, antymon nic nie musi, w ogóle załóżmy komunę i palmy zioło oraz zapładniajmy kobiety całymi dniami. Kiedyś czytałem, że sukces w życiu mierzy się umiejętnością unikania brania na siebie coraz to nowych zobowiązań, wraz z upływem czasu. No cóż, na razie idzie mi wybitnie chujowo.

Tak, żyłka mi pękła, ale nic mi nie będzie. Już w podstawówce nauczyłem się nie przejmować zobowiązaniami i mam taki zawór bezpieczeństwa, że jeśli w danym momencie nie mam ochoty czegoś robić, to po prostu tego nie robię. Dlatego całe wczoraj i przedwczoraj spędziłem na obijaniu się (a jutro z samego rańca jadę na cały dzień w góry stołowe ze znajomymi), mimo, że powinienem pracować po paręnaście godzin dziennie, żeby z wszystkim zdążyć. Nie muszę wspominać, że moi nauczyciele nie byli nigdy zachwyceni tą moją umiejętnością :) Prawda jest taka, że za parę tygodni sprawy pracowe będą w większości uregulowane, takoż sprawy firmowe, natomiast część hobbystycznych będzie zrobiona, a część nadal będzie leżała odłogiem. Ot, życie.

A, gausus, wcale nie jesteś brzydki i nie wyglądasz jak kobold. No, dobra, wyglądasz, ale twojej brody to bym się nie odważył tknąć, bo u nas w pldówku ma ona praktycznie status artefaktu. Ansari, co do tej propozycji seksualnej, to nie obraź się, ale tak naprawdę nie jesteś w moim typie. Hmm, a antymona to tak dawno nie widziałem, że w sumie nie wiem już jak wygląda.

Dobranoc.

Z życia informatyka

14 VIII 2007, 13:42:13

Ubierz się na niebiesko, załóż sandały i weź torbę na laptopa, to ktoś cię weźmie za listonosza.

Znowu o zarządzaniu open source'ami i nie tylko

13 VIII 2007, 03:36:25
Linux kernel management style. Ten tekst jest tak treściwy i na temat, że mógłbym na jego temat popełnić co najmniej kilka wpisów, w każdym cytując po kilka akapitów. Jak mi się będzie kiedyś nudzić, to go przetłumaczę i będę każdemu podsyłał do przeczytania co najmniej po kilka razy.

Wiecie na przykład dlaczego większość PLDowych cudzych pomysłów z miejsca kwalifikuję jako nieaplikowalne i niepraktyczne? Bo jestem egoistycznym chujem? No tak, to też, ale chodzi mi o to, że pomysłodawca (a) zazwyczaj tak naprawdę nie rozumie implikacji swoich pomysłów, zwłaszcza w stosunku do użytkowników/deweloperów (czyli ogólnie ludzi) oraz (b) jeśli rzeczywiście byłby przekonany do swojego pomysłu, to na krytykę zwracałby uwagę tylko pod kątem wyciągania z niej jakiś przydatnych spostrzeżeń, a energię poświęcał jego realizacji. Innymi słowy za każdym razem, gdy czyjś pomysł rozbija się o to, że jestem brzydki i mam wszy na pępku, to tylko utwierdza mnie to w przekonaniu, że i tak szanse realizacji miałby marne (mówiłem, że jestem chujem :).

Moja rada? Dużo czytajcie na tematy związane z tym, co chcecie robić. Im lepiej będziecie rozumieli ludzi, których to, co chcecie robić, dotyczy, tym bardziej będziecie czuli jeśli któryś wasz pomysł rzeczywiście będzie miał potencjał. Co za tym idzie większy będzie wasz zapał i mniejsza szansa, że jakiś brzydal was od pomysłu odwiedzie. Tak jak mówiłem na zlocie pldziarzy -- jeśli ja coś chcę zrobić, to po prostu robię. I nie dlatego, że mam jakieś magiczne moce, ale dlatego, że jeśli się już za coś biorę, to zazwyczaj jestem mocno przekonany, że ma to sens.

Nawiasem mówiąc parę miesięcy temu zostałem szefem swojouczelnianego radia internetowego (że Koło Naukowe Radio Emiter). I mam nawet pomysł co zrobić, żeby to radio było relewantne i produkowało pewne ilości kontentu, który znalazłby swoją niszę. Ale i tak nie znajdę na to czasu. W najlepszym wypadku uda mi się to w jakiś sposób spójnie opisać i przedstawić reszcie radiowców w nadziei, że podchwycą. Nadziei płonnej, bo prawda jest taka, że z zapałem realizuje się własne pomysły, a nie cudze.

Eh. Świat jest pełen ciekawych rzeczy, o których można poczytać, które można zrobić. Niestety większość z tego, co czytam, zaraz zapominam (nie mogę tego przeboleć prawdę mówiąc), a na rzeczy, które chciałbym robić, nie mam czasu (w tym na czytanie). Jedyne rozwiązanie, jakie mi przychodzi do głowy, to jak najszybciej się dorobić i później żyć w pewien określony sposób. O czym chętnie bym napisał coś więcej... tylko kiedy?

Od zera do menedżera, lekcja 375

31 VII 2007, 23:47:52

Jestem zwolennikiem zarzucania ludzi możliwościami robienia tego, na co mają ochotę (w przypadku projektów open source czytaj: dawania im odpowiednich uprawnień). Robienie jest ciekawsze, gdy co chwilę można robić coś nowego. A gdy robienie jest ciekawsze, robiący robi więcej i bardziej się przykłada.

Ostatnio się jednak na tym przejechałem. Dosyć oczywisty (po czasie) wniosek z owego przejechania się -- zawsze należy najpierw stwierdzić, czy istnieje więcej jak jedno podejście do poprawnego wykonania zadania. W 99% przypadków na dziesięć istnieje. Wtedy żaden problem przydzielić zadanie komukolwiek, niech się bawi. Jak zrobi źle, to albo da się komuś innemu, albo niech autor sam poprawia. Natomiast w pozostałych 1% przypadków nie warto ryzykować i należy postawić na sprawdzonych ludzi. Żeby potem nie żałować.

I małe post scriptum. Takie uwagi są zdecydowanie ciekawsze, gdy się je omawia na konkretnych przypadkach. Niestety publiczne opisywanie konkretnych sytuacji i konkretnych ludzi stoi w konflikcie z chęcią robienia czegoś z rzeczonymi ludźmi. Przeanalizowanie czyjejś pracy w gronie zainteresowanych członków projektu to jedno. Robienie tego samego publicznie, nawet jeśli jest to tylko tłem do analizy własnych poczynań, to już zupełnie coś innego. Albo rybka albo rower... Albo to z jakimiś grabkami i łopatką było.

Drażni mnie to. Muszę się sam cenzurować, inaczej zacznę kopać pod sobą dołki. Coraz bardziej romantyzuję czasy, gdy flejmowałem do woli kogo chciałem, bez brania pod uwagę jakichkolwiek konsekwencji. Stare dobre czasy...

Zajętym

20 VII 2007, 18:56:30

W pracy lekkie urwanie głowy, więc jak miałem coś zrobić, a nie robię, to właśnie dlatego.

Przy czym nie wszystko muszę robić ja, więc jeśli znajdzie się jakiś pld deweloper do postawienia dwóch vserwerów w xenie od gaususa, to można by wreszcie uruchomić pld-users oraz dodatkowe architektury do Th (aida th).

(Piszę tu, a nie na listy, bo jak ktoś mnie czyta, to znaczy, że ma nadwyżki wolnego czasu. A o taką osobę chodzi ;)

Luźne myśli powycieczkowe

11 VII 2007, 01:38:11

1. Da się jeździć po Polsce używając laptopa z gprsem i serwisów z mapami.

2. Jeżdżenie po wawie bez gpsu jest bardzo upierdliwe.

3. Na plakietkach konferencyjnych największy powinien być nick, a nie logo.

4. Każdy wydział każdej uczelni w Polsce powinien mieć takie centrum rozrywek, jakie ma budynek Collegium Iuridicum II uniwerku warszawskiego. Kręgle, parkiet, bar, jadłodajnia, część dla dzieci, bilard, takiecośwcograłemzgaususem i chyba cośtam jeszcze.

5. Podejrzewam, że próbując się najeść sushi, można łatwo zbankrutować (mało, drogie). Acz samo sushi dobre jest. Tylko ta zielona herbata była wredna. Ciekawym, czy można było zamówić Liptona.

6. Zamiast integrować się z pldziarzami (geeki zazwyczaj na średnich lvlach, jeszcze specjalnie niewyexpione), trafiłem na imprezę dla ubernerdów, gdzie średnia wieku to jakieś trzydzieści lat (minus ja i pewna 18letnia gwiazda rocka).

7. Na której (imprezie, nie gwieździe) dowiedziałem się, że ona i on są, a w ogóle to planują, poza tym on za parę miesięcy, dodatkowo ona na parkiecie, a na pożegnanie one zrobiły, a jak się impreza skończyła, to spałem u...

8. O których to rzeczach nie mogę plotkować, o czym na wstępie poinformowała mnie (przyszła) gwiazda rocka, a co później potwierdził swoim domyślnym zastraszająco-beznamiętnym głosem wieloryb.

9. I pewnie nie odżałuję tego faktu do końca swych dni.

10. Acz zastanawia mnie, czy to nie było tylko wrażenie nowości i czy gdybym miał takich ludzi na codzień, to by mi się nie znudzili, jak cała reszta moich zabijaczy czasu.

Dobranoc.

Co ja myślę o bogu (i jego fanklubie)

23 VI 2007, 16:00:59

Że go nie ma. Tak bym to ujął w skrócie. Przy czym świat nie jest czarno-biały, więc pełna odpowiedź będzie dłuższa (i dwuczęściowa).

Część pierwsza -- na temat istnienia boga myślę to samo, co "nauka". Czyli po pierwsze -- jest nieskończona ilość jego "wersji" i są one ze sobą fundamentalnie niekompatybilne, więc wybierając jedną musiałbym uznać inne za nieważne. Nie wiem na jakiej podstawie miałbym to zrobić. Dodatkowo -- spora ich część (jeśli nie większość) ma w swoim "kanonie" dużą ilość różnych bajek, przypowiastek i tym podobnych (rozstępujące się morza, reinkarnacje, ciężarne dziewice, dziewice po śmierci, co kto lubi), w które miałbym uwierzyć wbrew własnemu zdrowemu rozsądkowi i wiedzy (która podpowiada mi raczej wytłumaczenia związane z bujnością ludzkiej wyobraźni, niźli z boskim natchnieniem). Tego nie jestem w stanie zrobić.

Podsumowując -- nie wiedziałbym jak wybrać religię i nie byłbym w stanie zaakceptować związanej z nią mitologii.

Pozostaje więc kwestia istnienia bądź nie istnienia boga jako takiego, w oderwaniu od jakiejkolwiek ziemskiej religii. Tutaj odpowiedź nauki jest następująca -- istnienie boga jest bardzo mało prawdopodobne (w nauce nie można rozmawiać o absolutach, bo coś jest prawdziwe/fałszywe tylko tak długo, aż ktoś nie znajdzie nowych dowodów). I tak jak ze wszystkimi innymi bardzo mało prawdopodobnymi rzeczami (na przykład że jutro zginę w trzęsieniu ziemi) i w kontekście poprzednich dwóch akapitów o niemożności wybrania jakiejś religii "na wszelki wypadek", pozostaje mi po prostu żyć tak, jakby boga nie było. A jeśli się (nie daj boże :) okaże, że jednak jest i się trudni jakimiś pośmiertnymi sądami dusz, czy czymś podobnym, to będzie mu musiało wystarczyć, że starałem się być Dobrym Człowiekiem (tm).

No i część druga odpowiedzi -- jak się odnosić do ludzi religijnych.

Rzecz w sumie najważniejsza -- traktowanie ludzi religijnych jakby byli nieuleczalnie głupi tylko dlatego, że w coś wierzą, jest bezpodstawne. Co ci mówi fakt, że na uniwersytetach są kursy z logiki formalnej, czy też metody naukowej? Ano to, że choć twój umysł jest w stanie pracować w ten sposób (do pewnego stopnia), to bynajmniej nie jest to dla niego domyślny tryb. To jest tylko jeden sposób myślenia, którego może w pewnych momentach używać, jak się go najpierw nauczy. A jeśli sam uważasz, że jesteś oazą chłodnej logiki, to znaczy, że jesteś w błędzie. Żaden człowiek nie jest, wynika to z naszej budowy. I tak, to jest opinia naukowa.

Tym samym próby traktowania innych ludzi bez zrozumienia natury ludzkiej są błędne. To, co uważamy za swoje Ja mieści się w części mózgu, która ewolucyjnie jest najmłodsza, natomiast resztę mózgu dzielimy z gadami i ssakami (że ewolucja). I ta prymitywna część nadal jest aktywna, nadal bardzo ważna i wpływa na tę naszą najmłodszą część mózgu na niezliczoną ilość sposobów, których w większości nie rozumiemy. Przykład -- wiem, że powinienem posprzątać mieszkanie. Mogę podać niezliczoną ilość logicznie brzmiących powodów, dla których powinienem posprzątać mieszkanie. Ale jakoś nie sprzątam mieszkania. Nawet tak podstawowa w życiu rzecz, jak motywacja, nie jest bezpośrednio sterowana przez nasze "logiczne" ośrodki myślenia. Takich przykładów można mnożyć.

Sprowadza się powyższe do tego, że to ta "emocjonalna" część mózgu jest w człowieku najsilniejsza i jeśli ty jesteś w stanie częściej posługiwać się myśleniem logicznym i je uważać za główny składnik swojej osobowości, to dlatego, że ona ci na to pozwala (a właściwie -- że ci nie przeszkadza zbyt często). U człowieka religijnego jest inaczej -- nawet jeśli boga rzeczywiście nie ma, to mózg ludzki jest zbudowany w taki sposób, że potrafi stwarzać bardzo silne wrażenie, jakby on jednak był. Ewidentnie wystarczająco silne, by wokół tego zbudować znaczną część swojej osobowości, ewidentnie kosztem krytycznego myślenia.

W związku z powyższym, najsensowniejsze podejście, jakie udało mi się wymyślić względem innych ludzi, jest, że tak powiem, utylitarne. Tzn. oceniam innych ludzi nie po tym dlaczego coś robią (co sobie myślą na temat tego, co robią), tylko co robią i jak im to wychodzi w praktyce.

Na przykład -- jeśli pomogę bezdomnemu, to mogę sobie wytłumaczyć własne działanie psychologią ewolucyjną. Osoba religijna zrobi to samo, ale mając w głowie nauczania na przykład Chrystusa. Ważne, że skutek jest taki sam.

Z drugiej strony -- jeśli ktoś będzie, nie wiem, przeciwstawiał się edukacji seksualnej dla młodzieży, bo "nie lubię, jak dzieciom się opowiada takie świństwa", albo "bo Jezus by się wkurzył", to mam zamiar z takiej "argumentacji" po prostu drwić jako głupiej i dziecinnej, nie popartej niczym sensownym. Formułka, że "poglądy religijne zasługują na szacunek" to przeżytek. Same z siebie nie zasługują. Mogę tylko oceniać pojedyncze działania jako pozytywne lub nie.

Ale ważna w tym wszystkim jest też moja osoba. Tzn. jeśli mówimy o debacie publicznej, to w moim interesie jest się wypowiedzieć. Jeśli natomiast rozmawiam z kimś prywatnie (zwłaszcza z kimś z własnej rodziny) to w moim interesie leży nie generowanie niepotrzebnych konfliktów, co w praktyce oznacza nie poruszanie tego typu tematów i ostrzeganie, że moje poglądy najprawdopodobniej będą obraźliwe, jeśli ktoś inny spróbuje mnie wciągnąć do takiej rozmowy. Podobnie ze świętami -- traktuję je po prostu jako tradycje, skutkiem czego nie mam zamiaru robić scen. Oczywiście w granicach zdrowego rozsądku, czyli propozycję pójścia na mszę i przyjęcia komunii/wyspowiadania się bym, że tak powiem, odrzucił.

A, i mała uwaga na boku. Nie ma sensu tak bardzo demonizować religii. USA jest jednym z najbardziej religijnych państw, a jednocześnie potęgą technologiczną. Europa też przez wiele wieków była bardzo religijna i jakoś nie cofnęło nas to do epoki kamienia łupanego. Też uważam, że bez religii byłoby lepiej, ale nie sądzę też, żeby groziło nam cofanie się w rozwoju.

Garść porad

08 VI 2007, 23:51:42

Naszło mnie na spisanie w formie jedno-dwuzdaniowej wszystkich rzeczy, które chciałbym przekazać innemu młodemu facetowi. [1] Tyle, że iluśtam lat życia nie da się streścić w paru punktach -- pisałem, pisałem, pisałem; strasznie tego dużo, musiałbym jeszcze z kilka godzin poświęcić, a spać mi się chce. Najchętniej bym to wrzucił na jakieś wiki i później dodawał tylko linki odnośnie każdego punktu (z szerszymi wytłumaczeniami). Może kiedyś.

[1] A naszło mnie po przeczytaniu któregośtam wpisu d4rkiego, którego generalnie nie czytam z zasady, bo ma mało do powiedzenia i jest wybitnie irytujący. Czyli -- standardowy nastolatek z punktu widzenia osoby dorosłej. Tyle jeszcze ma do nauczenia się...

Stwierdziłem jednak, że nie mogę tego tak całkowicie zostawić i postanowiłem wyciągnąć te kilka najważniejszych punktów. A więc:

  1. Każdy człowiek jest inny, a typów ludzi jest też bardzo dużo, do tego każdy żyje w innym środowisku, więc nie oceniaj wszystkich według siebie. Takie oceny będą błędne, a działania, jakie na ich podstawie podejmiesz będą nieoptymalne (czy wręcz szkodliwe). Jeśli nie rozumiesz działania innych, powstrzymaj się z oceną, dopóki nie poznasz sposobu ich myślenia. Czasami może ci się to nigdy nie udać.
  2. Podstawą naszego działania są emocje. Nigdy o tym nie zapominaj. Możesz zrobić wszystko, jeśli tylko masz odpowiednią motywację. Jeśli chcesz coś zrobić, ale nie jesteś w stanie, pomyśl jak poszukać motywacji. Pamiętaj też, że samo życie może ci jej dostarczyć.
  3. Twój umysł jest bardzo plastyczny. Możesz go rozwijać w dowolnym kierunku. Koordynacja psycho-ruchowa (znacznie podnosi komfort życia), zdolność logicznego i abstrakcyjnego myślenia (m.in. ułatwia życie zawodowe), życie emocjonalne (pomaga w życiu prywatnym, zwłaszcza w rozumieniu kobiet) -- jedne rzeczy będą łatwiejsze, inne trudniejsze, ale wszystkie jesteś w stanie rozwinąć. Jeśli ci się chce i wykombinujesz jak, możesz zostać całkowitym przeciwieństwem osoby, którą jesteś teraz.
  4. Pamiętaj jednak, że takie zmiany trwają i muszą następować stopniowo. Nie zostaniesz jutro pudzianem, czy Einsteinem, ani nie będziesz w stanie wzruszyć się wierszami Kochanowskiego. Ale jeśli spróbujesz małymi krokami, to kto wie do czego dojdziesz za pięć, dziesięć lat. Wydaje się to dużo, ale dorosłe życie jest znacznie znacznie dłuższe. Spróbuj sobie to uświadomić. Warto robić te malutkie kroczki w wybranym kierunku. Kilometr to tysiąc metrów.
  5. "Zmiana perspektywy myślenia jest warta 30 punktów IQ." Dużo czytaj. Nikt ci nie jest w stanie powiedzieć jakie informacje będą przydatne akurat tobie, musisz być w stanie znajdować je sam.
  6. Tak, chęć i umiejętność czytania to też kolejna cecha/umiejętność, którą można stopniowo wyrobić. Najpierw znajdź coś, co lubisz czytać, nawet, jeśli jest to pudelek. Po jakimś czasie zapewne cię to znudzi, wtedy znajdź coś innego (literatura popularnonaukowa? science-fiction? jakieś romansidło? próbuj). Niewykluczone, że za kilka lat będziesz z zainteresowaniem przegryzał się przez wielotomowe traktaty historyczne.
  7. Nigdy nie pozwól sobie uważać, że kobiety są głupie. Utrzymuj znajomości z kobietami, miej przynajmniej jedną bliską przyjaciółkę. Jeśli uważasz, że przyjaźń z nią niczego cię nie uczy, to znaczy, że zbyt słabo się rozglądasz.

Hm. Ciekawym jak teraz wyglądają "poradniki" dla młodzieży (starszej). Widział ktoś kiedyś coś takiego w ogóle?

Poza tym coraz bardziej mnie ciągnie, żeby założyć gdzieś anonimowego bloga. Ciekawym czemu.

Dlaczego wywiady ssom

05 VI 2007, 15:55:24

Po wygraniu tej olimpiady z angielskiego zainteresowały się mną różne gazety. NTO (Nowa Trybuna Opolska) oraz osoba, która wrzuca niusy na główną stronę mojej uczelni potraktowały sprawę adekwatnie do stopnia jej ważności i po prostu wrzuciły kilka zdań stwierdzających że ja wygrałem, a współstudent zajął drugie miejsce na olimpiadzie z niemieckiego. I tyle.

Reporterka lokalnej wyborczej natomiast postanowiła najpierw pogadać ze mną przez telefon, żeby mieć trochę więcej informacji. Po rozmowie coś mi strasznie nie pasowało -- tego nie powiedziałem, to powiedziałem w nie ten sposób, w jaki wolałbym, tamtego w ogóle pewnie lepiej by było nie mówić (zwłaszcza biorąc pod uwagę moje podejście do studiowania na tej uczelni; z którym nigdy się przed nikim, z prowadzącymi zajęcia włącznie, nie kryłem, ale i tak nie jestem do końca przekonany, że powinny się te informacje znaleźć w lokalnej gazecie; acz zakładam, że dziennikarze są przyzwyczajeni do ludzi, którzy gadają trochę za dużo jak dla własnego dobra i wygładzają co ostrzejsze kawałki :), etc, etc.

Przed chwilą odbyłem podobną rozmowę z osobą redagującą Wiadomości Uczelniane. Poszło minimalnie lepiej, ale przynajmniej w końcu uświadomiłem sobie co mi nie pasuje w tego typu wywiadach -- ja jestem przyzwyczajony, że jeśli chcę coś publicznie powiedzieć, to mogę sobie spokojnie usiąść, pomyśleć, napisać, przeczytać to co napisałem, poprawić fragmenty, które nie brzmią najlepiej, i tak dalej, i tak dalej. Jeśli nawet później stwierdzę, że to był błąd, to przynajmniej mogę sobie zaserwować standardowy komentarz -- "wtedy brzmiało to sensownie". Z wywiadem na żywo, i to jeszcze takim z założenia szybkim przez telefon, jest ten problem, że zanim ja się w ogóle mam okazję zastanowić, czy to, co powiedziałem, brzmiało sensownie, to jest już po całej zabawie. No a jeśli nie brzmiało? No to pech.

Hmm. W sumie rozwiązanie teraz wydaje się oczywiste -- powinienem był zawczasu przewidzieć jak najprawdopodobniej będą wyglądały pytania, wymyślić co tak naprawdę chciałbym powiedzieć, po czym złożyć te dwie informacje do kupy i opracować sobie system, gdzie niby odpowiadam na zadane pytanie, a w rzeczywistości mówię to co chcę powiedzieć. Politycy tak robią i teraz rozumiem dlaczego.

No cóż, Public Relations 101. Przyda mi się na raz następny. Live and learn.

Nadmiar kosmetyków

24 V 2007, 19:41:00

Mam poważny problem ze zużyciem na czas dostanych/wygranych (o kupionych nie wspominając) kremów po goleniu, dezodorantów oraz żeli pod prysznic.

Chyba muszę zacząć golić klatę i psikać się po nogach.

Ewentualnie spróbuję dezodorantów jako środka na muchy używać.

Zostają żele pod prysznic. Hmmm. Zamiast pasty do zębów?

«